Rozmowa z Grzegorzem Swendrowskim – kolejna, którą udało się przeprowadzić dzięki pewnemu portalowi społecznościowemu. :-)
„Kino”, „Dom Kultury” – jeżeli ktoś nie wie, co się kryje pod tymi skrótami, zapraszam do lektury innych rozmów opublikowanych w ramach Złotej ery rocka w Strzelnie. „Kolorowa”? W Strzelnie była kiedyś taka kawiarnia (przy ul. Michelsona, niedaleko skrzyżowania z ul. Kolejową), która w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku i chyba jeszcze na początku obecnego pełniła rolę klubu czy czegoś takiego (ma ktoś zdjęcie tegoż budynku i jego otocznia?).

***

To musiało być w 1996 lub 1997 roku, ponieważ wtedy istniał zespół King Lear – pewnego dnia rozmawialiśmy o koncertach rockowych w Strzelnie i twojej grze na gitarze. Wtedy powiedziałeś, że jeżeli już udało ci się zagrać Stairway to heaven Led Zeppelin, to nie jest źle. Dzisiaj zagrałbyś ten utwór?
Cały czas to gram, choć brak mi czasu, żeby poświęcić się temu całkowicie. Wożę ze sobą gitarę w ciężarówce i jak tylko mogę to gram. Ten kawałek to przekaz emocji, jakich trudno doszukać się w muzyce współczesnej. To jest po prostu klasyka.
Stairway to heaven to był przełom w mojej przygodzie z gitarą i ten utwór zawsze będzie ważny. Był to pierwszy kawałek grany palcami na „elektryku”, podobnie jak na „klasyku”. Nauczyłem się tego, choć bardziej ciągnęło mnie w stronę solową.

Ile miałeś lat jak zacząłeś się uczyć grać na gitarze?
Nie pamiętam dokładnie. Grałem całe życie. Na początku był keyboard, później akordeon, na który chodziłem nawet do muzyka w Inowrocławiu. Ale tak naprawdę to nie było to… Gitarą zaraził mnie mój kuzyn, chyba w wieku 14 lat. I to było coś! Tak mi zostało do dzisiaj i dobrze mi z tym.

A co było u ciebie pierwsze – koncerty organizowane w Kinie Kujawianka, czy nauka gry na gitarze?
Pierwsze były długie godziny spędzone z instrumentem, bo chciałem coś umieć zanim wyjdę na scenę. Instrument kupiłem od Piotra Lewandowskiego, pracownika Domu Kultury. Była to gitara GMR z Gniewkowa. Dałem za nią 300 zł i byłem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. To był mój pierwszy instrument. Mam go do dzisiaj – w tej chwili wisi jako pamiątka w prywatnej szkole muzycznej mojej żony w Prudniku.
Ale na początku byłem wiernym widzem. Chodziłem na wszystkie koncerty, jakie były w Kinie. Działo się naprawdę dużo. Nie było tygodnia bez wydarzenia muzycznego. Strzelno w tamtych latach nigdy nie miało mniej zespołów niż pięć.
Nie pamiętam mojego pierwszego koncertu w Kinie, ale było to chyba z zespołem King Lear, którego byłem założycielem wraz z śp. Bogdanem Ornatkiem, Marcinem Adamskim, Jarkiem Andrzejewskim i Tomkiem Pieszakiem.

Pamiętam, że graliście Speed King zespołu Deep Purple, a podczas wspomnianej już rozmowy zapytałem cię, czemu nie gracie bardziej nośnego kawałka z ich repertuaru – Smoke on the water. :-) Dlaczego powstał zespół King Lear?
Zespół powstał po zaprzyjaźnieniu się z Bogdanem Ornatkiem. Bogdan był sąsiadem Jarka Andrzejewskiego, czyli „Żaby”, z którym się przyjaźniłem i często bywałem u niego w domu. Nie pamiętam jak to było dokładnie, ale wyszło spontanicznie.
Bogdan to był rockmen z prawdziwego zdarzenia. Prawdziwy miłośnik rocka, mimo, że był od nas dużo starszy. To on zaraził mnie takimi zespołami jak Deep Purple czy Led Zeppelin. Był w moich oczach tym, kim ja chciałem być. To on był motorem tego zespołu… Sumienny profesjonalista w każdym calu. Trzymał to wszystko w ryzach i dzięki temu robiliśmy postępy. Wiem, że gdyby żył do dzisiaj to byłoby o nas głośno.

Zebrał was, młodych ludzi, i powiedział: Panowie, robimy zespół?
Dokładnie tak było. On miał niedosyt grania tego, co lubi, bo – jak mówili inni – grał z nimi, bo był muzykiem, ale tak naprawdę odżył jak pojawiła się możliwość grania Deep Purple. Dostał powera jak młody i nawet my młodsi mieliśmy problem, żeby nadążyć. :-)

Kiedy powstał King Lear?
Trudne pytanie, bo nie mam pamięci do dat, a pamiątek z tego okresu nie posiadam. Widziałem plakat od „Sobola” (Sławomir Sobczak – przyp. erbe), na którym jesteśmy jako współgrający, ale który to rok? Miałem wtedy chyba z 15 lat, ale strzelam.

Ty – gitara, Tomek Pieszak – gitara, Jarek Andrzejewski – wokal, Marcin Adamski – perkusja i Bogdan Ornatek – bas. Wcześniej kontakt ze sceną mieli tylko pan Bogdan i Marcin, tak?
Tak. Marcin był oblatany w tych sprawach. Bogdan też, a my „na surowo”. :-) Czasami grał z nami mój kuzyn z Ostrołęki, który zaraził mnie gitarą. Dom Kultury kupił od niego nawet piecyk gitarowy - Huges & Kettner, który dawał radę przez długi czas.
Zagraliśmy kilka koncertów, a po śmierci Bodzia był koniec King Lear… Później grałem z Piotrem Pieszakiem i Arkiem KubiakiemKolorowej. Nazwy chyba nie było, ale czasy cudne.

Kino "Kujawianka", 1997 rok, Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Na scenie 1/2 zespołu King Lear (od lewej): Tomasz Pieszak, Grzegorz Swędrowski (fot. ze zbiorów Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie)

Kino „Kujawianka”, 1997 rok, Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Na scenie 1/2 zespołu King Lear (od lewej): Tomasz Pieszak, Grzegorz Swendrowski (fot. ze zbiorów Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie)

Zostańmy jeszcze przy zespole King Lear. Wyróżnialiście się na tle kapel, które albo grały punka, albo Dżem i Hey Joe Hendrixa.
Repertuar wynikał z upodobań każdego z nas. Staraliśmy się, żeby każdy miał swoje pięć minut. Pamiętam, że graliśmy Metallicę, Deep Purple, Joe Satrianiego, chyba coś z Led Zeepelin. Były też próby własnych kawałków, bo „Żaba” pisał teksty. On słuchał wtedy The Doors i Marillion, ja byłem zakochany w Satrianim i klasyce rocka – nasze kawałki były w tych klimatach. Ale, niestety, do studia zabrakło czasu. Choroba Bodzia rozbiła nas psychicznie na długo…

Rozumiem. Stairway to heaven w waszym wykonaniu nie pamiętam. :-)
Nie graliśmy tego na koncertach – to było zbyt romantyczne jak na tamte czasy. :-) Pamiętam, że graliśmy jakiś kawałek Led Zeppelin, chyba z trzeciej płyty.

A dlaczego graliście Speed King, a nie Smoke on the water? :-)
Speed King był bardziej ekspresyjny i, w sumie, wtedy bardziej mi bliższy.

Kto decydował o doborze kowerów?
Zawsze wspólnie. To była zasada, żeby każdy miał kawałek, w którym czuje się dobrze. Dyktatury nie było. :-)

Pamiętasz klimat koncertów w Kinie?
Kino to był absolutny top kultury w mieście. Życzę sobie wszędzie takich ośrodków, jak wtedy tam. Działo się dużo, a my – jako młodzi i rozrabiający :-) – mieliśmy odskocznię i okazję na wylanie pozytywnych emocji nie na zabawie, w której rolę grały sztachety, ale na muzyce, która w nas grała.
Z koncertów King Lear najbardziej pamiętam występ z okazji WOŚP (w 1997 roku – przyp. erbe). Chyba dlatego, że ustawiał na wtedy Irek Jackowski na mikserze. On miał do tego rękę – dość fajnie to wyszło. Później bywało różnie – zawsze brakowało dobrego akustyka, mimo, że sprzęt nie był zły. Irek to czuł – dzięki temu granie było o wiele przyjemniejsze.

Wszystkie koncerty jako King Lear zagraliście w Kinie?
Graliśmy jeszcze gdzieś, ale pamiętam tylko Kino.
A nawiązując do wcześniejszych rozmów zamieszczonych na twoim blogu, to my też wialiśmy z Kina przez zjawę. :-) Dokładnie nie pamiętam jak to było, ale wszyscy – jak jeden – słyszeliśmy kroki utykającego człowieka. A godzina była późna, bo zespołów dużo i grafik był napięty. Oj strachu byłooo… Wiem, że potem atakowałem Piotra Lewandowskiego, że chcemy mieć próby w ciągu dnia. :-) Później jakoś się oswoiliśmy – od tamtej pory już więcej nic nie słyszałem, ale w głowie zostało.

Nie to, że nie wierzę w te wasze przygody z duchami, ale spytam, trochę z przymrużeniem oka: próby mieliście na trzeźwo?
Jak najbardziej. Bodzio trzymał nas krótko, choć pokusa była. Próba była święta.

:-) A pamiętasz występy innych zespołów w Kinie?
Wtedy była kumulacja zespołów i nawet trudno było o próby dla wszystkich. Grały Kretki Szamana, zespół Pankowskiego – nie pamiętam nazwy. Grał Daniel Iwiński z ekipą i jeszcze kilka innych zespołów.
Do Widzenia pamiętam, bo byłem na kilku ich koncertach. Pamiętam też fantastyczny wokal Czarka (człowiek występujący jako Cezary der Wolf i, jeżeli dobrze zapamiętałem, Cezary Wilk – przyp. erbe) – żywcem Robert Gawliński. Było tego tak dużo, że moja pamięć płata figle. :-) Działo się…

Wokalista King Lear w tej swojej charakterystycznej, hippisowskiej bluzie, czy co to tam było. :-)
Tak… „Żaba” był wtedy The Doors. :-)
King Lear to był cudny zespół, dający wielkie możliwości i doświadczenie dla takiego laika jak ja. Szkoda…

Po King Lear grałeś w zespole między innymi z Arkiem Kubiakiem i Piotrkiem Pieszakiem. Arek wspominał, że w Kolorowej dawaliście koncerty, które cieszyły się ogromną popularnością.
Klimat faktycznie był niepowtarzalny. Ludzie nie mieścili się w środku, a my czuliśmy się jak jakiś topowy zespół rockowy. Pamiętam jak dziś… Chyba dlatego cieszyły się popularnością, że były spontaniczne i szczere oraz dawały ludziom rozrywkę na żywo.
Rdzenny skład zespołu to Arek Kubiak na perkusji, Piotr Pieszak na gitarze prowadzącej, Waldek Jackowski na basie, Łukasz Sobiesierski na wokalu i ja na gitarze. Wcześniej grał kolega, który mieszkał przy tej samej ulicy, co Daniel Iwiński, ale zapomniałem jak się nazywał – teraz mieszka w Inowrocławiu. Graliśmy głównie Lady Pank, bo „Śmiechu”, czyli Piotr Pieszak, był w tym świetny.
Później przekształciliśmy się w zespół o nazwie Noł. W składzie nastąpiły małe zmiany – doszły na wokal dwie siostry. I przenieśliśmy się do Wieśka Nowaka, do knajpki przy budynku dawnego hotelu. Minus był taki, że było tam mniej miejsca niż w Kolorowej, ale klimat podobny. To już było chyba w ’98 roku, bo potem poszedłem do woja.

Przypomnijmy, że lokal Wiesława Nowaka nazywał się – nie wiem, czy prawidłowo zapisuję – Anisandra.
Z Noł zagraliśmy w Skulsku na festiwalu. Otrzymaliśmy trzecią nagrodę – wygraliśmy magnetofon i kasę. Mam gdzieś w domu dyplom z tej imprezy.
Tam daliśmy popalić wszystkim. Były dwa zespoły ze Strzelna, w obu grał Arek na perkusji – dostaliśmy pierwsze i trzecie miejsce. W tym, który zajął pierwsze miejsce grała stara ekipa ze Strzelna plus kolega Arka z Inowrocławia. Piotrek Pieszak grał u nich, a w Noł zagrał Maciej Nowak. Graliśmy własne kawałki.
Motorem komponowania był Arek – miał szkołę muzyczną i znał teorię muzyki. Większość pomysłów była jego – my staraliśmy się tylko coś dodać. Wyszło całkiem fajnie. Graliśmy je później w Anisandrze - były bardzo melodyczne. Już tego dzisiaj bym chyba nie zagrał. Pamięć….

Dlaczego Noł zakończył działalność?
Konkretnego powodu nie było. Każdy pogonił za życiem, bo zarobku z tego nie było. Graliśmy tylko dla przyjemności i za przysłowiowe piwko. Ja poszedłem do wojska i tak się skończyły dla mnie lata rock and rolla w Strzelnie. Później już było coraz gorzej. Aż do dzisiaj…

Po wojsku nie grałeś już w żadnej kapeli?
Arek załatwił mi kilka wejść, ale nic z tego nie wyszło. Próbowałem w Janikowie i Kruszwicy, ale pieniądze wzięły górę – trzeba było z czegoś żyć.

Ale do gitary ciągle cię ciągnie…
Przymierzam się, żeby odstawić ciężarówkę i zacząć uczyć w szkole mojej żony. Gitara jest cały czas popularna – i to cieszy.

Gdybyś mógł cofnąć się te 20 lat, to jakbyś pokierował swoim muzycznym życiem?
Trudne pytanie, co bym zrobił, bo zawsze był dylemat – pieniądze. Gitara daje mi wolność i możliwość przekazania emocji poprzez muzykę, ale w konfrontacji z tirem – przegrywa.
Z perspektywy czasu wydaje mi się, że chyba byłem za mało uparty i przekonany do poświęcenia się tylko temu fantastycznemu instrumentowi. Może jeszcze to zmienię. Wola jest.

(lipiec 2015)