Maciej Nowak - koncert zespołu Lux Vera w Wilczynie, lipiec 2015 (fot. erbe)

Maciej Nowak – koncert zespołu Lux Vera w Wilczynie, lipiec 2015 (fot. erbe)

To już jedna z ostatnich rozmów z cyklu Złota era rocka w Strzelnie. I kolejna, która wychodzi poza lata dziewięćdziesiąte. Ale to w tej Złotej erze… nic nowego :-) Kino, Dom Kultury czy Kolorowa – wiadomo, o co chodzi (a jeżeli nie wiadomo, to proszę zajrzeć do rozmów wcześniejszych). Maciej wspomina też o Hotelu. Budynek przy skrzyżowaniu ulic: Kolejowa, Powstania Wielkopolskiego i Św. Ducha, jest dzisiaj prywatną własnością. Kiedyś był zarządzany przez Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji w Strzelnie. 

*** 

Koncerty organizowane w Kinie w latach dziewięćdziesiątych pamiętasz?
Pamiętam jako jeszcze młody chłopak – miałem wtedy dziewięć czy dziesięć lat. W Kinie byłem na pierwszym koncercie. Wtedy instruktorem w Domu Kultury był Irek Jackowski. Irek to mój wuja. My, po prostu, tam przychodziliśmy, siadaliśmy obok niego przy konsolecie i mogliśmy sobie obserwować jak się ludzie bawili. No i oczywiście słuchać muzyki. To kształtowało pogląd muzyczny, a później motywowało do tego, żeby uczyć się grać.
Zapamiętałem koncert Do Widzenia, który mówił: Do widzenia. Czyli ten ich ostatni koncert.

To było w roku 1994. Te długowłose, odpowiednio ubrane tłumy cię zafascynowały, czy może bardziej przerażały?
Czy zafascynowały? Coś w tym było. Ci ludzie sami siebie przyciągali, coś się działo. Gdyby to może była nawet muzyka… Trudno mi powiedzieć teraz jaka, ale byłaby znowu rzesza ludzi – każdy by za nią poszedł, bo coś musi się dziać, coś musi być dobrego, skoro tam ci ludzie idą.
Ale mnie jakoś nigdy nie fascynowała żadna subkultura. Miałem kasety, słuchałem i utożsamiałem się muzycznie, ale nie potrzebowałem tego uzewnętrzniać.

Dzięki tym koncertom powstawały kolejne zespoły.
Ludzie od tego zaczynali. Podejrzewam, że tak było w całej Polsce. To był taki czas…

I pojawiło się wielu młodych, utalentowanych muzyków.
Na przykład Arek Kubiak. Był „Mały” – ciągle wszyscy na niego „Mały” mówili. Łukasz Pankowski, który, uważam, był również początkującym muzykiem, może nawet lepszym od Arka. I to też potwierdzi Arek. Łukasz miał słuch absolutny – tak mi się wydaje, brał gitarę i grał, nie musiał dużo ćwiczyć. Szkoda, że tak się skończyło, jak się skończyło – nie wiadomo, gdzie on w ogóle jest…

Po pożegnaniu Do Widzenia jeszcze przez kilka lat koncerty w Kinie się odbywały, a później wszystko przeniosło się do Kolorowej. Te czasy pewnie zdecydowanie lepiej pamiętasz.
W Kolorowej grała kapela Arka. Na początku tworzyli ją, między innymi, Askaniusz Sobczak, Piotrek Pieszak i Krzysiek Sendłak. Później nastąpiły pewne rotacje i z tego składu został chyba tylko Piotrek i Arek. Askaniusza zastąpił „Gzeniu”, czyli Grzesiu Swendrowski. Razem ze „Śmiechem”, czyli Piotrkiem Pieszakiem, grali na gitarach. Oni nigdzie indziej nie występowali w tych latach, tylko grali „w knajpie”. Był Waldek Jackowski, który grał na klawiszach, był Daniel Konowalik, który swego czasu grał na basie.
Wszyscy się znaliśmy, się kumplowaliśmy. Chłopaki pozwalali mi przychodzić na próby, więc  ich podpatrywałem – co grają, jak grają. Wtedy już grałem, ale sam dla siebie. Dopiero tak w połowie ich koncertów zaczęliśmy wspólnie działać.

Ja nie pamiętam tych koncertów w Kolorowej. Podobno to były super imprezy.
To była bomba. Jakieś próby mieli w tygodniu, ale nikt nie próbował tak naprawdę. „Śmiechu”, który grał gitarę prowadzącą, przychodził przygotowany z muzyką Lady Pank, a „Gzeniu” dorabiał gitary solowe. Wchodzili i grali – typowe jam session. Ludzie się bawili, klaskali. Do lokalu, gdzie normalnie mieściło się 50 osób, wchodziło 150 osób. Tam jeden był na drugim, nie było jakichkolwiek zahamowań. Właściciel, Grzesiu Wiśniewski, w ogóle nie widział z niczym problemu – ludzie mogli na stołach tańczyć, na krzesłach. To były czasy…
To była końcówka lat dziewięćdziesiątych, bo ja kojarzę Kolor z okresu: ’99-2001. Wtedy lokal tak prężnie funkcjonował. Tam mogły być dziury w ścianach, a ludzie chodzili na piwo, spotykali się, bawili się razem. Nieważne, że wiało, że w kiblu, za przeproszeniem, był syf. Nie ubliżając właścicielowi, bo nie o to chodzi. Po prostu, był klimat. Te obrazy Eryka Szydzika… Stworzyli coś fajnego.

W Kolorowej byłem na jednym czy może dwóch koncertach grupy Nocny Stróż z Inowrocławia.
Tak, grali koncerty. Arek grał koncerty w Kolorowej, ale była sytuacja, gdzie oni chyba nie mogli się wszyscy zebrać, bo komuś nie pasowało i on zwołał ekipę z Inowrocławia. Tak mi się wydaje, że to był Arek, bo on miał największy kontakt z tym światkiem inowrocławskim. Załatwił granie właśnie Nocnego Stróża. Zespół zrobił furorę. Przyjechali „goście”, którzy byli naprawdę profesjonalnie przygotowani.
Wtedy ja się Nocnym Stróżem zainteresowałem. Po prostu szkoda, ze taka kapela się rozleciała…

Później się chyba Mensky nazywali.
To już się później przekształcało w różne inne formacje, gdzieś ci ludzie grający tam się pojawiali, ale nigdy w tym samym składzie, co w Nocnym Stróżu. Menadżerem Nocnego Stróża był Zbyszek Gądek – saksofonista Maryli Rodowicz, Shakin’ Dudi. Teraz ma dużą agencję artystyczną. On im załatwiał dużo grań, na przykład przed Lady Pank. Był w latach dziewięćdziesiątych festiwal, nie pamiętam, jak się nazywał, bodajże FAMA – oni, chyba, zajęli tam pierwsze miejsce, czyli gdzieś wysoko w Polsce byli. Wydali EPkę – tylko trzy nagrania, i z tymi nagraniami jeździli po różnych miejscach i się promowali.
Większość tego składu znam i mam kontakt, najbardziej z gitarzystą tego zespołu, Michałem Witkowskim. On z nami grał w Lux Vera.

Wspomniałeś, że koncerty gromadziły po 150 osób – dużo więcej niż w Kolorowej mogło się pomieścić. Zdarzały się rozróby?
Różnie, ale to było szybko jakoś wygaszane. Były też sytuacje, gdzie jakaś niby mafia wpadła i rozwaliła knajpę przed koncertem.

A jak doszło do powstania zespołu Noł?
To wszystko w jakimś momencie się rozpadło w Kolorowej. Nie było perkusisty, bo Arek zrezygnował. Miał szkołę, nie mógł tego pogodzić. Bardziej go ciągnął Inowrocław, gdzie grał w zespołach. Tam był jednak już ten poziom muzykowania wyższy. Ale dzięki temu też przyprowadzał tych ludzi do Strzelna. My ich poznawaliśmy, a kontakty się utrzymują do dzisiaj. Na przykład z gitarzystą Maćkiem Zamczałą, z którym Arek kiedyś grał bardzo dobre koncerty – zespół nazywał się chyba Staff.
Podejrzewam, że też chodziło o pieniądze. Zazwyczaj tak bywa. Sami to przeżywaliśmy w zespole, w którym graliśmy. Możesz grać jeden, drugi, trzeci, piąty, dwudziesty koncert za to przysłowiowe piwko, ale ktoś w końcu rzuci temat: Słuchajcie, tu się znajduje 150 osób. Wszystko fajnie, pięknie, ale niech nam ktoś za to zapłaci w końcu. Robimy dobrą robotę, a dlaczego tylko mamy grać za skrzynkę, czy dwie skrzynki piwa?. Dla właściciela to był dobry przychód. Brzydko powiem, ale ten zespół był jakąś tam maszynką do zarabiania pieniędzy dla lokalu. Grzegorz Wiśniewski był na tyle nakręcony, że Arkowi perkusję kupił do tej knajpy. Stała od poniedziałku do niedzieli w kącie (śmiech). Była na stałe meblem. Arek się nie przejmował, że musi swoje bębny rozkładać – wchodził i miał perkusję do grania.
Arek zrezygnował, wszystko się rozpadło. Ale  minął jakiś czas – rok czy może dwa lata, i graliśmy już w Anisandrze. To była knajpa Janusza i Wiesława jeszcze wtedy. To są bracia mojej mamy. A mi wpadł do głowy taki pomysł: Fajnie byłoby gdzieś pograć, zrobić jakiś zespół. Na wokal namówiłem mojego kuzyna, Łukasza „Albina” Ślesińskiego. Waldek Jackowski przyszedł na bas. Z Arkiem się tak dogadaliśmy, że się spotykamy, żebyśmy sobie, po prostu, pograli. Nie robiliśmy praktycznie nic innego, oprócz tego materiału, który chłopacy wcześniej w Kolorze grali, czyli kowery Lady Pank, Dżem…
A jeszcze wcześniej – bo ja byłem dosyć mocno związany też z Kościołem, graliśmy w naszym kościele rekolekcje i ściągnęliśmy Arka, żeby z nami pograł na perkusji, przeszkadzajkach, czy jakichś tam bębenkach. I właściwie od tego to się zaczęło. Zaczęliśmy się spotykać. Ksiądz udostępnił nam nad garażami przy plebanii miejsce, gdzie mogliśmy sobie ćwiczyć. Ściągnęliśmy „Gzenia” jako gitarzystę solowego. On, jako już starszy trochę i bardziej doświadczony muzycznie stwierdził, że fajnie się z nami gra, że warto spróbować. Zrobiliśmy jakiś materiał, wskoczyliśmy do Anisandry się zapytać, czy nie chcą, żebyśmy zagrali. I tak się zaczęło co tydzień granie. 

Budynek Kolorowej lub - jak kto woli - Koloru, krótko przed rozbiórką (fot. Heliodor Ruciński)

Budynek „Kolorowej” lub – jak kto woli – „Koloru”, krótko przed rozbiórką (fot. Heliodor Ruciński)

Graliście też w innych miejscach?
Tak. To chyba „Gzeniu” wpadł na pomysł, żebyśmy wystąpili na festiwalu w Skulsku. Tam były dwa zespoły, w których zagrał Arek – wystąpił ze swoim zespołem z Inowrocławia i z nami. My mieliśmy wyróżnienie, a ten zespół z Inowrocławia – pierwsze miejsce. Na podium byliśmy – drugie miejsce zajął ktoś, kto miał solowy występ.
W Skulsku graliśmy swój materiał. To były dwa utwory. Arek rzucił pomysł – w większości on był kompozytorem, ale instrumenty każdy po
kolei robił po swojemu. Każdy z nas próbował jakoś tam naśladować muzykę progresywną, ale tą melodyjną. Wielu z nas słuchało Marillion. Na tym się każdy wzorował. Arek to lubił, bo dla gitarzysty, z którym grał w tej formacji z Inowrocławia, Marillion to jest oczko w głowie. Wszystkie inne zespoły – okej, ale Marillion to jest podstawa. I on się bardzo wzorował na gitarzyście właśnie z Marillion. Oni robili muzykę podobną i Arek chciał tak grać.

Za to wyróżnienie była nagroda? 
Były pieniądze, chyba 300 złotych. Tylko tak wyszło, że… Z nas wtedy nikt nie pracował, a trzeba było opłacić transport. No i później pewnie resztę przepiliśmy (śmiech).
Z tym wyjazdem były hece (śmiech). Zapomnieliśmy o Arku. On pod blokiem czekał z bębnami, a my myśleliśmy, że pojechał swoim samochodem. W pewnym momencie się wróciliśmy, a Arek się obraził, powiedział, że nigdzie nie jedzie (śmiech). Oczywiście pojechał.

A tu już w trakcie rozbiórki (rok 2006, 2007?). Zdjęcie zostało zrobione od strony ul. Michelsona. Dzisiaj to miejsce zajmuje budynek NZOZ "Medica" (fot. Heliodor Ruciński)

A tu już w trakcie rozbiórki (rok 2006, 2007?). Zdjęcie zostało zrobione od strony ul. Michelsona. Dzisiaj to miejsce zajmuje budynek NZOZ „Medica” (fot. Heliodor Ruciński)

Często w rozmowach na blogu przewija się Skulsk. Co to był za festiwal? 
Nadgoplański Festiwal Muzyczny. Tam co roku odbywał się taki konkurs dla zespołów. Wystarczyło się zgłosić i wystąpić. Zjeżdżały się osoby z różnych zakątków – z Bydgoszczy, z Inowrocławia, z Torunia. Jak wtedy występowaliśmy to było gdzieś około piętnastu, dwudziestu zespołów. Czyli to wyróżnienie coś znaczyło.
My przyjechaliśmy ze Skulska w momencie, kiedy w Strzelnie występowała Ira na Stadionie Miejskim. To był rok 2001, Dni Strzelna. Poszliśmy do ówczesnego kierownika Domu Kultury, Mariana Przybylskiego, bo, w zasadzie, my działaliśmy pod Domem Kultury, żeby mieć sprzęt jakiś. Wtedy jeszcze w Hotelu, w którymś z pokojów, był sprzęt rozłożony i my tam mieliśmy próby. W tym Hotelu się nic nie działo, nikomu nie przeszkadzaliśmy. Było super. Kino nie nadawało się absolutnie do jakiegokolwiek użytku – tam nikt by nas wtedy nie wpuścił.
Przyjechaliśmy ze Skulska i rozmawialiśmy z Marianem Przybylskim. On nas wtedy – jakby w taką nagrodę, w czasie koncertu wprowadził na scenę. Gadowski nam gratulował. Zapamiętałem tylko, że nie był w stanie w ogóle nic mówić, taki był… (śmiech).

Byłem na tym koncercie, ale momentu, kiedy pojawiliście się na scenie nie pamiętam.
To było przeżycie. My mieliśmy po szesnaście, siedemnaście lat, dlatego to zapamiętałem. Wyszedłem na tę scenę, patrzyłem na ludzi, których było mnóstwo – nie było widać końca… To był szok, po prostu, szok! Mówię do Arka: Kiedyś na takiej scenie wystąpić, żeby taka publika była!.

Koncert na festiwalu w Skulsku był jedynym waszym występem poza Anisandrą?
Ja nie przypominam sobie innego. Później – w tym czasie jakoś , były pielgrzymkowe koncerty w Siedlimowie (pierwszy wieczór pielgrzymki Strzelno – Jasna Góra kończył się koncertem w Siedlimowie; w tym roku koncert odbył się w Wilczynie, gdzie zagrała Lux Vera – przyp. erbe). Te same osoby grały, ale to były tylko takie projekty raz do roku.

Nie przypominam sobie, żeby Grzegorz Swendrowski zagrał w Siedlimowie.
Zagrał jeden raz. Jeszcze pojechał na koncert w koszulce Slayera – w nadruku krzyż odwrócony (śmiech). Mówię: „Gzeniu”, weź chociaż stań plecami, żeby cię nie było widać, bo za chwilę pójdzie jakiś ksiądz i…. On był nieświadomy tego. Pamiętam, że mu bluzę pożyczyłem jakąś, żeby założył (śmiech).

Noł należy zapisywać „Noł”?
Tak to sobie wymyśliłem, bo tak akurat wyszło…

Skład zespołu się zmieniał?
Nie. Zespół nie istniał jakiś długi czas. Do 2002 roku? I też chodziło, oczywiście, o pieniążki, bo każdy by chciał coś zarobić, mieć jakiś tam dochód z tego. Może nie chodziło o wielkie pieniądze, ale… Struny do gitary czy kable też kosztują. Jak sobie przypominam dzisiaj na jakim my sprzęcie graliśmy, to… Jest niewyobrażalne, że ja dzisiaj bym na takim czymś grał.

Po Noł nie przeszła ci ochota do grania…
Od 2003 roku  miałem trzy lata przerwy, bo byłem w seminarium duchownym. Odizolowałem się całkowicie od grania z kimkolwiek, z racji tego, ze mnie, po prostu, tutaj nie było. Tam, oczywiście, grałem, ale to sam dla siebie. To było takie wylogowanie się ze środowiska. W 2006 roku… Nie, właśnie, że nie! Jeszcze jeden koncert udało się zorganizować. W wakacje 2005 roku był jeden koncert w Anisandrze. Po moim drugim roku studiów w seminarium się tak zgadaliśmy. Wtedy zagraliśmy też mega fajną imprezę. Graliśmy bardzo długo, chyba do drugiej w nocy. To akurat na tym obszarze zawsze sąsiadom przeszkadzało, a w tym momencie nie było żadnego problemu (śmiech). Może gdzieś wyjechali na wakacje…
W 2006 roku odszedłem z seminarium i już w wakacje też zorganizowaliśmy chyba dwie czy trzy imprezy. Z Domu Kultury dostaliśmy propozycję zagrania przed Małgorzatą Ostrowską na Dniach Strzelna w tym roku – zagraliśmy jakieś kowery.
W 2005 i 2006 roku stałymi osobami w składzie byli: Arek, Waldek, „Albin” i ja. Czyli wszyscy oprócz Grzesia. Przewijali się też inni – dołączył Maciek Zamczała, dołączył saksofonista, chyba Sebastian Orliński.

O to zawsze staram się zapytać. Jako Noł nie mieliście ochoty na to, żeby wejść do studia, zarejestrować więcej materiału i wydać płytę?
Pewnie, że chcieliśmy, ale nie było wtedy takiej możliwości. To by było zbyt kosztowne. My próbowaliśmy się na jakieś kasety nagrywać, ale te nośniki… To nie przekazywało. A o wydaniu płyty nikt nawet nie myślał, bo nie było, chyba, takich możliwości.
Poza tym później zaczęło się kombinowanie. Te koncerty w 2005, 2006 roku gdzieś tam z łapanki się grało. Zagraliśmy jeden koncert, potem znowu pół roku czy osiem miesięcy – nic! I znowu ktoś namówił – znowu zagraliśmy. Nie było takiego systematycznego grania.

Za to w zespole Lux Vera grasz systematycznie. Odkąd grupa istnieje, jesteś w jej składzie, a gracie już ponad 4 lata.
Piotrek Barczak założył ten zespół. Zaczął od Leszka Iwińskiego na pewno i ode mnie – zapytał się, czy nie chcemy grać. Zaczęliśmy się w trójkę spotykać – oni zaczęli coś robić, a ja przenosiłem to na gitarę.
Muzyka Piotra to nie jest łatwa muzyka. On ma bogaty wachlarz barw muzycznych i dużo rzeczy łączy w jedno. I ciężko jego muzykę zrozumieć. Ale zaczęliśmy to robić, się docieraliśmy i wypracowaliśmy sobie coś fajnego, bo… To jest tak. Piotrek przychodzi, my mówimy: No przecież tego się nie da grać. Piotrek się złości (śmiech): To najlepiej nic nie robić!. Pomimo to, że jest osobą spokojną, to pod względem muzycznym jest agresywny. Jeśli ktoś go krytykuje, on naprawdę…

Klasyczny artysta.
Tak.

Od początku i w każdej konfiguracji muzycznej jesteś gitarzystą. Dlaczego wybrałeś właśnie ten instrument?
Mój wuja grał na gitarze, starsi kuzyni grali na gitarze – jakoś spodobało mi się. I tak, po prostu… Nikt mnie tego nie uczył. Wuja mi pokazał chyba trzy czy cztery akordy, a później to już słuchanie z magnetofonu, przystrajanie gitary, uczenie się, powtarzanie.
Ja nie potrafię w ogóle nic zagrać z nut, nie potrafię czytać tabulatur. Gdybym dzisiaj znał teorię, której się nie chciałem uczyć, to uważam, że bym dużo, dużo lepiej grał na gitarze. Ale, że byłem oporny do teorii, bo to dla mnie była matematyka, to dwa, albo trzy razy dłużej musiałem się tego uczyć. 

Na koniec opowiedz o swoim pomyśle na imprezę muzyczną w Strzelnie.
Ja mam takie parcie, żeby coś zrobić. Żal mi tego parku, który jest w Strzelnie.
Nie mam jakiegoś określonego gatunku muzyki – dla mnie to nie ma znaczenia, tylko byle coś się zaczęło dziać. To mógłby być taki festiwal muzyki. Przyjeżdżają punkowcy – grają punka. Jeśli grają go dobrze – czemu nie mają wygrać? Przyjeżdżają inne zespoły – grają reggae. Jeśli grają to reggae na takim poziomie, że jury stwierdzi, że to jest na wysokim poziomie – dlaczego oni nie mają wygrać? Przyjeżdżają osoby, które grają rocka progresywnego… I tak dalej. Chodzi o to, żeby tych ludzi gdzieś zebrać.
To jest luźny pomysł. Ja szukam sprzymierzeńców, którzy by w to weszli. Uważam, że jest to do zrobienia niewielkimi nakładami.

(sierpień 2015)