Wiktor Mazurkiewicz. Kolejny młody muzyk z Mogilna, który kilka miesięcy temu wydał płytę – Home. I to był główny temat naszej rozmowy.

***

Nie znam jeszcze zawartości płyty Home. Czego mogę się spodziewać?
Na pewno spójności. Myślę, że mi się to udało. Miałem taki cel, żeby zrobić płytę spójną, która będzie opowiadała jakąś historię. I można się spodziewać inspiracji zespołem Dream Theater, czyli rock progresywny.

Bardziej chyba prog metal.
Też.
Nie wiem czego jeszcze… Bardziej się skupiam na rozbudowanym tle niż na solówkach. Solówki też są, ich jest bardzo dużo, ale myślę, że bardziej dbałem o tło.

Bardziej interesuje cię klimat niż wirtuozeria?
Tak.

Skąd inspiracja twórczością Dream Theater?
Kiedyś jechaliśmy z panem Waldkiem Krystkowiakiem na Sopot TOPtrendy Festiwal, bo tam mieliśmy zaproszenie na występ razem z Lady Pank na ich jubileuszu. Po drodze Maciej (Krystkowiak – przyp. erbe) puścił płytę Dreamów. Mówię: Łoł, fajne!. Przyjechałem do domu, sobie włączyłem parę kawałków: Fajnie brzmi, wszystko jest rozbudowane, są długie kompozycje, które naprawdę są na świetnym poziomie muzycznym – można by było jakoś tam przy tej muzyce się zakręcić.
W końcu wpadłem w szał Dream Theater, słuchałem ich praktycznie nałogowo (śmiech). Byłem na koncercie w Gdyni w zeszłym roku. Naprawdę to mnie tak pociągnęło, że muzyka, którą tworzę jest, powiedzmy, trochę pokrewna Dreamom.

Wspomniałeś o muzycznej spójności, czyli to jest concept album?
Tak.

Przygotowałeś album z muzyką instrumentalną (o Wiktorze i jego debiutanckiej płycie można przeczytać w tygodniku Pałuki i Ziemia Mogileńska, nr z 8 stycznia 2015 roku – M. Holak, Płyta opowieść, s. 14; P. Lachowicz, Rock progresywny Wiktora Mazurkiewicza, s. 14-15). Osiem utworów, a wśród nich, tłumacząc na język polski, dwie części Domu, Niezdecydowanie, Wojna, Wspomnienia. O czym jest ta płyta?
Pierwszy utwór – Home part 1, właściwie jeden z dwóch tytułowych utworów, to wstęp – wszystko jest dobrze, sytuacja się rozwija. Dla mnie to jest symbol takiego bycia w domu i potem wyjścia.
Run, czyli w Bieg – gonimy za jakimś celem, coś próbujemy osiągnąć.
Indecision. To jest utwór totalnie pokręcony. Można tutaj znaleźć różne style grania, różne style muzyczne, tam wkradła się też polirytmia. To ma symbolizować to Niezdecydowanie – biegnę przez park, na przykład, mam skrzyżowanie i nie wiem, którą drogę wybrać. Potem się okazuje, że wybieram tą złą.
Fight, czyli walka z myślami. Czy rzeczywiście wybrałem dobrą drogę, czy nie? Czy to był dobry pomysł, czy jednak mogłem inną ścieżkę wybrać?
The war, czyli Wojna. Okazuje się, że ta droga była zła – jest totalna wojna z myślami. Można powiedzieć, że trochę tutaj przybliżam też moje zainteresowania wojskiem. Utwór jest ostry i odwzorowuje wojnę.
Bye, czyli Pożegnanie. Wojna się skończyła tragicznie, dlatego musimy się pożegnać z bliskimi, z tym celem, który chcieliśmy osiągnąć.
Memories, czyli Wspomnienia tych dobrych czasów, kiedy to byliśmy na świetnej ścieżce i, po prostu, się wszystko udawało.
Okazuje się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, czyli Home part 2. Wszystko się kończy optymistycznie, dobrze. To jest też, w pewnym stopniu, nawiązanie do śmierci – jak człowiek umiera to w sensie duchowym chodzi o to, że wstępuje do lepszego świata.

Kiedy zabierałeś się za robienie Home miałeś już tę historię w głowie?
Nie. Pierwszy powstał The war. To było takie zaczerpnięte trochę z Dream Theater, gdzie nie ma typowych akordów, tylko jest granie, powiedzmy, z matematyczną precyzją – jest wiele dźwięków i to wszystko buduje taką fajną całość. Potem powstało Indecision, bo chciałem zrobić długi utwór, tak jak to robi Dream Theater, te dwudziestominutowe. Mi się udało, niestety, tylko ośmiominutowy, jeszcze nie całkiem ośmiominutowy (śmiech). Powstało też Bye. Akurat miałem gorszy dzień w szkole (śmiech), przychodzę do domu, siadam i piszę sobie: O, fajny riff! Można by to fajnie rozwinąć. Potem myślę: Kurczę, to się w fajną historię może ułożyć. Wymyśliłem i reszta kawałków już powstała po kolei.

Nad albumem pracowałeś przez rok.
Riff do The War powstał w listopadzie 2013 roku, a w listopadzie następnego roku wydałem płytę. The War to jest typowo szalony utwór. Indecision jeszcze bardziej, bo tam nie ma chyba spójności jeżeli chodzi o utwór taki pełny. Potem coraz bardziej dojrzewałem do muzyki. I tak wszystko się nawarstwiało, nawarstwiało… Jeszcze miks był, mastering – wszystko sam robiłem. Nagrałem chyba z 10 wersji jednego kawałka, jeszcze raz to miksowałem, znowu mi coś nie pasowało – jeszcze raz nagrałem.

Wiktor Mazurkiewicz jego "Home" (fot. erbe)

Wiktor Mazurkiewicz i jego „Home” (fot. erbe)

Najlepsze fragmenty na płycie? A może jest coś, co chciałbyś zmienić?
Pod względem muzycznym na pewno bym nic nie zmieniał – ta płyta jest przemyślana w stu procentach i tak powinna zostać.
Cóż, ulubionymi utworami jest Home i Bye. Home – myślę o obu częściach.  Bye przede wszystkim przez to, że Tomek Madzia dograł świetne solo i to jest mój klimat, który bardzo lubię słuchać czy grać.

Tomasz Madzia to jeden z trzech gości, z którymi zrobiłeś duety. Są jeszcze Maciej Krystkowiak i Olek Kaźmierczak. To są gitarzyści, tak?
Maciej i Tomasz – tak. Z Olkiem kiedyś grałem takie małe jam sessions – spotykaliśmy się, puszczaliśmy sobie podkłady, które zrobiliśmy w domu i do tego graliśmy solówki. Potem on trochę od gitary odpoczął i zaczął produkować bity dla hip-hopu. Myślę sobie: Kurczę, to „Memories” takie nudne jest trochę, fajnie by było kogoś wziąć jeszcze. Pytam: Olek, spróbujesz coś do tego?. Zgodził się.

Home to same gitary solowe bez sekcji rytmicznej?
Jest sekcja rytmiczna – perkusja jest z programu, a bas ja uzupełniałem.

Płyta ukazała się kilka miesięcy temu – jaki jest oddźwięk słuchaczy?
Świetny. Naprawdę się nie spodziewałem, że to tak będzie wyglądać, bo miałem 50 egzemplarzy na dobry początek – zostało mi dzisiaj bodajże dziewięć. Założyłem sobie, że potężnym sukcesem będzie rozprowadzenie wszystkich w ciągu pół roku – bądź co bądź, nie brałem udziału w żądnym talent show czy gdzieś tam, żeby być znanym, żeby te płyty się rozchodziły.

Planujesz dorobić kolejne egzemplarze?
Chyba nie. Myślę, że ta pięćdziesiątka, która prawie poszła w zupełności, starczy jak na tę pierwszą płytę.

Za 30 lat będzie rarytas na Allegro za kilka tysięcy (śmiech).
Nie no, bez przesady (śmiech).

Nigdy nic nie wiadomo (śmiech). Gdzie można płytę zdobyć?
U mnie.

Kiedy i gdzie będzie można zobaczyć i posłuchać Wiktora Mazurkiewicza solo?
Solo, póki co, występowałem na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy – symboliczne trzy utwory grałem w Mogilnie i Trzemesznie. Był fajny oddźwięk. Dostałem zaproszenie na jeden koncert organizowany przez Mogileński Dom Kultury, ale to jeszcze tajemnica jest. 

W czasie rozmowy wielokrotnie padła nazwa Dream Theater. Masz też innych muzycznych faworytów?
Quidam, Riverside, Haken, Steven Wilson. Z tych bardziej klasycznych – AC/DC (na koncert w lipcu jadę), Led Zeppelin. Kiedyś byłem wielkim fanem Red Hot Chili Peppers, ale jeszcze za czasów Johna Frusciante. Myślę, że to trochę słychać na tej płycie – jest trochę połączenia Petrucciego (gitarzysta Dream Theater – przyp. erbe), czyli wirtuozerii z potężnymi emocjami, czyli właśnie z Frusciante.

Ile masz gitar?
Trzy – dwie elektryczne i akustyczną. Myślę nad kolejną, siedmiostrunową, jeszcze przed wydaniem następnej płyty, bo ta płyta będzie dużo cięższa.

Powstaje materiał na twoją drugą solową płytę?
Tak. I też będzie to płyta z historią, płyta koncepcyjna – głównie instrumentalna, jednak myślę, żeby w kilku kawałkach zaprosić kogoś na wokal. Ale to w swoim czasie.

Home wydałeś własnymi siłami. Próbowałeś tym materiałem zainteresować jakąś firmę wydawniczą?
Nie, bo myślę, że to jeszcze nie jest materiał na tyle dobry, żeby iść do wydawcy.

Drugą płytę też zamierzasz wydać własnymi siłami?
Zdecydowanie własnymi siłami, aczkolwiek już będzie ona zdecydowanie lepiej brzmiała – szukam innych brzmień, wszystko brzmi też pełniej, inne rozwiązania…

Zaczynałeś w mogileńskich grupach The Fast Guitars i AD/HD.
W The Fast Guitars grałem pół roku – musiałem zrezygnować z powodów osobistych. Ale potem znowu mi się odrodziła chęć do grania w zespole. Znałem Martynę Roszak z AD/HD: Martyna, zagadaj czy bym mógł. Ona: Pewnie, wpadaj na próbę, zobaczymy co umiesz. Wpadłem na próbę, dwa tygodnie później był pierwszy koncert. I to jeszcze support przed Enej w Kazimierzu Biskupim!

Zespół już nie istnieje.
Zespół się rozpadł w marcu 2013 roku.

Od tego czasu grasz solo?
Solo zaczynałem od września 2012 roku. Wtedy pierwszy utwór zrobiłem – Canon rock Jerry’egoC Changa. Powiedzmy, że perfekcyjnie (śmiech). Potem robiłem covery w swojej aranżacji. Dość popularne były wśród znajomych – ludzie słuchali, wstawiali posty z tym na Facebooka. Mówię: Kurczę, fajnie. To zrobię sobie coś swojego. I wyszła płyta.

Obecnie jesteś też członkiem zespołu Totally No Name z Janikowa. Jak trafiłeś do tej grupy?
To było tak, że się znam z gitarzystą, Erykiem Pollakiem – on jest też Mogilna. Razem z kolegą z klasy, Erykiem Perlińskim, który robił mi okładki do albumu, założyli sobie zespół. Tam był pełny skład, ale, bodajże, we wrześniu 2013 roku ktoś odpadł. Potem oni tak trochę przystopowali z próbami i z koncertami. W styczniu pisze do mnie Eryk: Nie chcesz grać w zespole?. Pierwszy koncert zagraliśmy w czerwcu, w Mogilnie przed Biszem. Potem zagraliśmy na Dniach Janikowa. Mieliśmy jeszcze małe koncerciki w Inowrocławiu na Targach Młodych i turniej piłki siatkowej w hali w Mogilnie. Generalnie koncertujemy razem z duetem raperów z Janikowa – z Hemoglobiną. Gramy rapcore. Do tej pory złożyliśmy swój materiał, taki początkowy. Szczerze mówiąc, mało spójny, ale fajnie się tego słucha.

Prog metal, rapcore – odnajdujesz się w jednym i w drugim?
Nie mówię, że nie lubię popu czy techno, bo w każdej muzyce odnajduję się, z każdej muzyki mogę czerpać jakieś inspiracje, ale generalnie idę w ostrzejszą muzykę. Lubię jak muzyka jest rozbudowana, kiedy to wszystko ma pewną całość, ale z drugiej strony jest też różne. Tego się nauczyłem chyba od Dreamów – nie lubię jak przez cztery minuty idą cztery akordy w kółko. 

(luty 2015)