Cyklu Big-beat w Strzelnie odsłona trzecia. Tym razem muzyczne lata sześćdziesiąte XX wieku w Strzelnie wspomina pan Władysław Janiszewski (wspomnienia zostały spisane na początku lipca 2015 roku):

 

PERKUSJA I GITARA

Ja zacząłem od perkusji. Jak chodziłem do szkoły zawodowej w Gliwicach to – w pierwszej i drugiej klasie, byłem takim pomocnikiem perkusisty. A jak przyjechałem do Strzelna to trafiłem do zespołu – dziadki takie grali. Później wziąłem się za gitarę. Ja typowy samouk jestem. Wtedy nie było tak jak teraz, że są szkoły, komputery, że w domu kultury są muzycy, którzy uczą; nie było, że się szło do muzycznego sklepu i kupowało się szkoły gry na instrumencie – każdy gdzieś coś tam podchwycił, jeden od drugiego się uczył. 

Do perkusji wróciłem jak z Leonem Pietrzakiem grałem – ale to później, jak już zaczęły się wesela i zabawy. A dlaczego za gitarę się wziąłem? Nie wiem. Tak po prostu – moda taka była. To był chyba ’64 rok jak to się zaczęło.

 

Pan Władysław  w okresie, kiedy już zaczął grać na weselach i zabawach (ze zbiorów Władysława Janiszewskiego)

Pan Władysław w okresie, kiedy już zaczął grać na weselach i zabawach (fot. ze zbiorów W. Janiszewskiego)

 

ZESPÓŁ

W ’65 roku to już żeśmy skombinowali zespół w Domu Kultury w Strzelnie. Nawet chyba nazwy nie było jeszcze. To wszystko początki były. W tym zespole ja grałem na gitarze, Mieciu Gorlach też na gitarze – on już nie żyje, Jaroch Kaliński na perkusji – też nie żyje, i Zdzichu Sobczak na akordeonie i pianinie –  nie wiem, gdzie on się obraca w tej chwili. Ja już wtedy nie chodziłem do szkoły. Zdzichu Sobczak chyba chodził jeszcze do zawodowej szkoły, bo on był najmłodszy z nas. A Mieciu Gorlach to nigdzie się nie uczył, nigdzie nie pracował.

Z wokalistami było tak, że my trochę śpiewaliśmy, Czesia Pieszak trochę śpiewała, a przede wszystkim Heniu Zygmunt i Janka Puchała – ona śpiewała prawie etatowo. Kiedyś czytałem biografię Liceum (szkoła przy ul. Gimnazjalnej w Strzelnie, dzisiaj część Zespołu Szkół Licealnych – przyp. erbe) i tam było, że w tej szkole odbywały się festiwale muzyczne. Były, bo tam wcześniej mieli swój zespół – Zygmunt Ornatek i inni. Jak oni pokończyli Liceum, to nie było już żadnego zespołu i my graliśmy uczniom, którzy śpiewali. Ale to już w książce nie było ujęte. I wtedy właśnie z tego Liceum dziewczyny przychodziły – śpiewały, chórki były. Jolanta Nędzkiewicz, Wrona Zosia… Przychodziło tych dziewczyn – człowiek wszystkich nie pamięta.

Czesia Pieszak śpiewała w Dąbrowie, gdzie koncert dawaliśmy – to były jakieś dożynki, chyba powiatowe. Tam była taka para ludzi – oni śpiewali w Operze poznańskiej. Śpiew Czesi im się spodobał, chcieli nawiązać współpracę, ale coś tam nie wypaliło.

 

SPRZĘT

W Domu Kultury ze sprzętem było kiepsko. My zabiegaliśmy o wszystko. Swojej roboty instrumenty też były. Mi pomagał Jerzyk Śmigiel – on tak się bawił w elektronikę.

Takim ważnym punktem, jeżeli chodzi o sprzęt, to była pomoc ministra rolnictwa i leśnictwa. Ze Strzelna to był gość – właściwie on miał gospodarstwo w Młynicach, nazywał się Jan Dąb-Kocioł. W ’65 roku w Domu Kultury był zjazd rolników i właśnie on tam był. Ja byłem wtedy przewodniczącym ZMSów w Domu Kultury, spytałem kierowniczkę, panią Kozłowską (Lidia Kozłowska, kierownik Domu Kultury w Strzelnie w latach 1964-1981 – przyp. erbe), czy moglibyśmy z ministrem porozmawiać – zgodziła się. Sołtys Wiśniewski z Klasztornego spytał go, czy on chce z nami rozmawiać – zgodził się. Przedstawiliśmy mu jedną z naszych bolączek: mamy problem, bo część instrumentów w zespole była pożyczona. Obiecał, że nam coś załatwi. Po jakimś czasie przyszło pismo – na zespół załatwił 100 000 zł. To było dużo pieniędzy. Ale do nas przyszło 25 000 zł. Po drodze chyba Bydgoszcz zabrała, Mogilno pewnie też coś. Ja chciałem, żeby napisać do niego i wyjaśnić jak to się stało, że tutaj przychodzi decyzja, że dostajemy 100 000 zł, a myśmy dostali 25 000 zł. Ale kierowniczka zabroniła mi rozmawiać – powiedziała, że ona nie chce roboty stracić. Mogło tak być.

Wtedy był w Strzelnie taki gość – nazywał się Kieczmarski. Mało kto o nim wie, a to był wirtuoz na akordeonie. Jak kiedyś pojechaliśmy na weryfikacje – w tamtych czasach, żeby grać po zabawach czy po weselach, to trzeba było mieć weryfikacje, trzeba było zdać egzamin przed komisją, to właśnie on pojechał z nami. Tam tylko przesłuchali jeden utwór i już więcej z nim nie chcieli dyskutować. On był zastępcą kierownika Domu Kultury – takim na pół etatu, z Kozłowską pojechali i pokupowali to, co on uważał. Kupili perkusję, bo to była podstawa. W Domu Kultury nie mieli swojej perkusji – mieli pożyczaną z Harmonii, albo ze Szkoły Podstawowej nr 2, ale nie zawsze chcieli pożyczyć. Akordeon Weltmeister kupili, trąbkę kupili i wzmacniacz taki tam najgorszy, jaki mógł być.

 

REPERTUAR

To wszystko małpowanie było zespołów, które w Polsce wtedy się pokazywało – Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni… Nie tylko polskie się łapało – Animalsów chyba Heniu Zygmunt śpiewał.

Ze swoich rzeczy to ja kiedyś piosenkę ułożyłem i słowa napisałem – taka wolniutka była. I to też graliśmy. We wojsku też to grałem, bo to naszemu szefowi się spodobało. Ale już tego nie pamiętam – od ’88 roku w ogóle nie mam nic wspólnego z muzyką.

 

KONCERTY

W Domu Kultury to nie były żadne wielkie koncerty. Pani Kozłowska więcej szła w takie sprawy staroci jakichś. My za dużo nie mieliśmy do powiedzenia w tych sprawach. Ale nie powiem – to było dość prężne. Kierowniczka po wsiach załatwiała i my jeździliśmy na takie występy półgodzinne czy godzinne, kończące się potańcówkami.
Ona wcześniej pracowała czy mieszkała w Słowikowie za Orchowem. Pamiętam, tam żeśmy jechali. Fajnie było – sala pełna. W Domu Strażaka w Wilczynie – ten budynek do dzisiaj stoi, byliśmy na koncercie. Też była pełna sala. Dwie godziny to trwało, bo nasz zespół to był taki zespół trochę też kabaretowy – chłopaki odstawiali jaja. A po koncercie jeszcze graliśmy do tańca.

Ciekawe były też wieczorki muzyczne w Strzelnie. To kierowniczka wymyśliła – zawsze w niedzielę popołudniu były. Ona zapraszała rodziców naszych, żeby się cieszyli, że ich dzieciaki grają – sadzała ich w pierwszych rzędach. Oczywiście, zawsze pełny Dom Kultury był. Wtedy Dom Kultury był tam, gdzie teraz Biblioteka – na dole sala, scena z pianinem. A na scenie my.

Pieniędzy z grania nie było – to było społecznie wszystko. O! Z czego były pieniądze – jak na przykład w Domu Kultury był organizowany sylwester to zawsze coś nam pani Kozłowska odpaliła.

 

MODA BYŁA TAKA

Wiadomo, kto był trochę bogatszy, kto pracował, to inaczej się ubierał. Buty „bitelsówki” wtedy modne były. W zespole nie wszyscy takie mieli. „Bitelsówki” facet jakiś w Inowrocławiu robił.

Dłuższe włosy? Wszyscy – już trzeba było zapuszczać (śmiech). Moda była taka (śmiech). Nikt nas za te włosy nie gonił. Kierowniczka Domu Kultury też nie. Oczywiście, ona na wszystko nie pozwalała, ale jak próby czy coś tam mieliśmy to dała nam klucze – wolała tego chyba nie słuchać, co my tam odstawiamy.

 

Władysław Janiszewski: "w tamtych czasach, żeby grać po zabawach czy po weselach, to trzeba było mieć weryfikacje" (ze zbiorów Władysława Janiszewskiego)

Władysław Janiszewski: „w tamtych czasach, żeby grać po zabawach czy po weselach, to trzeba było mieć weryfikacje”. Strona 1 i 4 „Karty Rejestracyjnej” (ze zbiorów W. Janiszewskiego)

Strona 2 i 3 "Karty Rejestracyjnej" (ze zbiorów Władysława Janiszewskiego)

Strona 2 i 3 tego samego dokumentu (ze zbiorów W. Janiszewskiego)

 

CZAS WOJSKA

Graliśmy ponad rok, nie dłużej niż do października ’66 roku, bo ja wtedy poszedłem do wojska. Sobczak już poszedł wcześniej – on w komandosach był, Mieciu Gorlach poszedł do marynarki. My z Jarochem chyba w jednym czasie poszliśmy.

We wojsku byłem w zespole. Tam był taki facet, który miał bzika na punkcie kabaretów. Był też Mleczko, ten rysownik – to był kabareciarz, jajarz nieprzeciętny. My im przygrywaliśmy. To było coś pięknego.

 

„TO NIE TO”

Po wojsku w Domu Kultury już było całkiem coś innego. My nie graliśmy już razem – część chyba później przyszła z wojska, z Mieciem nie wiem, jak to wyszło, że już nie graliśmy… Każdy poszedł w swoją stronę.

W Domu Kultury był zespół, chyba To Nie To się nazywali: „Trąbka” – Kanarkiewicz na trąbce i Andrzej Chojnacki na perkusji. Ja do nich doszedłem. W powiecie nawet zajęliśmy trzecie miejsce – wtedy Wanda Chojnacka-Proszkiewicz śpiewała. W nagrodę dostaliśmy takie obrazy – mam ten obraz do dzisiejszego dnia.

W tym czasie pani Kozłowska już miała swój wiek i bardziej interesowała się seniorami. Ona robiła dla nich tańce i trzeba było im przygrywać – to tak mi trochę nie pasowało.

Później to już my z Domu Kultury odeszliśmy i sami sobie byliśmy. Ale jeszcze jak byliśmy przy Domu Kultury to już zaczynaliśmy trochę po zabawach jeździć. Oczywiście, jak pani Kozłowska powiedziała, że trzeba gdzieś jechać i dać jakiś występ, to my musieliśmy jechać – siła wyższa była.

Z rok z nimi grałem, a później zacząłem grać z Leonem Pietrzakiem.

 

INNE ZESPOŁY

W czasie, kiedy ja grałem, w Strzelnie były też inne zespoły. W Liceum był zespół Zygmunta Ornatka – ten, który zastąpiliśmy na festiwalach muzycznych. Oni byli dziećmi ludzi trochę bogatszych jak my i mogli sobie pozwolić na lepszy sprzęt. Zresztą to była też szkoła.

A jeszcze – krótko przed moim wojskiem, był też zespół w GSach: Jacek Krawczyk, Bolek Janik… Dwóch czy trzech ich było. To też był dobry zespół. Oni mieli w ogóle inne warunki. GSy ładowali kasę w to – gitary, wzmacniacze… Wszystko im pokupowali.

Zespół Inicjały też był, ale to już później – ja już wtedy odszedłem z To Nie To, ale ta nazwa obiła mi się o uszy. A jeszcze później w PSSach był zespół – dziecinny taki, ale przy okazji grali. Reinholz tam był.