Rozmowę ze Sławomirem Antkowiakiem umieściłem jako trzynastą odsłonę cyklu Złota era rocka w Strzelnie, ale to bardziej opowieść o muzycznej pasji, kolekcjonerskim zacięciu i… Parafrazując mojego rozmówcę – to trzeba przeczytać. :-)

***

O twojej kolekcji płyt już w latach dziewięćdziesiątych krążyły legendy. Gdy rozmawiałem ze znajomymi na temat konkretnego wykonawcy, to bardzo często padały słowa: Antkowiak to ma, ale nie pożyczy. Od kiedy kolekcjonujesz płyty?
Jeżeli chodzi o płyty kompaktowe to prawie 20 lat temu zacząłem je kolekcjonować, gdy byłem na studiach. Stać mnie było wtedy, żeby kupić odtwarzacz. Oczywiście na raty. Pierwszy odtwarzacz płyt kompaktowych – firmy Technics – kupiłem, gdy byłem na trzecim roku studiów, czyli to był rok 1996. Sprzęt, to znaczy Amplituner, odtwarzacz kaset i Tonsilowskie kolumny Bolero 200, kupiłem rok wcześniej. To był porządny sprzęt. Natomiast, cała przygoda muzyczna zaczęła się w ’83 roku. Wtedy do I Komunii przystąpiłem. Ciocia, zamiast kupić jakiś różaniec lub coś innego, kupiła gramofon, Unitra Fonica Camping WG 701. Miałem to szczęście, że moja mama pracowała w kiosku i miała dostęp do płyt i mogła te płyty przynosić, wypożyczyć. Najwięcej płyt było w księgarni u Wiatrowskiej w Strzelnie, ale w kioskach Ruchu też można było coś tam kupić.
W ’85 roku nastąpiła zmiana. Wtedy już dosyć miałem analogów, zacząłem poszerzać horyzonty – kupiłem pierwsze radio, w sklepie u mamy Wiesława Brzuszczaka. Były wtedy w Strzelnie dwa sklepy z RTV – u Dudka, to była ulica Św. Ducha (15 Grudnia się chyba wtedy nazywała), i u Brzuszczakowej, przy ulicy Kościelnej, tuż przy Rynku (teraz jest tam jakiś lumpeks). I właśnie tam kupiłem pierwszy radiomagnetofon monofoniczny, Emilia – na stereo przeszedłem w roku 1990. I zaczęło się: Trójka, Dwójka, wieczory płytowe, kluby płytowe, Rozgłośnia Harcerska. I Radio Luxembourg zacząłem też wtedy słuchać – pamiętam, końcówka skali, tam można było je złapać. Były kasety, nagrywało się dużo rzeczy. Za „komuny” to można było z radia całe płyty nagrać, bo nie było praw autorskich. To była kompletna dżungla. Redaktorzy muzyczni puszczali calutkie płyty.
Powoli, dzięki radiu, zacząłem odkrywać coraz więcej muzyki – wiadomo, niektórych rzeczy nie można było dostać w księgarni lub kioskach Ruchu, a w radiu były audycje Beksińskiego, Niedźwieckiego, Manna, Kaczkowskiego.
Potem były pierwsze sklepy muzyczne. Rok ’86 – pierwsza wycieczka do Bydgoszczy.

Zostańmy jeszcze przez chwilę w Strzelnie. Ja też kupowałem w Księgarni u pani Wiatrowskiej kasety, a u pana Dudka kupiłem pierwszy magnetofon. Jak ty zapamiętałeś ową księgarnię w kontekście zaopatrzenia w kasety i płyty?
U Wiatrowskiej kilka rzeczy można było kupić, ale wybór był żenujący – to, co za „komuny” przez polską dystrybucję szło. Być może miała ona pecha, być może nie dbała o płyty, ale wiele rzeczy z polskiej dystrybucji nie dotarło do Strzelna. Nowe Sytuacje Republiki chciałem kupić na analogu – nie dotarły. A może nie miałem szczęścia? Pamiętam taki kultowy longplay, Top ’84 (najlepsze utwory z roku zebrane na jednej płycie) – dotarł do Strzelna, ale był drogi i szybko się rozszedł.
Przeważnie płytki były kupowane u Wiatrowskiej, czasami jakieś prezenciki się dostało, albo to, co mama dostała do kiosku. Pamiętam 7’’ Blue Monday New Order. Miałem to w ręku, nie spodobało mi się za bardzo – oddałem zamiast zatrzymać. A teraz na rynkach kolekcjonerskich schodzi to za co najmniej 30 funtów. Był rarytas i przepadł.
Wiatrowska w Strzelnie rządziła. Nie było jeszcze wtedy Iwanojki, czy jak się on tam nazywał (śmiech)…

Pamiętam ten sklep – św. Ducha, pierwszy dom za Apteką Romańską.
Zaczynał w domu – okno otworzył. Później przeszedł na kasety video i otworzył wypożyczalnię.
Przed Iwanojką to Wiatrowska była głównym dostawcą kultury, ale jak coś więcej się chciało kupić to trzeba było jechać do Inowrocławia. Na Rynku była księgarnia i był komis. Pamiętam, byłem raz w tym komisie, ale ceny były horrendalne, dlatego nie kupowałem – mieli trzy, cztery płyty zagraniczne, które kosztowały tyle, co przeciętna wypłata.

Ja pamiętam Inowrocław z czasów, kiedy sklep Forte był przy Rynku, a Luz w jednej z uliczek przy Rynku.
Ja pamiętam Forte za czasów, kiedy jeszcze byli przy ulicy chyba Staszica. Forte też zresztą dużą rolę odegrało w mojej edukacji muzycznej, ale może o tym później.

W takim razie wróćmy do twoich wyjazdów do Bydgoszczy.
Za „komuny” to, co zaakceptowały władze, to można było kupić – pozostałe rzeczy, niestety, były tylko marzeniem. ’86 rok, stary kalendarz (przeglądamy kalendarz książkowy z tego roku z listą sklepów fonograficznych w Polsce – przyp. erbe). W Polsce było kilka sklepów, które sprzedawały coś innego – miały swoje prywatne importy. W Bydgoszczy był legendarny sklep – Nora Music. Przy ulicy chyba Gdańskiej to było (wtedy Aleje 1 Maja – przyp. erbe), bardzo daleko trzeba było iść.
To była taka „nora” rzeczywiście. Gdy tam człowiek wpadał, to przeżywał dosłownie szok! Jeszcze wtedy płyt kompaktowych nie było, bo one dopiero wchodziły na rynek. Pamiętam, analogi i kasety, katalog facet wyciągnął, a tam Led Zeppelin, Deep Purple, the Beatles – szok! I kupowało się. Pierwsza płyta, jaką tam kupiłem to Genesis Invisible Touch. Przepraszam, to nie była płytka – to była kaseta jeszcze! To były chore czasy, bo 200 złotych kosztował bilet do Bydgoszczy w jedną stronę, a kaseta kosztowała 2 tysiące, czyli dziesięciokrotnie więcej.
Wtedy się jechało specjalnie po to, wycieczka na cały dzień – jechało się, kupowało się jedną kasetę i się wracało. Później następna wycieczka. Co kupiłem? Za drugim razem Bruce Springsteen Born in the U.S.A.. Trzecia wycieczka – Pink Floyd A Momentary Lapse of Reason. Teraz to niewyobrażalne – człowiek zamawia na Amazonie po kilka płyt.

Klikasz i masz mnóstwo sklepów.
(śmiech) Sprzedaży wysyłkowej nie było kiedyś. Pierwsza wysyłkowa płyta, którą kupiłem, to chyba z Megadiscu Jacka Leśniewskiego w Warszawie – Genesis From Genesis To Revelation.
Za starych czasów to była wycieczka po kasetę. Wydawało się człowiekowi, że to jest coś oryginalnego, że się płaci za oryginał. A to były piraty – za „komuny” nikt tego nie pilnował. Pamiętam, kumpel kupił Metallicę Kill’Em All. Coś nie pasowało – dwóch utworów mi brakowało. Później patrzymy, dlaczego – kasetki były „czterdziestki” (C 40). Nie zmieściło się – urywali po prostu (dla niewtajemniczonych – na kasetę C 40 można było zmieścić 40 minut muzyki – przyp. erbe).

Ja miałem tak z kasetą Dire Straits Brothers In Arms. Po latach, kiedy kupiłem CD okazało się, że „uciekł” z niej jeden utwór.
Ale tak się kupowało. Później była legendarna firma – kasety firmy Max. Pałasz z inowrocławskiego Forte się w tym specjalizował – wszystko było firmy Max. Takt się pojawił później. To wszystko było piractwo, człowiek na to forsę wydawał. Pamiętam, kiedyś całe wakacje pracowałem – przeważnie u wuja – żeby zarobić na muzykę. Wyjechałem do sklepu, kupiłem pięć, sześć kaset i po forsie. Po całych wakacjach pracy! (śmiech).

Ale taki wyjazd to było święto (śmiech).
O, święto! Człowiek się szykował, katalogi się przeglądało, „lista życzeń” była (śmiech). To było takie zdobywanie.

Rozmawiamy w przytulnym pokoiku, w którym, wśród książek i płyt słuchasz muzyki…
Staram się. Płyty CD i analogi w pokoju muzycznym. Koncerty na DVD i Blu-ray, oraz płytki w formacie 5.1 na dole w salonie.

Ile twoja kolekcja liczy płyt?
Analogów mam około stówkę. Od dwóch lat zacząłem zbierać, bo jest wiele rzeczy, które, niestety, nigdy się na kompaktach nie ukazały, albo ukazały się w niskich nakładach i ceny są horrendalne. Wiele takich rzeczy, jak kalifornijski rock na przykład, jest na analogach do zdobycia. Bardzo często ludzie wyprzedają te kolekcje na zasadzie: mąż umiera, żona nie wie, co mąż miał. I kupuje się płytki. Ostatnio za 9 złotych kupiłem pierwszą płytę Nielsen & Pearson – płyta warta na Zachodzie 200-300 złotych.

Sławek Antkowiak: "cała przygoda muzyczna zaczęła się w '83 roku" (fot. erbe)

Sławek Antkowiak: „cała przygoda muzyczna zaczęła się w ’83 roku” (fot. erbe)

Ostatnio przekonałem się, że analog to jednak najlepszy nośnik. Mimo tego, że strasznie skrzeczy czasami. Ta dynamika jest taka naturalna, jak jest tak zwane „łupnięcie” to słychać to. I te basy… Sama przyjemność – bierzesz płytę w rękę, okładka, teksty. Coś pięknego. Kompakt już jest mniejszy, chociaż też to fajnie się jeszcze ogląda, ale mp3 to nie wyobrażam sobie – jak można ściągnąć płytę z iTunes na przykład i gdzieś okładkę mieć na iPodzie? To jest dla mnie za małe.
Płyt kompaktowych, tak jak kataloguję, to jest 2200 z muzyką rockową, heavy metalową, popową też troszeczkę. Powagi (czyli muzyki poważnej – przyp. erbe) nie liczę. Tak samo płyt – dodatków do gazet nie liczę (muzyka poważna i dodatki do gazet to też pokaźna kolekcja – przyp. erbe). Książek o muzyce (katalogi, biografie i tym podobne) – około 180. Po 70 koncertów i dokumentów na Blu-ray i tyle samo na DVD. Zbieram jeszcze czasopisma muzyczne. Mam całą kolekcję Tylko/Teraz Rocka. Sporo Non-Stopów (1985-90) i Magazynów Muzycznych (1986-91). Obecnie oprócz polskich Teraz Rocka, Metal Hammera i Lizarda kupuję zachodnie miesięczniki: Record Collector (od 2001), Classic Rock (od 2005), Mojo (od 2005), Prog (od 2009) oraz Classic Rock AOR i Flashback.

Sławek Tarczewski wspominał o tobie w kontekście muzyki heavy metalowej. Zaczynałeś od metalu?
To oni byli metalowcami. „Tekla” tak zwany – Arek Bazelak i Sławek. Ja to byłem bardziej taki new-romantic, progresywny, szukający. Najpierw Duran Duran, później – Genesis. Metal to była taka fascynacja, ale jedna z wielu. Oni – nie wiem skąd to wyciągnęli, ale pierwsi Metallicę mieli. Pamiętam, wycieczka szkolna do Kalisza – cały czas z tyłu autobusu Metallica „chodziła”, pierwsza płyta. Oni słuchali Kill’Em All, Ride the Lightning, później Master Of Puppets.
To byli tacy główni metalowcy, buntownicy. Ze Szmydem (nauczyciel matematyki w ówczesnej Szkole Podstawowej nr 2 w Strzelnie, dzisiaj Szkoła Podstawowa im. A.A. Michelsona – przyp. erbe) – nie wojowali, ale były między nimi takie różne scenki (śmiech). Mieli odwagę się ubrać, włosy długie nosić. Ja spodnie z naszywkami to potrafiłem w wakacje ubrać, bo do szkoły to się bałem, po prostu.
Oni pomogli mi troszeczkę w heavy metalu, ale większość rzeczy to później sam poodkrywałem.
Sławek nadal siedzi w muzyce, chociaż nie wiem za bardzo, w którym teraz rewirze. Pamiętam, Desecrater – tak chyba jego fanzine się nazywał (Desecrater’zine – przyp. erbe). „Tekla” nie wiem, co robi.

A z muzykami ze Strzelna czy okolicy miałeś kontakt?
W środowisku muzycznym nie byłem aktywny. Byłem bardziej taki pasywny – odbiorca muzyki, a nie producent i muzyk. Nie wiem, może charakter mój taki jest? Z Łuczakami (Krzysztofem i Jackiem – przyp. erbe) w ogóle się nie znałem, z Barczakiem też nie. Może przez to, że nigdy nie grałem na żadnym instrumencie. Może powinienem się nauczyć, ale ja nawet tańczyć nie potrafię i nienawidzę – jeśli nie tańczę to może też bym nie grał zbyt dobrze.
Moje środowisko muzyczne w podstawówce to byli Sławek Tarczewski, Arek Bazelak, Wiesiu Brzuszczak i najważniejsi – Grzegorz i Maciej Błachut, znajomi od przedszkola. W liceum (Liceum Ogólnokształcące w Strzelnie – przyp. erbe) to z Grzegorzem i Maciejem odkryliśmy najwięcej muzyki i odbyliśmy największą podróż muzyczną. Do dziś jestem im za to wdzięczny. Wiesław Radomski, ich wujek, też był dla nas kimś ważnym. Był kawalerem, miał szmal, miał porządny sprzęt jak na tamte czasy i porządne kolumny. Co niedzielę do niego chodziliśmy na tak zwane spotkania muzyczne. Rytuał to był – godzina 16.00–16.30 schodzili po mnie i szliśmy do niego. Tam się siadało i słuchało. Nagrywało się z radia i słuchaliśmy u niego. Dołączał do nas czasami Jarek Radomski. On też był fanem muzyki. W Bydgoszczy studiował czy uczył się w technikum – nie pamiętam czy to była szkoła średnia czy szkoła wyższa. W każdym razie raz na tydzień przyjeżdżał do Strzelna i czasami przywiózł od siebie coś.
To był taki jakby klub. Niedziela u Radomskiego Wiecha przy ulicy Michelsona. Naprawdę, kilka lat edukacji muzycznej.

Co dzisiaj jest wręcz nie do pomyślenia – młodzi ludzie przez kilka lat systematycznie spotykają się u kogoś, żeby wspólnie słuchać muzyki (śmiech).
Nie piją i nie palą (śmiech).
Tam nasza edukacja muzyczna się odbywała, tam odbywały się dyskusje na temat muzyki. Później nasze drogi z Błachutami się rozeszły – oni poszli w swoim kierunku, ja na studia. W czasach liceum (klasa III i IV) i w czasach studiów ważną osobą był Mariusz Miklaszewski, wtedy fan new-romantic. To z nim wymienialiśmy się kasetami. Mariusz i jego brat Robert kupowali mi płyty i kasety w Toruniu (ja studiowałem w Bydgoszczy i Poznaniu).
Gdy już mówimy o kolekcjonowaniu płyt to później zaczęły się pojawiać sklepy płytowe, ale już nie Nora Music tylko na przykład Laser Fan. Gdy się płyty kompaktowe pojawiły na rynku, to ci ludzie wyczuli interes i zaczęli te płyty ludziom nagrywać na kasety. O wiele lepsza jakość na nich była niż na kasetach kupowanych. Jeździło się – ulica Hetmańska, Laser Fan w Bydgoszczy, Gato w Toruniu. Można było u nich kupić lub swoje kasetki dostarczyć. Oczywiście, oni tylko akceptowali lepsze kasety – BASF, Sony... I się nagrywało, robiło się tak zwane kopie płyt. Nie było okładki. Pamiętam, mieli zeszyty z tytułami (nie było kserokopiarek czy Internetu) – spisywało się utwory i jechało do domu.
Pojawiło się też Forte, o którym już rozmawialiśmy. Właściciel kasety sprzedawał, a oprócz tego był przedstawicielem firmy Digital z Warszawy. Jeden wielki katalog – 3500 płyt, zostawiało się kasety – po dwóch tygodniach przywozili z Warszawy. Całą moją forsę z „osiemnastki” przeznaczyłem na płytki. Led Zeppelin – pierwsze cztery płyty, Uriah Heep, Black Sabbath, Yes, Deep Purple, Pink Floyd. Wtedy chyba z 30 czy 40 kaset sobie nagrałem. Jakość była o wiele lepsza. Powiem ci, że jak się już pojawił Iwanojko, to nie kupowałem u niego, bo wiedziałem, że ich jakość jest do niczego.
Nagrywanie to była ostatnia faza – na płyty nie było mnie jeszcze wtedy stać. Dopiero w ’96 roku kupiłem odtwarzacz płyt kompaktowych i zaczęło się. Powolutku, trzy–cztery płyty na miesiąc, czasami było więcej. I się nazbierało. Część sprzedałem, część wymieniłem na nowsze wersje.

Pierwszy koncert.
Oj, z koncertami to był problem. Nie miałem z kim jechać. Chciałem kiedyś na Jethro Tull pojechać – nie było z kim. Chciałem na Metallicę pojechać do Chorzowa, wtedy tak dobrze jeszcze grali – też nie miałem z kim.
Pierwszy mój taki porządny koncert – oczywiście, nie liczę tych wszystkich koncertów z okazji Dni Strzelna – bardziej butelki się zbierało i się zarabiało odnosząc te butelki do samochodu, niż na koncercie było – to Van Der Graaf Generator w 2007 roku. Grali w Filharmonii w Bydgoszczy – wstyd było nie jechać.
Następny koncert, który miał być, a który się nie udał, to Genesis – bilet kupiony, ale akurat żona miała wtedy termin w klinice w Poznaniu, trzeba było jechać do kliniki. Częściowo żałuję, bo to ostatni koncert, kiedy Phil Collins jeszcze był sprawny fizycznie. Bo teraz mówi się, że już nie daje rady grać na perkusji. Ale też jeden plus jest – lało strasznie. Kolega Arek Tylkowski pojechał – do dzisiaj odczuwa skutki tego (śmiech).
Marzeniem jest ciągle koncert Genesis z Peterem Gabrielem i Steve’em Hackettem.
Inowrocław fajną rzecz zrobił – Ino Rock Festival. Byłem na dwóch koncertach. Na ten pierwszy Focus mnie ściągnął, później była długa przerwa i Hawkwind. Hacketta sobie odpuściłem, chociaż żałuję.
Między Focus i Hawkwind – AC/DC. Na nich trzeba było jechać, mocny skład jeszcze mieli. Phil Rudd jeszcze nie miał kłopotów z prawem, grał jeszcze z nimi Malcolm Young. Teraz dają koncert w wakacje, ale raczej sobie odpuszczę – byłem na klasycznym AC/DC.
Ino Rock Festival i Hawkwind – trzeba było tam być. Czadu dali. Kolega Paweł Marczewski mnie namówił i poszliśmy pod scenę. Wspaniały space rock – to było czuć po plecach (śmiech). Krytycy mówią, że tam właściwie już nie ma oryginalnych członków, ale David Brock jest.

Takie braki w składach to cecha charakterystyczna tych wszystkich zasłużonych grup, które teraz grają (śmiech).
Wszyscy teraz tak mają (śmiech).
W zeszłym roku byłem na Black Sabbath w Łodzi. Niestety, nie udało mi się zobaczyć ich w pełnym składzie. Bill Ward musiał się pokłócić z nimi o forsę. Perkusista, jakiś młodziak, nie pasował za bardzo – wszyscy starzy dziadkowie, a tu jakiś młodziak, który „nakręca” na perkusji (śmiech).
W zeszłym roku zobaczyłem w końcu Iron Maiden. Chciałem dwa lata temu jechać, ale nikt nie chciał ze mną jechać – ani do Łodzi, ani do Gdańska. Ale, na całe szczęście, zdarzył się Poznań. A jeszcze na dodatek Slayera dostałem wtedy. Ucieszyłem się, bo chciałem jechać na Wielką Czwórkę – The Big Four (Metallica, Slayer, Megadeth i Anthrax), która zagrała na Bemowie. Tyle, że akurat taka kumulacja nastąpiła, The Big Four i AC/DC – tydzień po tygodniu. Finansowo może bym jakoś wyrobił, ale czasowo – nie. I żałuję, głęboko żałuję, bo Metallica to naprawdę dobry zespół. Chociaż wtedy już grali gorszy zestaw utworów niż w Chorzowie. Po dwóch latach też chciałem na ich koncert jechać, ale cały „czarny album” mieli grać. Nie można tego słuchać. Metallica skończyła się dla mnie na …And Justice for All, jak słyszę Nothing Else Matters albo The Unforgiven – źle mi się robi (śmiech). Ja jestem na klasycznej Metallice wychowany, dlatego sobie ich ostatnie koncerty w Polsce odpuściłem.
A wracając do Slayera. Szkoda, że połowa oryginalnego składu wystąpiła. Niestety, Hanneman nie żyje, no i znowu się z Lombardo pokłócili – jak zwykle. Ale byłem na koncercie! Z Slayera dyskografii mam prawie wszystko. Nigdy nie sprzedali się jak Metallica, która różne cuda robiła, na przykład orkiestry symfoniczne i kolaboracja z Lou Reedem. Slayer był zawsze Slayerem.

Od 1994 roku pracujesz w strzeleńskim Liceum Ogólnokształcącym. Uczniowie z tej szkoły zawsze tłumnie wypełniali na przykład salę nieistniejącego już Kina Kujawianka w czasie organizowanych tam w latach dziewięćdziesiątych koncertów rockowych. A ty wybrałeś się kiedykolwiek do Kina, żeby zobaczyć występ miejscowych artystów?
Jeżeli chodzi o koncerty to bywałem na tych, które w szkole były organizowane – siedziałem czasami, jako opiekun. Unikałem tych koncertów. Not All Done (oni kiedyś chyba się nazywali FonoFuzja) – szanuję „Żabę” (Robert Żuchowski – przyp. erbe), szanuję tych wszystkich muzyków, ale dla mnie za bardzo współcześnie grają. Za dużo tam jest tego rapu, bardziej mi to przypomina Linkin Park czy Limp Bizkit – mnie to nie kręci, może za stary jestem na ich muzykę.
Jeden koncert zapamiętam do końca życia. Po lekcjach, idę do domu, a tu słyszę – coś jak Motörhead! Byłem w szoku. Patrzę, trzech chłopaszków stoi z gitarami, z tyłu jakiś perkusista, który troszeczkę nie nadążał za nimi. Nie wiem jak ten zespół się nazywał. To byli nasi przyszli uczniowie – Oskar Grdeń i Paweł Ćwikliński. Super grali – Judas Priest, Motörhead. To było coś niesamowitego, najlepszy szkolny koncert. Niestety, pokłócili się później i Oskar Grdeń w swoim kierunku poszedł.

Sławek Tarczewski wyznał, że dla niego bodźcem do nauki języka angielskiego była muzyka rockowa. Możesz potwierdzić, że w twoim przypadku było podobnie?
To, kim jestem teraz – anglistą, tłumaczem przysięgłym, pracuję w liceum – to wszystko dzięki muzyce. Za tamtych czasów po polsku o muzyce nie było prawie nic, nie było prawie żadnych gazet, książek, nie można było nic kupić. To, co się chłonęło z Radia Luxembourg i Voice of America, to wszystko było po angielsku. Dzięki temu nauczyłem się angielskiego. Kiedyś sobie, na przykład, zapisywałem, co było na pierwszym miejscu Listy Trójki (oglądamy kalendarz z wpisami – erbe). Jakie tu były błędy! „Love” jak zapisałem – „low” (śmiech). Dzięki hobby, mój język angielski poszedł do przodu i później to wykorzystałem. Tak samo u Sławka. Sławek perfekcyjnie mówi po angielsku. Desecrater robiliśmy razem.
Żeby się języka nauczyć musi być jakiś bodziec. To widzę wśród moich uczniów – ci którzy się kiedyś interesowali na przykład grami komputerowymi, to byli bardzo dobrzy z angielskiego. Teraz filmy. Dzięki temu, że oglądają filmy w Internecie, których jeszcze nie ma w polskiej dystrybucji, szkolą swój angielski. Ale to musi być hobby, coś, co kochamy, coś, co nas stymuluje.

Już kilka razy padła nazwa fanzinu, który robiliście wspólnie ze Sławkiem. Jak wyglądała wasza współpraca przy tym wydawnictwie?
Ja mu pomagałem przy dwóch czy trzech pierwszych numerach. Były tam wywiady. On wysyłał pytania faksem czy listownie i odpowiedzi otrzymywał na kasecie. Przy okazji dobrą kasetę dostał, lepszą taką, jakiej w Polsce nie było. Przychodził do mnie, jak miałem czas oczywiście – odtwarzaliśmy to i staraliśmy się rozszyfrować, o co im chodzi. Pamiętam rozmowę z zespołem Samael. Zrobili karierę, ale zespół, który zaczynał u nas, a największą karierę zrobił, to Paradise Lost. Zawsze jestem dumny – my o nich pisaliśmy!
Później były inne ziny, ale mu już nie pomagałem – tak się wyrobił w angielskim, że sam dawał radę.

Zanim włączyłem dyktafon powiedziałeś między innymi, że już płyt nie kupujesz.
W sensie – nic z nowości mnie nie zaskoczy. Dla mnie muzyka współczesna nie istnieje. Ostatni dobry utwór to chyba ’97 rok – Bitter Sweet Symphony grupy The Verve. Chociaż to i tak zrzynane z The Rolling Stones.

Gdzieś czytałem, że muzycy The Verve byli bardzo poirytowani faktem, że wzięli od The Rolling Stones tylko riff gitarowy, a tantiemy za utwór poszły na konto Jaggera i Spółki (śmiech).
Tak (śmiech). Ale utwór jest niesamowity i ile razy go słyszę, muszę się zatrzymać.
Później już nie było dobrych utworów. Muzyka się skończyła. Zafascynowałem się Internetem i stacjami amerykańskimi, tymi z klasycznym rockiem. Są radiostacje w Internecie, które odtwarzają playlisty z lat siedemdziesiątych. Zupełnie inaczej się tego słuchało. Dzięki temu, że iPoda kupiłem w amerykańskim sklepie internetowym, to dostałem dożywotnią subskrypcję listy Billboardu – 100 najlepszych hitów z danego roku mogę sobie ściągnąć za darmo. I naprawdę, utworów z lat osiemdziesiątych można słuchać, na początku lat dziewięćdziesiątych – ta muzyka jeszcze jako taka była. A teraz – okropieństwo. Jakieś dueciki z feat. w nazwie, pełno rapu, hip-hopu, jakieś Rihanny, nie-Rihanny, Shakiry, Aguilery… Można dostać ch…. Może za stary jestem na to, ale tego, po prostu, nie da się słuchać.

Wielu ludzi jest podobnego zdania, a dowodem na to aktywność firm fonograficznych, które wydają bardzo dużo reedycji albumów sprzed lat, z reguły wzbogaconych o dodatkowe nagrania.
Oj, boli finansowo, boli finansowo (śmiech). Też w to wpadłem – zostałem przez nich, po prostu, dorwany. Niby się ma płytę, ale po kilku latach wychodzi nowy remaster. Miałem całą dyskografię Genesis z lat 1969-76 zadowolony, super wszystko – Definitive Edition Remaster (Ostateczna remasterowana edycja). Musiałem to sprzedać, ponieważ wymyślili coś takiego – boksy (na półce dumnie prezentuje się kilka boksów – przyp. erbe). W zestawie płytka Super Audio CD w systemie surround, oprócz tego DVD z wersją 5.1 plus dodatki, filmiki, zdjęcia. I to wszystko człowiek kupuje. Następnie była grupa King Crimson, potem Yes. No i trzeba to kupić. Pink Floyd, na całe szczęście, zaoszczędzili mi troszeczkę czasu i pieniędzy, i wydali w drogich wersjach tylko Dark Side of the Moon, Wish You Were Here i The Wall, którego nie cierpię.

Ale kupiłeś (śmiech).
Kupiłem, bo komplet musi być (śmiech). To jest to – naciąganie niesamowite.  

Z jednej strony naciąganie, a z drugiej – możliwość zaopatrzenia się w płyty, które były trudno dostępne. Prawda, że to są te tak zwane wersje deluxe w cenie około 70 złotych, ale, używając twoich słów, bo to określenie bardzo mi się spodobało: trzeba to kupić (śmiech).
Trzeba kupić (śmiech). To się nazywa być kolekcjonerem. Po angielsku: completist, ten, który musi mieć wszystko.
Piraci zmusili te zespoły do myślenia. Kiedyś wydali płytkę – 10 utworów i amen. A teraz gdy człowiek z Internetu sobie ściągnie tę płytkę, to wydawcy myślą: „Deluxe” puścimy. Dwie płytki damy, jakieś rarytasy. I oprócz tego dorzucimy koncercik albo coś takiego. Na przykład The Hurting grupy Tears for Fears – coś pięknie wydanego (pokazuje – przyp erbe). Box – oryginalny album, strony „B”, „koncercik” na CD i koncercik na DVD. Tak samo z Songs from the Big Chair. Zobacz, tutaj aż sześć płyt dołożyli – pierwsza płytka remasterowana, dysk drugi – jakieś remiksy, trzeci – znowu jakieś rozszerzone wersje, czwarty – jakieś sesje klubowe, rarytasy, dysk piąty – miks w 5.1, i do tego 6 dysk – DVD: film dokumentalny – koncercik, teledyski.
Piraci nauczyli te wydawnictwa troszeczkę szanować nas bardziej, bo wydają rarytasy, które mają w archiwach, a które nigdy by się nie ukazały.

Jest płyta, której nie masz, a chciałbyś mieć?
Wiesz co… (dłuższe zastanowienie – przyp. erbe). Nie ma czegoś takiego. Właściwie wszystkie najważniejsze rzeczy, które są potrzebne, z tego tak zwanego mainstreamu, to już mam. „Lista marzeń” jest zawsze, ale nie ma czegoś takiego, że mi się po nocy śni. Chciałbym kupić na przykład Made in Japan Deep Purple, ten zestaw w boksie, ale to kosztuje 100 funtów. Mówię: Kupię, ale czy to będzie taka radość?. Poczekam na special offer. Wiadomo, są pewne płyty, które przydałoby się mieć, ale to są drugorzędne rzeczy, druga liga. Wiele płyt, niedostępnych przez pewien okres po jakimś czasie ponownie ukazuje się na płytach CD. Na przykład rock kalifornijski. Przez wiele lat niedostępne były płyty takich grup jak Player, Orleans, Pages. Na analogach to mam, chciałem na porządnych kompaktach. Przez wiele lat szukałem, w zeszłym roku odkryłem, że w Japonii są one ostatnio wydane. Japończycy wydali je na płytach najnowszej generacji – oni mają swoje najnowsze technologie – Blu-spec CD2. Ukazały się, tylko jest jeden problem – cena. Ale zauważyłem, że są sklepy, które za 40 funtów to sprzedają, a w Szwajcarii jakiś sklep oferuje je za 17 funtów. To już „idzie łyknąć”.
Trzeba szukać. Trochę przespałem boom na płyty SACD w wersji multi-channel. Gdy ukazywały się to były relatywnie tanie. Teraz płyty SACD wydawane są tylko dla audiofilów i są dość drogie. Avalon grupy Roxy Music jest za 500 zł. Szukam płyt: Billy Joela The Stranger, Toto Toto IV, James Taylora.

Przyznasz, że teraz, kiedy pracujemy, mamy jakieś tam dochody i stać nas na płyty, nie ma w tym już tej radości kupowania. Kiedyś kupno płyty wiązało się z wieloma wyrzeczeniami.
Jest budżet pewien i się go pilnuje, ale tak, nie ma tego świętowania i radości kupowania. Chociaż teraz cieszy mnie jedna rzecz – jak się wchodzi do Media Markt jest dział z analogami. Cieszy mnie, że to wróciło, że wiele płyt się wydaje teraz na winylach. Na przykład, Iron Maiden czy Kiss wydali całą dyskografię na analogach. Tylko, że, kurczę, to jest drogie (śmiech). Rush całą swoją dyskografię wydają w przyszłym roku na analogach. Co miesiąc jedna płytka, stówka – nie wiem, czy wejdę w to (śmiech).

Spytałem o płytę, spytam o koncert. Jest zespół, który chciałbyś zobaczyć na żywo?
Pink Floyd już nie zobaczę, bo Richard Wright nie żyje. Rogers Waters na pewno się z nimi nie dogada. The Beatles się też już nie zobaczy. Led Zeppelin, Genesis – nie wierzę w to, że oni się spotkają.
Fajnie by było Rush zobaczyć w Polsce. Super instrumentaliści, Neil Peart to genialny perkusista. Ale oni nie są zainteresowani Polską, może pochodzenie Geddy’ego ma coś z tym wspólnego. Tyle razy przejeżdżali obok Polski – Czechy, Niemcy – nigdy nie wjechali. Ja nawet kiedyś chciałem zrobić coś takiego, wysłać na ich fanpage zdjęcie z moją kolekcją Rush: płyt – 40, książek – 3, DVD – 5, Blu-ray – 7, liczba koncertów w Polsce – 0!. Może to zrobię jeszcze kiedyś (śmiech).
Kiss. Oni w Polsce są uznawani za jakichś oszołomów, bo może troszeczkę za bardzo wizualnie się prezentują. Też by się przydało ich zobaczyć na żywo, nieźle grają.
W przyszłym roku w Łodzi będzie Judas Priest. Może pojadę, ale tego samego dnia będzie Zjazd Absolwentów mojego kochanego Liceum (śmiech). Nie chciałbym zostawiać moich absolwentów, bo to, mimo wszystko, większa część mojego życia – 4 lata jako uczeń, 21 lat jako nauczyciel i wychowawca. Igłupio by było się z absolwentami nie spotkać. Na Zjeździe będę, pojadę do Łodzi, może wrócę – nie wiem…
Motörhead będzie w przyszłym roku na Torwarze. Lemmy’ego trzeba zobaczyć, bo jeszcze żyje. Każdy utwór jest taki sam, ale to urok tego.
Nie wiem, czy coś jeszcze ogłoszą, bo większość tych zespołów już naprawdę nie ma technicznej możliwości się spotkać, albo, po prostu, już nie żyją. Może The Eagles, Jackson Brown, klasyczna Metallica. Ale to też raczej nie spełni się, Metallica się za bardzo pogubiła. Większą radością byłoby znalezienie jakiegoś archiwalnego koncertu na Blu-ray lub DVD – to więcej by dało.

Nowa muzyka cię nie rajcuje…
Nie rajcuje w ogóle.

Płyt masz mnóstwo, jest dosłownie kilka koncertów, na których chciałbyś być. W takim razie powiedz, jak będzie wyglądało twoje muzyczne hobby, bardziej należałoby powiedzieć – muzyczna pasja, za 10 lat?
Może znajdę czas i zacznę ponownie odkrywać te płyty, które kupiłem, bo jest wiele rzeczy, których tylko raz słuchałem. Płyta kupiona 10 lat temu – raz przesłuchana. A są nawet takie przypadki, że nie przesłuchałem tej płyty jeszcze. Supertramp, na przykład – ostatnie płyty kupiłem, bo były tanie, ale do dziś ich nie słuchałem. Nie znam tego, bo, po prostu, nie było czasu. Mam nadzieję, że odtwarzacze płyt kompaktowych będą ciągle produkowane, że znajdę czas, posłucham tych rzeczy. Może będziemy wszystko kupowali na Blu-ray audio – będą jakieś super wersje, że kupi się na jednej płycie całą dyskografię. Może jakiś super dźwięk będzie – 8 na 1…. (śmiech).

Na pewno tak zrobią (śmiech).
Zrobią tak, że perkusista będzie siedział w środku (śmiech). Tylko żeby zdrowie dopisało, żebym miał dobry słuch i wzrok, bo jak one będą szwankować, to będzie ciężko – tragedia (śmiech).

Cieszę się, że nie tylko ja mam w kolekcji płyty, które posłuchałem zaledwie jeden raz. Bo myślałem, że coś ze mną nie tak (śmiech).
Nie, to jest normalna rzecz. Tak samo „koncertówki” – kupuje się płyty koncertowe, ale też często nie słucha się tego. Stara płyta ma ten plus – 40 minut. Jak się pracuje, ma się rodzinę, zawsze czas na krótką płytkę znajdzie się. A na przykład „koncertówka”, 70 minut? To już jest gorzej.

Kilka dni temu ukazał się koncert SBB Warszawa 1980 – dwie płyty, dwie i pół godziny muzyki…
Znaleźć czas na to (śmiech).

Trudno przesłuchać za jednym podejściem – syn nie jest zainteresowany tak długim setem muzycznym (śmiech).
(śmiech) Może kiedyś będzie na to czas.

Wrócę do zacytowanego na początku hasła: Antkowiak to ma, ale nie pożyczy. Płyty znajomym pożyczasz? 
Nie, taka moja natura, nie lubię widzieć luk w kolekcji. Wiele osób nie szanuje rzeczy, które nie są ich. Jak coś pożyczyłem, to nie mogłem spać. Może tracę, bo mógłbym coś ciekawego od innych pożyczyć, ale egzemplarz takiej płytki wolę kupić i mieć w swojej kolekcji na własność. Kopię płytki mogę znajomym zrobić, ale oryginału nie pożyczę. A poza tym wszystko teraz jest w Internecie. To, co ja zbierałem przez kilka lat, można sobie ściągnąć w kilka dni, jeżeli komuś taka jakość odpowiada.

(grudzień 2014)