O tym, że w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku pan Heliodor Ruciński – wówczas uczeń Liceum Ogólnokształcącego w Strzelnie (dzisiaj część Zespołu Szkół Licealnych, ul. Gimnazjalna), zrobił gitarę sześciostrunową i wzmacniacz dowiedziałem się od pana Mariana Przybylskiego. Od razu było wiadomo, że z panem Heliodorem muszę o tym porozmawiać. Spotkaliśmy się w ubiegłym tygodniu. Okazało się, że wzmacniacz to nie jego robota.

Gitara służyła zespołowi, który działał we wspomnianym Liceum, a powstał z inicjatywy pana Zygmunta Ornatka. Kontakt już nawiązany – wszystko wskazuje na to, że niebawem na blogu będzie kontynuacja wątku pod tytułem Big-beat w Strzelnie.

***

Heliodor Ruciński:

O wzmacniaczu nie ma mowy – to ja nie robiłem. Chodzi o gitarę.

To było w Liceum, w latach 1964-1965, czyli 50 lat temu. Ta muzyka wtedy wchodziła i Zygmunt Ornatek jako ten główny muzykant zorganizował Piotra Lewandowskiego, Ryszarda Marcinkowskiego i Tadeusza Rumianowskiego. Jako soliści występowali Basia Matuszkiewicz – teraz nie wiem jak ona się nazywa, i Wicek Płócienniczak.

Ja nie miałem nic wspólnego z muzyką – od tego trzeba rozpocząć (śmiech). Po ojcu nie zostało mi nic. Po prostu nie interesowało mnie to. W zespole byłem z inspiracji Zygmunta jako ten, który włączy wzmacniacz, włoży do gniazdka wtyczkę, przyciągnie mikrofonowy kabel. Coś takiego – sprawy elektryczne, elektroniczne.

Pomyśleliśmy, że trzeba coś wykombinować ze sprzętem. Nie było ani pieniędzy, ani możliwości. Możliwości to może były – można było kupić gotowe wzmacniacze czy instrumenty, ale kto miał wtedy na to pieniądze? Zacząłem szukać materiałów, jakiegoś wzoru, żeby zrobić gitarę. Oczywiście elektryczną, bo takie zwykłe to były. Znalazłem w Młodym Techniku – to był taki miesięcznik wydawany za czasów PRL-u, schemat gitary elektrycznej. Ambicja zdecydowała (śmiech): wykonam to! .  

Z tej gitary to tylko były klucze do naciągania strun i struny oryginalne. Resztę robiłem sam. Trudności były. Przede wszystkim trzeba było odpowiednią deskę poszukać. To była chyba deska brzozowa. W okolicy o drewno liściaste było bardzo ciężko, ale w końcu poszukałem. Później powycinanie. Nie było narzędzi jak teraz, wyrzynarek – wszystko trzeba było ręcznie, pilnikiem robić.

Sprzęt zespołu muzycznego z Liceum Ogólnokształcącego w Strzelnie. W środku gitara wykonana przez Heliodora Rucińskiego. Pierwsza z prawej: gitara basowa - dzieło Zygmunta Ornatka (fot. ze zbiorów H. Rucińskiego)

Sprzęt zespołu muzycznego z Liceum Ogólnokształcącego w Strzelnie. W środku gitara wykonana przez Heliodora Rucińskiego. Pierwsza
z prawej: gitara basowa – dzieło Zygmunta Ornatka
(fot. ze zbiorów H. Rucińskiego)

Kształt to nie był problem, bo przecież można było jakiś tam wymyślić, ale wykonanie gryfu, progów, wymierzenie tych wszystkich odległości (wiadomo, że któryś próg musiał być w połowie długości struny) – to już było trudniejsze. Do tego elektroniczne sprawy. Przecież musiały być jakieś przetworniki elektryczne, które wysyłają sygnał do wzmacniacza i zestawu głośników. Można było je kupić, ale skąd pieniądze wziąć? Robiłem sam. Polegało to na tym, że opakowania plastikowe po Akronie – taki był środek do ssania przeciwzapalny (śmiech), do tego się nadawały. Przetwornik się składał z cewki i magnesów stałych. Magnesy wyciągałem z zaczepów magnetycznych do szafek – były kwadratowe, ładnie pasowały. Odpowiednią zrobiłem do tego ramkę i na to nawijałem drut specjalny, a wszystko zanurzyłem w pudełku po Akronie. Montowałem to pod strunami – przetworzenie było z dźwięku wibracyjnego strun na dźwięk elektryczny przy pomocy przetwornika. Takich przetworników musiałem zrobić trzy – w różnej odległości były ustawiane i w zależności od strun, żeby jakoś ten dźwięk przenosiły.

Jak już to zrobiłem, to był problem następny – przewody i gniazdko do wyjścia do wzmacniaczy. Wzmacniaczy też nie mieliśmy w ogóle. Jako pierwszy wzmacniacz do tego zespołu, którym Zygmunt kierował, był wzmacniacz od projektora kinowego szesnastomilimetrowego. I to podłączaliśmy.

Na gitarze grał Tadeusz Rumianowski – w Mogilnie mieszka teraz. Jak to wychodziło? Jak ją pierwszy raz podłączyliśmy to efekt był piorunujący, bo to coś nowego było. A jak były koncerty w auli Liceum, to, pamiętam, pani profesor Krawczakowa albo nas zbeształa, albo uciekała na koniec sali, bo było tak głośno niby wtedy! Z jednego wzmacniacza mogło być głośno?! (śmiech). Ale to były takie czasy.

Potem tę gitarę chcieliśmy jeszcze udoskonalić. Gdzieś doczytałem, że można podłączyć taki wibrator akustyczny z efektem przedłużania dźwięku. Tam, gdzie mocowane były struny, wykonałem taki przyrząd z blachy, który po odpowiednim naciśnięciu dźwigni przesuwał próg zaczepienia strun. To było fajne i też zdało egzamin – był już ten efekt takiego rozciągania dźwięku.

Jako zespół, po prostu, zabijaliśmy czas w czasie akademii czy innych uroczystości, które były organizowane w Liceum. Nie przypominam sobie, żebyśmy grali koncerty na terenie Strzelna. Na pewno coś było, ale to już 50 lat minęło…

W repertuarze przeważnie były polskie utwory dobrze znanych wtedy wykonawców – Czerwonych Gitar i tych innych zespołów naszych kolorowych. Byliśmy jedną z nielicznych grup na terenie Strzelna, grających taką muzykę. Właściwie nie przypominam sobie, żeby coś jeszcze było – chyba jako jedyni byliśmy.

Długo nie pograliśmy (śmiech). Się liceum skończyło – Zygmunt poszedł gdzie indziej, ja gdzie indziej. Ale pierwsza gitara prowadząca – sześciostrunowa, była przeze mnie wykonana. Wiadomo, idealna nie była, ale zawsze już coś było. Była u mnie do czasu, kiedy odwiedził mnie kolega z Brodnicy. Koniecznie chciał się zamienić (śmiech). Ja chciałem przez sentyment ją zostawić, ale w końcu się zamieniłem – dał mi zwykłą jakąś, z pudłem rezonansowym. Prawdopodobnie do dzisiaj w Brodnicy ta gitara jest (śmiech).

A pierwszą gitarę basową wykonał –  nieco później, sam mistrz Zygmunt.