Wpis z rozmową z Krzysztofem Sendłakiem zakończyłem słowami: Rozmowa z Krzysztofem to bardzo dobre zakończenie cyklu „Złota era rocka w Strzelnie”. Ale nie czas na podsumowania, ponieważ szykuje się jeszcze „Rozmowa osiemnasta”, która – mam taką nadzieję – przeniesie nas w muzyczne lata osiemdziesiąte XX wieku. Minęło kilka miesięcy i oto jest - Rozmowa osiemnasta. Tym razem na rockowe wspominki dał się namówić Maciej Michalak ze Strzelna. W kolejce już czeka Rozmowa dziewiętnasta (z Robertem Wesołowskim), a jeszcze w marcu zostanie zarejestrowana Rozmowa dwudziesta
Z Maciejem Michalakiem spotkałem się w ostatnią niedzielę lutego, w miejscu bardzo przyjaznym tego typu spotkaniom. Był też Sławek Tarczewski, który – jak się okazało – udzielał się w strzeleńskim Extermination w tym samym czasie, kiedy Maciej był członkiem… Ivo Partizan!

***

RAFAŁ BUDNY: Jedyne co wiem: w drugiej połowie lat osiemdziesiątych byłeś członkiem strzeleńskiego zespołu rockowego.

MACIEJ MICHALAK: To gdzieś ’88, ’89 mógł być… ’89, na pewno. Zespół się nazywał – wzięliśmy nazwę z Mogilna – Ivo Partizan.

RB: Ivo Partizan?

MM: Tak, Ivo Partizan.

RB: Dlaczego akurat tak? Przecież zespół o takiej nazwie prawie w tym samym czasie istniał w Mogilnie.

MM: Nie wiem. Tak myślimy: No dobra, jaka nazwa?, a Wesołowski wyskoczył: Ivo Partizan!. Tak padło. Dobra, to Ivo Partizan i już. Pod tą banderą występowaliśmy. Ludzie nas skojarzyli z tymi z Mogilna i taka fama poszła, że my niby kiedyś w Jarocinie graliśmy i tak dalej [ogólny śmiech]. Tak, byliśmy, byliśmy, oczywiście… [Ivo Partizan z Mogilna zagrali na „Jarocinie” w 1985 i 1986 roku – przyp. RB].

SŁAWOMIR TARCZEWSKI: Wesołowski też miał epizod z tą ekipą mogileńską.

RB: Kto grał w tym strzeleńskim Ivo Partizan?

MM: Ja na wokalu i harmonijce, Grzechu Wojciechowski na gitarze, na perkusji Robert Wesołowski i młodszy syn nauczycielki, która chemii i fizyki uczyła w Liceum… [dzisiaj część Zespołu Szkół Licealnych przy ul. Gimnazjalnej w Strzelnie – przyp. RB].

ST: Robert Szczepaniak.

MM: Dokładnie. On grał na basie.

ST: A Jacek Łuczak z wami pogrywał? Bo mieliśmy razem próby.

MM: Nie, Łuczak na pewno nie grał z nami. Na basie grał Szczepaniak.

RB: Jak się zebraliście?

MM: Pierwsze było to, że do Strzelna sprowadziłem dwóch chłopaków z Inowrocławia. Do technikum tam chodziłem, do „wieczorówki” i tam ich poznałem. Kierownikiem w Domu Kultury wtedy był pan Kwiatkowski [Jerzy Kwiatkowski kierował Miejsko-Gminnym Ośrodkiem Kultury i Rekreacji w Strzelnie w latach 1989-1991 – przyp. RB].

RB: To było jeszcze przed Ivo Partizan?

MM: Tak. Ale to nie doszło do skutku, bo pierwsza próba, jak wynieśli ten sprzęt to… Normalnie podarte błony od perkusji, jeden chyba wzmacniacz był, dwie kolumny jakieś [śmiech]. Ci się po prostu zrazili, mówią: Nie, to nie ma sensu. Tak że tutaj tę ekipę zebrałem.

RB: Czyli ty byłeś twórcą grupy?

MM: Tak, ja byłem. Jak ci z Inowrocławia przyjechali to już Grzecha Wojciechowskiego zwerbowałem. Później mówię: Nie poddamy się! Trzeba poszukać. Nawinął się Wesołowski. A basista chyba jakoś sam przyszedł. „On nigdzie nie będzie wyjeżdżał ze Strzelna, w żadne trasy koncertowe” – takie chimery stroił [śmiech]. W czasie rozmowy kierownik Domu Kultury mówi: To ja załatwię sprzęt. Gdzieś tam był pochowany ten lepszy sprzęt, nie będziemy w to wnikać.

RB: Nie mieliście problemów z nazwą, nikt z Mogilna nie protestował?

MM: Nie, bo w zasadzie co tu graliśmy? Jeden wyjazd był, w Barcinie chyba.

ST: I w Janikowie jeszcze.

MM: No, dwa wyjazdy poza Strzelno. A tak to graliśmy tutaj.

RB: Jaką muzykę graliście?

MM: Blues! Przede wszystkim.

RB: Komponowaliście własne utwory czy graliście kowery?

MM: Coś innego też, ale głównie graliśmy kowery Dżemu. Przede wszystkim sztandarowe Czerwony jak cegła i Whisky, to na każdym koncercie. Później Grzechu jeszcze coś tam wymyślał… I skomponowaliśmy własny utwór – Blues robotnika czy Blues robotniczy, nie pamiętam już. Dość dobry utwór.

RB: Pracowaliście nad tym utworem wspólnie?

MM: To miał pomysł basista z Inowrocławia, na tej pierwszej próbie.

RB: Czyli to działo się w czasie krótkiej współpracy z tymi twoimi dwoma kolegami z Inowrocławia?

MM: Dokładnie. Jeden to „Poeta” był, tak na niego mówili, bo pisał wiersze. A ten to nie wiem, chodził chyba do liceum czy jakoś tak. Był początek, pierwsza zwrotka, później dopisałem kilka następnych, refren i tak dalej.

ST: Pamiętasz ten tekst?

MM: To jest blues robotnika… Nie pamiętam [śmiech]. Robotniczy blues, że wcześnie wstaje, idzie do pracy…Wiesz, szare życie i tak dalej.

RB: Opowiedz więcej o waszej aktywności muzycznej – próby na pewno były, o dwóch koncertach już wspomniałeś…

MM: Próby… To różnie z tymi próbami było…

ST: Mi się wydaje, że było ich dużo. My wtedy z wami próby mieliśmy w Domu Kultury, po was właziliśmy – Robert Szczepaniak się wymieniał tylko, grał w tym czasie w Extermination – wy non stop graliście [Extermination tworzyli: Sławek Tarczewski, Robert Szczepaniak, Darek Piechocki i Jacek Łuczak – przyp. RB].

Wejście do Kina Kujawianka z charakterystycznymi gablotami, a w nich informacje na temat tego, co się aktualnie w Kinie czy Domu Kultury działo (fot. ze zbiorów Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie)

Wejście do Kina Kujawianka z charakterystycznymi gablotami, a w nich informacje na temat tego, co się aktualnie w Kinie czy Domu Kultury działo (fot. ze zbiorów Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie)

MM: Było dość dużo tych prób.
Jak długo? Nawet rok nie działaliśmy. Latem założyliśmy – czerwiec, lipiec mógł być, i bo ja wiem, do jesieni? Dwa, trzy czy cztery miesiące podziałaliśmy. Coś tam jeszcze chodziło później po głowie, ale: A, tam, nie ma co wracać, co było to było. Jam session jak sobie chcieliśmy pograć to się spotykaliśmy u Grzecha na działce czy gdzieś tam u mnie.

RB: A w Strzelnie zagraliście?

MM: Tak. Pierwszy koncert był w Parku 750-lecia [park przy ul. Parkowej – przyp. RB], w tej muszli. Tam wtedy trzy zespoły wystąpiły, my i jeszcze dwa inne.

ST: My.

RB: Jak zapamiętałeś ten koncert?

MM: Dobrze [śmiech]. Tam nic nie było słychać w tej muszli, normalnie nie słyszałem, co śpiewam i tak dalej. Ale Piotruch Lewandowski, który też tam grał, stwierdził: No, no, na pierwszy raz to dobrze zagraliście

RB: Jak zostaliście przyjęci?

MM: Dość dużo ludzi zeszło się. To było późnym popołudniem, my chyba jako pierwsi zagraliśmy.

ST: Jak „Królik” [Robert Wesołowski – przyp. RB] z Mogilna do Strzelna się przeniósł, to ludzie stamtąd tu przyjeżdżali. Właściwie pogowali ci z Mogilna.

RB: Koncert w Parku 750-lecia był jedynym występem Ivo Partizan w Strzelnie?

MM: Nie, jeszcze w Kinie [dawne Kino Kujawianka, dzisiaj siedziba Domu Kultury – przyp. RB] graliśmy. Taki wkurzony byłem, bo wypadła jakaś rocznica czy jakieś święto, przez jakiś okres nie mieliśmy prób… Sprawa była tego rodzaju, że był pan taki a taki, który przychodził albo nie przychodził – my czekamy a on w ogóle nie przychodzi. A wy graliście? [pytanie skierowane do Sławka – przyp. RB].

ST: Ja pamiętam tylko ten w muszli.

RB: Byłeś wkurzony, bo mieliście mieć próby, ale ktoś z Domu Kultury nie zawsze wywiązywał się ze swoich obowiązków? Ostatecznie jednak zagraliście.

MM: Tylko chyba z trzy czy cztery utwory zagraliśmy i na tym koniec.

RB: A jak doszło do tego, że zagraliście w Janikowie i Barcinie?

MM: Zaproszenie dostaliśmy.

ST: W Domu Kultury to było organizowane w ramach wymiany.

MM: W Barcinie taka facetka prowadziła ten Dom Kultury. I po prostu przez Dom Kultury zostaliśmy zaproszeni. Dobrze się grało.

RB: Sprzęt był porównywalny do tego w Strzelnie?

MM: Nie, to było „nieba a ziemia”. Wystawili „perkę”, prawie nowa perkusja, wzmacniacze, wszystko normalnie „cacy”. W porównaniu z tym sprzętem, w Strzelnie to normalnie średniowiecze [śmiech]. Na końcu „Zyga” [Grzegorz Wojciechowski – przyp. RB] zaczął solówkę jakąś taką ostrą i ta pani dyrektor się wkurzyła, wyciągnęła jacka, mówi: Kończymy koncert [ogólny śmiech].

ST: To wasze granie się przeradzało w takie jam session.

MM: Dokładnie!

ST: Przedłużane było na maksa.

RB: Czyli „ciągoty” improwizacyjne mieliście?

MM: Tak, mieliśmy.

ST: Oni szczególnie, „Zyga” grał na gitarze, Maciej harmonijka…

RB: A „ciągot” kompozytorskich nie było? Nie myśleliście, żeby skomponować coś poza Bluesem robotniczym?

MM: Były „ciągoty”, ale później mniej prób było, a to, a tego… Mi się to nie podobało.

RB: Co ci się nie podobało?

MM: Z panem z Domu Kultury był problem cały czas.

ST: Musieliśmy się zamknąć, przestać grać, bo był hałas.

MM: Dokładnie.

RB: Muzyka rockowa nie była mile widziana w Domu Kultury?

MM: Kierownik był zachwycony. Jeszcze żadnej próby nie mieliśmy, a on mówi: Wspaniale gracie [ogólny śmiech]. Ręce opadły…

RB: Jeszcze nic nie usłyszał, a już pochwalił [śmiech].

MM: Taki w porządku facet, chodził w garniturze w kratkę.

RB: Z powodu problemów w Domu Kultury rozwiązaliście zespół?

MM: Coraz mniej prób… A to, a tego… I skończyliśmy.

ST: Potem była ta pani, jak ona się nazywała?

RB: Ilona Przychocka.

ST: Było coś takiego, że ona chciała nuty od nas? [pytanie skierowane do Macieja – przyp. RB].

MM: Tego to nie pamiętam.

ST: Że możemy przyjść, grać w Domu Kultury, ale: Przynieście mi nuty.

MM: Nie wiem.

ST: Jak była ta kierowniczka to już tam nie dało rady grać w ogóle.

MM: Nie pamiętam tego, już nas nie było. Kwiatkowski był jak my tam chodziliśmy.

RB: Poza koncertowaniem podejmowaliście jakieś działania, żeby kogoś zainteresować waszym graniem?

MM: Nie. Dla przyjemności w zasadzie graliśmy.

RB: A po Ivo Partizan myślałeś o założeniu kolejnego zespołu?

MM: Raczej nie. Technikum skończyłem, po ’90 roku zacząłem pracę w Pogotowiu [Ratunkowym – przyp. RB]. To się już później rozpadło, z Grzechem Wojciechowskim się tylko trzymałem. Sami w domu, jak się spotykaliśmy, to sobie takie jam session robiliśmy. Nie wiem czy Wesołowski grał gdzieś, chyba grał.

ST: Cały czas gdzieś tam grał.

RB: Cofnijmy się do czasów przed Ivo Partizan. Kiedy zainteresowałeś się muzyką rockową?

MM: W szkole zawodowej. U znajomego, Roberta Miklaszewskiego, usłyszałem Thin Lizzy, utwór Whiskey on the jar. Tak się trzymaliśmy razem, do lasu chodziliśmy – ornitologia i tak dalej. Kojarzysz Roberta? On jest w Brodnicy strażnikiem leśnym. Jak teraz kiedyś był zjazd w Liceum, to go spotkałem – mnie nie poznał w ogóle [śmiech].
I ten utwór mnie tak zauroczył. W zasadzie rock, blues się zaczął właśnie od Whiskey in the jar. Robert miał takiego Kaprala, kaseciaka. Ja sobie później kupiłem Kasprzaka! W nocy – Black Sabbath, nagrywanie… [ogólny śmiech]. Kupowało się jakieś kasety z Mecem i się mazało, nagrywało.

ST: Z tego wynika, że Miklaszewski słuchał dużo muzyki. Miał płytotekę, kupował płyty?

MM: Na kasety też nagrywał. On miał dość dużą płytotekę, dużo od niego właśnie pożyczyłem. Cztery albumy Led Zeppelin – I, II, III, IV – przegrałem. No i przede wszystkim nasz wódz, Jimi Hendrix… Co jeszcze? Janis Joplin.

RB: Tylko w ten sposób zdobywałeś muzykę?

MM: Kupowałem kasety. Mało, w Strzelnie raczej nie, jak już to w księgarni [Księgarnia Piastowska przy Rynku, bardziej znana jako księgarnia „u Wiatrowskiej” – przyp. RB]. Później jakieś w lombardzie się pojawiły, patrzę: TSA, ta czerwona płyta TSA! Biegiem normalnie: Kupiona! [ogólny śmiech]. Lombard był tam, gdzie jest Rossman i Bankier [blisko skrzyżowania ulic: Kolejowa - Św. Ducha - Powstania Wielkopolskiego - przyp. RB].

ST: Tam był taki lombard!

RB: Kojarzę! Taka buda drewniana.

MM: A poza tym co? Się kupiło kabel, dwa magnetofony – wymienialiśmy się, przegrywało się z jednego na drugi. Mam trochę jeszcze tego.

RB: Pamiętam, że długie włosy miałeś.

MM: Jedenaście lat.

RB: Jak byłeś odbierany jako ten długowłosy w takim prowincjonalnym mieście jak Strzelno?

ST: Od wojska się wymigałeś?

MM: Odrabiałem w Pogotowiu wojsko i tam później zostałem dziesięć lat.
Pamiętam, wyszedłem kiedyś na miasto, idę sobie, tak się wszyscy patrzą z pogardą na mnie [ogólny śmiech], nie wiem o co chodzi! I później mi kolega mówi, że ksiądz na mszy coś mówił o narkomanach. Mówię: Aha, to takie buty, że tak się wszyscy dziwnie na mnie patrzą. To małe miasteczko. W dużych miastach – Inowrocław powiedzmy – tam była kawiarnia, się spotykali…

ST: A ten ksiądz…

MM: Rawski to wspomniał.

ST: W którym to mogło być roku, ’86?

MM: Nie, to później było, do technikum już chyba chodziłem… ’89 mógł być.

RB: Spytałem o reakcje ludzi, bo pamiętam jak jako dzieciak zareagowałem na Sławka i jego znajomych, których mijałem gdzieś w Strzelnie – kurtki dżinsowe, dłuższe włosy… Wręcz się ich przestraszyłem [śmiech].

MM: Jeździliśmy na koncerty do Brodnicy, w parku były – blues, reggae i rock. Pamiętam, wracam rano, niedziela to już była [śmiech]. Idę ulicą i tylko takie szepty słyszę [charakterystycznie zniża głos – przyp. RB]: E, zobocz, z „Jarocina” wrócił [ogólny śmiech]. Tak było, oni tak odbierali.

RB: Poza Brodnicą na jakieś inne koncerty jeździłeś?

MM: Jeździłem. Ostatnio na Lennym Kravitzu byliśmy na Bemowie. W tamtych czasach to się jeździło non stop. Przede wszystkim Brodnica. Co tam jeszcze? Na Deep Purple byłem, chodziłem z dziewczyną z Inowrocławia i pojechaliśmy na Purple do Poznania – ’91, ’92 mógł być. A z Robertem Miklaszewskim do Warszawy, klub Stodoła, Golfa „jedynkę” jeszcze miałem, specjalnie pojechaliśmy na TSA. Oni kupę czasu siedzieli w Stanach Zjednoczonych, jak wrócili do Polski to był pierwszy ich koncert. Szok totalny…

RB: A pierwszy koncert na jaki pojechałeś poza Strzelno?

MM: Pierwszy koncert? Zaraz ci powiem… Zespół Dżem w Inowrocławiu, w Teatrze. Pan Rysiu był tak nawalony, że chyba z 20 minut czy ileś… [ogólny śmiech], zostawił cały zespół i sobie wyszedł. Tadeusz Nalepa w Kruszwicy w Domu Kultury. Też byliśmy z Piechockim. Pieszo wracaliśmy później, bo nikt nie chciał nas zabrać. I Święto Młodości, Kruszwica. Pamiętasz? [pytanie skierowane do Sławka – przyp. RB].

ST: Tak.

MM: To były fajne imprezy, tam się zjeżdżały zespoły – punk, nie punk, heavy metal.

ST: Najbardziej wtedy, kiedy były Róże Europy, Kobranocka, Proletaryat jednego dnia. Kto jeszcze? Daab jeszcze wtedy też był. To było przegięcie…

MM: Inowrocław, stadion, też na koncertach byłem.

ST: A „Jarocin”?

MM: W „Jarocinie”, przyznaje się, nie-by-łem! Nie będę kłamał. Grzechu Wojciechowski to tam jeździł podobno, ale ja wtedy jeszcze z nim nie trzymałem.

RB: Na jakimś koncercie w Mogilnie zdarzyło ci się być?

MM: Był jakiś koncert w parku, ale to jeden wielki niewypał [śmiech]. Wiem, że mieliśmy jechać na zlot hipisów – to gdzieś w Koninie czy za Koninem było, z Wilczyna mieliśmy kumpla jeszcze zabrać, „Apacza”. Ale jakoś tam…, mówię: A, pier…… . I wtedy ktoś „puścił” hasło: A, tam, to nie jedziemy. Jest impreza w Mogilnie. Pojechaliśmy do parku, do Mogilna – tam jakieś zespoły punkowe grały.
Poza tym – mi się przypomniało teraz – jak chodziłem do technikum do Inowrocławia to poznałem taką Swietłanę, tam w Domu Kultury pracowała. Ona już nie żyje, przyjeżdżała do Kolorowej, jak Eryk [Szydzik – przyp. RB] wystawiał te swoje obrazy. To tam sobie wchodziłem do nich jak mieli próby – „Wróbel” na perkusji, taki niesamowity gitarzysta grał. Nieźle „trzaskali”.

RB: To się w Inowrocławiu działo?

MM: Tak, w Inowrocławiu.

ST: Deep River się nazywali?

MM: Nie pamiętam. Ten gitarzysta później do Francji wyjechał…

ST: Divers! A gitarzysta to „Zjawa”. Jaki to był zespół!

MM: „Jechali” nieźle.

ST: Grali coś takiego: Satriani, ale mniej melodyjnie. Taki „wy…….” na gitarach, że szok. Oni byli pod Domem Kultury, jak otwierali Róże Europy w Sokolni [sala w Inowrocławiu – przyp. RB] to Róże Europy nie miały po co wychodzić. „Zjawa” do Francji wyjechał, bo poznał kobietę z majątkiem, z winnicą… A Swietłana… To ona Quidam wypromowała [Quidam miał swój początek w grupie Deep River – przyp. RB].

MM: Ona z nami pojechała też do Brodnicy właśnie. Zawsze stopem jeździliśmy, a z powrotem pociągiem przepełnionym.

RB: Większą grupą jeździliście, taką strzeleńsko-inowrocławską?

MM: I Mogilno do tego jeszcze. Tak się trzymaliśmy. Imprezy zawsze robiliśmy pod koniec września, początek października, wynajmowaliśmy dwa pokoje w Przyjezierzu, Pod Dębami. Z dwadzieścia osób było… Tam było dopiero jam session [ogólny śmiech] – dwie gitary były zawsze, ja harmonijka… To były lata dziewięćdziesiąte.

RB: Wróćmy do zespołu Ivo Partizan. Dlaczego wokal i harmonijka?

MM: No bo tak jakoś… Na gitarze się później nauczyłem grać. Znajomy miał taką chińską harmonijkę dużą. Mówię: Nie chcesz jej sprzedać?. I kupiłem tę harmonijkę, i wszyscy pod drzwiami się nabijali jak przychodzili, kiedy ćwiczyłem. Te piski i tak dalej – na początku to nic nie wychodziło, ale tak stopniowo, stopniowo… Bo ja ze słuchu grałem – ktoś mi zagrał na gitarze to się podstawiałem z tą harmonijką. Później w Bydgoszczy, w muzycznym, drugą kupiłem – oryginalna „Hohnerka” C-Dur. To jak w Pogotowiu pracowałem – kupę pieniędzy… [pokazuje tę harmonijkę – przyp. erbe].

RB: „Pogrywasz” jeszcze?

MM: Tak.

ST: A „Zyga” cały czas gra?

MM: Kiedyś od znajomego gitarę odkupiłem i zacząłem się uczyć grać, też kawałki bluesowe i tak dalej. Ale w latach 2008-2010 musiałem działalność założyć, ZUS opłacić i Grzechowi sprzedałem, to chyba raczej gra. Tę gitarę Miklaszewski kupił. I jak koncert mieliśmy w Strzelnie, gdzie graliśmy Whiskey, to od niego właśnie tę gitarę – pudło pożyczyliśmy. Później on mówi: Nie chcę już tego. Bo za bardzo mu nie wychodziło na tej gitarze. Mówię: To dobra, dawaj, ja się trochę podćwiczę.

RB: Zanim zacząłem nagrywać rozmowę wspomniałeś, że Robert Wesołowski cię namawia, żebyście znowu pograli.

MM: W tamtym roku mnie gnębił, nawet żeby jeździć, bo w Mogilnie czy Janikowie potrzebowali kogoś do zespołu. Mówię: Nie mam czasu.

(luty 2016)