U mnie muzyka zaczęła się…
U mnie się zaczęło tak, że… Właściwie to ojciec troszeczkę zaszczepił u mnie takie coś, bo się słuchało w domu jakiejś tam poezji śpiewanej, Kaczmarskiego i tego typu rzeczy. No i jakoś mi się zachciało troszeczkę iść pod prąd. I tak to się zaczęło. Na początku było nas kilku, jak pewnie pamiętasz – Sławek Sobczak, Askaniusz Sobczak – to nie jest rodzina, nie mylmy, Grzesiek „Żaba” Mielczarek, „Wiciu”. I parę dziewczyn.

Szkoła raczej was mało interesowała (śmiech).
Dokładnie (śmiech). Takie młode koty byliśmy, lubiliśmy się włóczyć. Ale szkoły pokończyliśmy. Jak zaczynało się lato i odebraliśmy świadectwa, to brało się parę piwek w plecak i się jechało – do Poznania czy gdzieś tam… Wtedy było inaczej. Tych ludzi się poznawało: Ej, wpadnijcie do nas, czy: My wpadniemy do was. Każdy miał długie włosy i chodził w rozciągniętych swetrach.

Na scenie, między innymi, Płody Cywilizacji. W którym to mogło być roku (ze zbiorów Sławomira Sobczaka)

Na scenie, między innymi, Płody Cywilizacji. W którym to mogło być roku (ze zbiorów Sławomira Sobczaka)

Wy mieliście mało tych włosów na głowie (śmiech).
Mało, mało (śmiech). Do dziś tak się pykam (śmiech). Z pewnych rzeczy się nie wyrasta.
My byliśmy taką ekipą, że jak, na przykład, jechaliśmy do Mogilna czy do Kruszwicy, to cały szacun. Nas było paru, i takich zaciętych (śmiech). My byliśmy punki, ale bardziej takie „peace and love”.
Wtedy jakoś wszyscy żyliśmy razem. Tak jak widziałeś, wszyscy się schodzili, czy na Jordanek (nieistniejący już plac zabaw niedaleko Stadionu strzeleńskiego klubu sportowego Kujawianka – przyp. erbe), czy na przystanek. Nie było jakichś tam awantur: Skąd ty jesteś?; Czy ty jesteś z bloku?.

Pamiętam, że spotykaliście się na przystanku autobusowym w Strzelnie, do dziś szumnie nazywanym Pekaesem. Była grupka ludzi, była gitara…
Latem spotykaliśmy się na Jordanku.

Dzisiaj to już pusty plac. Zamknęli po waszych wizytach (śmiech).
Bo już wszystko rozwalone (śmiech).
Jak padało to szliśmy na przystanek. Było kilkanaście osób.

To był czas, kiedy muzyka rockowa była bardzo popularna i takie „bratnie dusze” niełatwo było znaleźć.
Na ostatni Jarocin, gdzie się załapaliśmy jako jeszcze szczeniaki kompletne, jechało nas bardzo, bardzo dużo. Powiedzieliśmy rodzicom, że jedziemy do Przyjezierza pod namiot (śmiech). Na Woodstock (Przystanek Woodstock – przyp. erbe) jak jechaliśmy, to jechało nas około czterdziestu ludzi. Paru jechało „na stopa”, inni pociągiem. Spotkaliśmy się w Lesznie i spóźniliśmy się jeden dzień (śmiech).

Na Jarocinie ’94 wzięliście udział w zadymie, jaka miała tam miejsce?
Nie. My byliśmy wtedy z dziewczynami – staraliśmy się to wszystko obejść „w ciemno” (śmiech). Oficjalnie byliśmy w Przyjezierzu (śmiech).

Pomimo tego, co działo się w 1994 roku na Festiwalu w Jarocinie, to to były – jak już wspomniałem – dobre lata dla rocka w Polsce. W Strzelnie chyba jeszcze wtedy istniał sklep z kasetami.
Było Forte w Inowrocławiu. Było tak, że czasami się zbierało jakieś pieniążki i się jechało. Też kupiłem parę punkowych kaset u Hirka (właściciel sklepu – przyp. erbe) na przystanku, na przykład jakąś Naukę o Gównie.

Tam było sporo punka – ja kupiłem Sedes. Taki towar w kiosku ze wszystkim właściwie, świadczy o tym, że popyt na taką muzykę był.
Był popyt.

Wasze fryzury to jedno. Charakterystyczny był też ubiór.
No, byliśmy dosyć kolorowe kwiaty. Farbowało się spodnie – jedną nogawkę taką, drugą taką.
Wszystko to było ciułane. U Grzegorczyka (sklep przy Rynku w Strzelnie – przyp. erbe), kupiłem ćwieki, kawałek skóry załatwiłem od jakiegoś rymarza i zrobiłem sobie pieszczochę. To trwało – było dziubania… Albo koszulki. My robiliśmy jakieś szablony i trzaskaliśmy sobie jakiegoś ludka, który wrzuca swastykę do kosza, czy jakąś twarz Jezusa, albo Morrisona. Właśnie Askaniusz Sobczak miał talent plastyczny. Kupowane jakieś białe koszulki, albo koszulki, które miały być na wuef (śmiech). Czy rzemyki. Gdzieś tam wujek pociął jakiś pasek czy coś tam… Spinało się agrafką. Ja miałem parę agrafek w uszach (śmiech). Od Rycha Nowaka kupiłem pierwszą skórę – miałem taką popisaną. To były fajne czasy.

W Strzelnie były koncerty, w których zaczęliście uczestniczyć najpierw jako publika.
Pierwszy koncert, który pamiętam, to był koncert charytatywny na rzecz Łukasza. On był chyba z Bronisławia, chodził do „podstawówki” z moją siostrą. Miał białaczkę. Później zmarł, niestety. I to był taki pierwszy koncert, gdzie były zaproszone zespoły z Mogilna czy z Inowrocławia.
Później, co mi utkwiło też w pamięci, były takie wieczorki muzyczne. Pani Ewa Dopierała (nauczycielka z ówczesnej Szkoły Podstawowej nr 2 w Strzelnie, dzisiaj im. A. A. Michelsona – przyp. erbe), zabierała nas na takie coś. To jeszcze w „podstawówce” było – siódma, ósma klasa. Na przykład był jakiś wieczorek z Dire Straits czy z The Doors.

To było w Kinie?
To było w Kinie, w tej pierwszej sali. Sławek Tarczewski wtedy też, na przykład, nam opowiadał o jakichś tam zespołach.
Wtedy pomyśleliśmy: Dlaczego by nie z drugiej strony trochę?. I założyliśmy zespół. W składzie było nas trzech – ja śpiewałem, Askaniusz Sobczak na gitarze i Przemek Witczak na perkusji. Na początku nazywaliśmy się Dzieci Komuny (śmiech). Graliśmy kowery – Ga Ga, Dezerter… Takie prostsze rzeczy. Nie byliśmy w stanie zagrać wtedy Pidżamy Porno, bo za dużo przejść (śmiech). Później Askaniusz wymyślał muzykę.
W Kinie zagraliśmy parę koncertów. Ale to było: trzy akordy, darcie mordy.

Basisty nie było?
Później wzięliśmy Łukasza Nowaka na bas. Bartek Wikaryczak zaczął z nami grać, ale to jakieś trzy lata później. Wtedy nazywaliśmy się już Płody Cywilizacji (śmiech).
Jak już wzięliśmy Łukasza, to przemianowaliśmy się na Płody Cywilizacji. Już mieliśmy próby raz w tygodniu. Pan Piotr Lewandowski użyczał nam miejsca. On lub inni ludzie z Domu Kultury otwierali nam Kino. Czasami my poszliśmy do Domu Kultury i braliśmy klucze. To było też fajne dla nas, bo tych zespołów było cztery czy pięć. To było jakoś tak w ’96, ’97 roku. Jeszcze pan Ornatek, świętej pamięci, grał – oni mieli King Lear. Były Kretki Szamana.

Zespół, który wysłał kasetę na Jarocin.
My też chcieliśmy gdzieś wysłać nasze nagrania, tylko to gdzieś później zaginęło…

Jesteś kolejną osobą, która potwierdziła, że do grania zmobilizowały ją właśnie koncerty w Kinie.
Na pewno tak było. Ci ludzie byli dla nas idolami wtedy. To profesjonalni muzycy do dziś.

Nazwę Płody Cywilizacji kojarzę, ale Dzieci Komuny – nie. Pamiętasz wasz pierwszy koncert?
Pamiętam, że graliśmy po koncercie zespołu, w którym byli Krystian Wikaryczak ze Sławkiem Sobczakiem, bratem Askaniusza, w składzie. Nie pamiętam jak ten zespół się nazywał. Oni schodzili ze sceny, Sławek dawał mu gitarę i powiedział: Nie zesrajcie się. I tyle. Zagraliśmy wtedy pięć czy sześć piosenek. To, po prostu, „pstrykło” tak, bo trema taka, że się nóżki trzęsły.

Płody Cywilizacji to już dłuższa historia…
Wzięliśmy Arka Kubiaka, bo – nie oszukujmy się – talent na perkusji. Bartek Wikaryczak – szacun wielki. Do dzisiaj muzykują sobie chłopaki, cały czas drążą i drążą. A wtedy nasze ambicje już troszeczkę były większe i to, co chcieliśmy grać wymagało, po prostu, techniki. Askaniusz też zrobił ogromną pracę od tych dwóch akordów, jakie graliśmy na pierwszym koncercie.

Graliście punka?
Graliśmy punk rocka z elementami reggae – dosyć melodyjną muzykę. Wtedy już zainspirowani byliśmy Pidżamą Porno, The Clash…

Pidżamę Porno poznałem dlatego, że mojemu bratu przyniosłeś kasetę z albumem Złodzieje Zapalniczek. Już do ciebie nie wróciła (śmiech).
(śmiech) Było coś takiego.
Ja pamiętam taki czas, gdzie miałem tych kaset. Nie było Internetu, nie było komputera – się przegrywało na jakichś tam Jamnikach, kserowało się okładki…

Pierwszy koncert Płodów Cywilizacji zapamiętałeś?
Już było inaczej, mieliśmy próby. Wtedy już z 95% naszego repertuaru to były nasze piosenki. Tak jak mówię, byliśmy zainspirowani Pidżamą Porno, The Clash. Ja próbowałem wprowadzić jakiś element The Doors, bo byłem zafascynowany – do dziś zresztą jestem – tymi rzeczami. Ja pisałem słowa, Askaniusz pisał świetną muzykę. Do paru piosenek użyliśmy wierszy Ewy Kubiak – mojej byłej dziewczyny. Ona zawsze była z nami i wspierała w tym, co robiliśmy. Bywało czasami tak, że na jednej próbie zrobiliśmy z cztery, pięć piosenek.

Nagrywaliście te utwory?
Andrzej Beliński (wówczas pracownik, a dzisiaj dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Strzelnie – przyp. erbe), nagrywał nas kiedyś, ale, tak jak mówię, to się gdzieś rozmyło – gdzieś się pożyczyło i poszło.

Nie myśleliście o tym, żeby spróbować wydać płytę?
Jedną szansę jako Płody Cywilizacji, która mogła dojść do skutku, mieliśmy jak wygraliśmy festiwal w Skulsku. Opcja była taka: 1000 zł, albo trzy czy cztery godziny w studiu. Wybraliśmy 1000 zł (śmiech). Wódka wygrała (śmiech).

Krzysztof Sendłak: "Ci ludzie byli dla nas idolami wtedy". Listopad 1993 roku - kto wówczas zagrał zostało zapisane na widocznych planszach (fot. ze zbiorów Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie)

Krzysztof Sendłak: „Ci ludzie byli dla nas idolami wtedy”. Listopad 1993 roku – kto wówczas zagrał zostało zapisane na widocznych planszach (fot. ze zbiorów Miejsko-Gminnego Ośrodka
Kultury i Rekreacji w Strzelnie)

(śmiech) Opowiedz o tym koncercie w Skulsku.
To się nazywało, chyba, Nadgoplański Festiwal Muzyki Alternatywnej. To był pierwszy… Nie, na pierwszym nie graliśmy. Na drugim już zagraliśmy. Wtedy już Arek Kubiak grał z nami na perkusji i Bartek Wikaryczak na basie. Gościnnie zagrał u nas człowiek na saksofonie, nie pamiętam jak on miał na imię – koleś ze szkoły muzycznej, świetny muzyk. I wygraliśmy.

Ile wtedy zespołów zagrało?
Zagrało około dziesięciu. To trwało cały dzień. Wtedy gwiazdą były Żuki. My, jak wygraliśmy tą część konkursową, to mieliśmy zaszczyt zagrać przed nimi jeszcze raz, już wieczorem. Rok później też wygraliśmy… Nie, dwa lata pod rząd wygraliśmy nagrodę publiczności.
Możliwe, że mylę jakieś daty, ale w Skulsku graliśmy jakoś tak w latach’98-2000. Nie tylko jako Płody Cywilizacji.

Jako Płody Cywilizacji poza Kinem zagraliście tylko w Skulsku?
W Strzelnie graliśmy też parę koncertów na Rynku, bo taki to był układ wtedy, że robimy próby w Kinie, ale jak jest coś do zagrania – jakieś Dni Strzelna czy coś tam, to gramy tam. Darliśmy mordę na Rynku (śmiech)
Graliśmy w Skulsku, w Mogilnie, w Przyjezierzu. Graliśmy też w Ziemowicie w Kruszwicy. To był taki koncert w rodzaju naszych koncertów w Kinie. Tam było Come & Go. „Skliknęliśmy” się z nimi – „Kowal” (Marcin Kowalski – przyp. erbe) chciał pożyczyć gitarę od Askaniusza, i coś się „zahaczyło” z Dezerterem. Naprawdę było bardzo, bardzo malutko, żebyśmy przed nimi zagrali w Ziemowicie, ale ktoś czegoś nie zapiął, ktoś czegoś nie dopilnował i… Jedynie mieliśmy z tego to, że weszliśmy za friko na koncert (śmiech).
W Ziemowicie były fajne koncerty.

Pidżama Porno tam grała.
Na Pidżamę Porno jechaliśmy traktorem na „pace”, „na stopa” wszyscy (śmiech). A wracaliśmy autobusem, który odwoził pracowników z Tłuszczów (potoczna nazwa jednego z zakładów pracy w Kruszwicy – przp. erbe) do Strzelna (śmiech).

W tamtych czasach takich prężnie działających scen rockowych czy interesujących koncertów w naszej okolicy było sporo.
Było mnóstwo. Czy było u nas, w Mogilnie czy w Kruszwicy. Często jeździliśmy do Hadesu w Inowrocławiu. Tam grały fajne kapele – bardzo dużo reggae, ska i tego typu rzeczy. Rozkładały się jakieś małe kramiki – mogłeś sobie kupić ziny, naszywki, kasety czy koszulki.
Ja właśnie po jednym koncercie w Hadesie dostałem takie „buty”… Po prostu wieb życia… (śmiech). Nie zdążyłem uciec, bo wszyscy tak: pod murek, pod murek, pod murek, i odcięli mnie na chodniku koło jednostki wojskowej. Straszne lanie (śmiech). Trudno. Ale to też było co opowiadać dziewczynie.

Prawdopodobnie koncert z okazji WOŚP '94.  Koszule w kratę to znak tamtych czasów - wówczas bardzo popularny był grunge (fot. ze zbiorów Leszka Iwińskiego)

Prawdopodobnie koncert z okazji WOŚP ’94. Koszule w kratę to znak tamtych czasów – wówczas bardzo popularny był grunge (fot. ze zbiorów Leszka Iwińskiego)

I jest co wspominać (śmiech).
Jest co wspominać.  

Były też koncerty w Mogilnie.
W tej muszli w parku, bo to, z reguły, latem było. Pamiętam, że raz był tam, gdzie teraz jest kino. Grały, na przykład, jakieś zespoły z Piły, z Mogilna…. Wtedy zaczął się boom na hardcore – Flapjack i tego typu rzeczy już były na topie. Zespoły próbowały to kopiować.
Tam było dużo skinheadów i trzeba było jechać dużą załogą. Dochodziło do tarć, ale to się rozbijało o jakieś tam tylko wyzwiska i każdy wsiadał w swoją stronę.

I te wszystkie koncerty wtedy ściągały dosłownie tłumy ludzi.
Dokładnie. Ja pamiętam koncerty w Strzelnie, że jak już szedłeś od Rynku, to widziałeś, że w Kinie się coś dzieje.

Wróćmy do Płodów Cywilizacji. W Przyjezierzu zagraliście jako zespół z Domu Kultury, a wszystko się działo na nieistniejącej już scenie, która stała na parkingu przy dawnym Hotelu Pod Dębami?
Tak, to organizował Dom Kultury. Tam było kilkaset ludzi, bo to był szczyt sezonu. Wtedy grał jeszcze jakiś zespół z Bydgoszczy. Mieli ładną wokalistkę (śmiech).

Bo wy byliście jedną z kilku grup wówczas, które działały pod egidą Domu Kultury.
Z Płodami Cywilizacji mieliśmy też próby w Szkole Zawodowej (przy ul. Kościuszki w Strzelnie – przyp. erbe). Wtedy już chodziliśmy do „zawodówki” i był taki „myk”, że graliśmy – nie pamiętam, przypuśćmy, że w środę czy w czwartek w Kinie, a w poniedziałek czy we wtorek mieliśmy próby w szkole.
My byliśmy głodni tego. Nawet próba była wydarzeniem. Brało się parę piwek i: A, zobacz, ja mam to; A zobacz, ja napisałem to. Przychodzili ludzie i, z reguły, trwało to do późnych godzin nocnych (śmiech).
W którejś rozmowie była mowa o duchu czy czymś tam. Ja wtedy tam byłem, to była nasza próba. Uciekaliśmy jak króliczki (śmiech).

Co się wtedy wydarzyło?
To było coś takiego, że przestaliśmy grać, żeby wypić kolejne piwko i nagle ktoś coś tam zobaczył. Tylko, że to już tyle wersji na ten temat – kto i co… Ale bocznymi drzwiami szliśmy, zostawiliśmy sprzęt…

Wspomniałeś, że na festiwalu w Skulsku graliście nie tylko jako Płody Cywilizacji.
My przestaliśmy grać na jakiś czas, bo wtedy Kino już zamarło – tam się sypał tynk ze ścian. Nie było skąd brać sprzętu. Potem, pod troszeczkę zmienionym składem zaczęliśmy grać w Kolorze. To zaczęło się tam pewnego lata. Graliśmy na jakichś tam gitarach akustycznych i śpiewaliśmy przy piwku, a Grzechu Wiśniewski (właściciel Koloru – przyp. erbe), mówi: Może byście zagrali?. I tak to wyszło. Później zagraliśmy w tym Skulsku.
Grzechu kupił perkusję i dokładał nam, żebyśmy kupowali struny i takie inne pierdoły. Graliśmy za piwko i chleb. Kasę mu „trzepaliśmy”, ale fajnie było – koncerty co dwa tygodnie, mogliśmy sobie robić próby kiedy chcieliśmy.

Byliście w tym czasie jedynym zespołem, który grał koncerty w Kolorze?
Tak jak mówię, te koncerty odbywały się co dwa tygodnie – raz graliśmy my, później zagrał ktoś inny. Później my się „pożarliśmy” o jakieś tam bzdury – Askaniusz grał w zespole, gdzie był Arek Kubiak, ja właściwie odszedłem, a śpiewał Łukasz Sobiesierski. Później ja wróciłem, a oni grali w jakimś innym zespole. To takie było „abrakadabra” troszkę. Fajne czasy, śmieszne.
Kolorowa wtedy stała się taką mekką tego wszystkiego. Tam wszyscy się schodzili. Jak nie miałeś co robić, to szedłeś do Koloru – na pewno ktoś tam siedział. Przyjeżdżały załogi z Inowrocławia, Kruszwicy czy Mogilna. Ludzie bukowali stoliki na miesiąc wcześniej. Tam nie szło palca wsadzić. Wszystko zaczynało się jakoś o 17.00, a kończyło  bardzo, bardzo późno. Zupełnym zaskoczeniem było to, że nikt nie interweniował, a przecież był tam taras – muzyka się niosła aż do Rynku.

Jak się nazywaliście?
Wtedy nazywaliśmy się już Acrux. Otworzyliśmy książkę na pierwszej lepszej stronie. Acrux to najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Krzyża Południa, niewidoczna z naszej szerokości geograficznej.

To dalej był punk z elementami reggae?
Wtedy już graliśmy bardziej reggae – z przeszkadzajkami i takimi pierdołami.

Długo to wszystko trwało?
To trwało cztery, pięć lat.

Jak się czułeś stojąc na scenie?
Fajnie. Myślałeś, że Pana Boga za nogi złapałeś. Dziewczyny piszczały pod sceną (śmiech). Wcześniej jakieś dwa, trzy piwka… Fajnie było – chciało się.

Najważniejsze wydarzenie muzyczne w Strzelnie w latach dziewięćdziesiątych?
Myślę, że koncerty Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dlatego, że już wtedy było więcej tych zespołów tutaj. Atmosfera była chyba najlepsza. To były lata takie, kiedy jeszcze się wszystkim chciało i był boom tego punk rocka w Strzelnie.

Jakiś koncert szczególnie utkwił ci w pamięci?
Mi się bardzo podobał koncert zespołu Herberga z Mogilna. My wtedy też graliśmy. Nie pamiętam, kiedy to dokładnie było – ’95, ’96? Wpadli chłopaki w dredach – dużo ich na scenie było i to się fajnie kulało. Było pogo – ruszyli wszystkich. Dlatego, chyba, to zapamiętałem. Może też dlatego, że to było najbliższe moim upodobaniom – my chcieliśmy też grać tego rodzaju muzykę wtedy.
Fajny też był zespół Mojra ze Sławkiem Tarczewskim. To tak blisko było The Doors, blisko mnie (śmiech).

A co było najważniejsze w twoim muzykowaniu?
Najważniejsza była muzyka. Najważniejszy był bunt i wolność tego wszystkiego. To, że mogłeś wyrazić to, co czujesz i to, co cię męczy…

Obecnie jesteś czynnym muzykiem?
Parę lat temu z Askaniuszem, w Walii, gdzie mieszkamy, próbowaliśmy coś grać, ale nie było nikogo i to się jakoś tam rozmyło. Urodziły się dzieci i zabrakło czasu.

Chciałbyś wrócić do grania?
Jakbym mógł być gwiazdą rocka, mieć miliony – pewnie tak (śmiech).
Nie chce mi się. Lubię to, co robię teraz. Obudził się chyba we mnie talent – potrafię gotować. Nie chcę robić nic innego. Może kiedyś, do śmiechu, jak będziemy starsi…
Askaniusz do dzisiaj gra. Twardo ciśnie – kupił sobie Marshalla… Tylko też tych wolnych chwil jest coraz mniej.

Czy 20 lat temu pomyślałbyś, że część z was będzie nauczycielami, część wyemigruje za pracą. Że ty będziesz szefem kuchni?
Nie. My jak teraz gadamy z Askaniuszem… On tatuuje, ma zamiar otworzyć salon tatuażu. Nawet nie myśleliśmy, co my będziemy robić, no bo co mogłeś robić po „zawodówce”? 

(wrzesień 2015)

***

Rozmowa z Krzysztofem to bardzo dobre zakończenie cyklu Złota era rocka w Strzelnie. Ale nie czas na podsumowania, ponieważ szykuje się jeszcze Rozmowa osiemnasta, która – mam taką nadzieję – przeniesie nas w muzyczne lata osiemdziesiąte XX wieku.