Come & Go z Kruszwicy. Więcej o zespole i wspomnienia Artura Łuczaka – tutaj. Poniżej rozmowa z innym muzykiem Come & Go, Marcinem Kowalskim.

***

Dlaczego postanowiliście – zakładam, że to nie była jednoosobowa decyzja – założyć ten zespół?
Przedstawiam swoją wersję zdarzeń, swój punkt widzenia, jest on subiektywny i pewnie inni muzycy Come & Go będą mieli całkiem odmienne zdanie. Kiedy byłem chłopcem, ledwo sięgałem parapetu, uwielbiałem się na niego wspinać, żeby obserwować przez okno zbierającą się w okolicach kina całkiem sporą brygadę punkowców. To chłopaki z AMF, w irokezach, czarnych skórach i glanach, skupieni wokół legendarnego zespołu, któremu – korzystając z okazji – składam hołd. Mieli odwagę, przecież w Polsce szalał wtedy stan wojenny, tak daleko odróżniać się od masy było naprawdę czymś! Nie to, co dzisiaj, kiedy dready robisz u fryzjera, a glany kupujesz w galerii.
My kilkanaście lat później staliśmy się kontynuatorami stylu życia starej kruszwickiej ekipy. Też tworzyliśmy swoją brygadę i jej spoiwem też były kapele. Trzeba wymienić Antypatię i Come & Go, dwa różne byty, ale współtworzone przez ludzi z jednej załogi. Come & Go powstało w drodze ewolucji, a nie jakiejś jednej ogłoszonej decyzji. Po prostu – bardzo chcieliśmy grać, jeździć na koncerty, wyrażać się artystycznie. Muzyka była i jest do dzisiaj naszym życiem, słuchaliśmy jej na okrągło, dyskutowaliśmy o niej, naturalną koleją rzeczy były próby wykonywania. A że nikt z nas specjalnie tego nie potrafił, to już inna sprawa.

To była twoja pierwsza kapela?
Nie, miałem już całkiem spore doświadczenie. Współtworzyłem, jeszcze u schyłku lat osiemdziesiątych, pierwszą w Inowrocławiu punkową kapelę Defekacja. Graliśmy kilka lat, zostało po nas trochę wspomnień i dwa małżeństwa. Kiedy próbowaliśmy w wojskowym klubie Ikar przychodziły nas słuchać dziewczęta z licealnego internatu. Biorąc pod uwagę, że byłem wokalistą, nie interesowały się za bardzo warstwą muzyczną, bo przecież żadne ucho nie mogło tego zdzierżyć, ale zawiązały – jak się okazało – trwałe znajomości. Swoje przyszłe małżonki poznali w ten sposób – gitarzysta Defekacji Mariusz „Kajon” Tarkowski i basista Wojtek „Pająk” Krzyżanowski.

W Come & Go grałeś na gitarze i flecie, a także śpiewałeś.
Słowo „śpiewałeś” nie jest zbyt fortunne, obrażasz nim nawet freaków z telewizyjnych talent show, którzy robią tam za mięso armatnie (śmiech). Coś tam próbowałem miauczeć, ale oczywiście od samego początku Come & Go wiedzieliśmy, że mikrofon musi dzierżyć ktoś inny. I od początku było parcie na kobiecy głos. Dlatego najpierw śpiewała z nami Ola Szymczak, a następnie – Nina Kosińska (dzisiaj Hoffmann), twarz i w pewien sposób symbol Come & Go. Bez Niny ten zespół nie miałby swojego charakterystycznego stylu, ale wnosiła ona do kapeli dużo więcej, niż tylko wokal. Jeśli chodzi o moje granie – nie byłem, nie jestem i nie będę wybitnym instrumentalistą. Więcej w tym moim zawodzeniu było serca, niż umiejętności. Mieliśmy, na szczęście, w składzie muzyków totalnych – perkusistę Krzysztofa „Kifana” Kanarka, który z pewnością mógłby – i wtedy, i teraz – grać w każdej pierwszoligowej kapeli, czy trąbkarza Zbyszka „Kwietasa” Kwiatkowskiego, późniejszy filar Orkiestry Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. Jeśli trzymać się porównania budowlanego – oni byli filarami, ja drzwiami od wychodka.

Come % Go w doborowym towarzystwie - z grupami Falarek, Alians i Świat Czarownic w ...... (ze zbiorów Niny Hoffmann),,,,

Come & Go w doborowym towarzystwie – z grupami Falarek Band, Alians i Świat Czarownic na koncercie w Warszawie…

Opowiedz o muzyce zespołu i waszych muzycznych inspiracjach.
Graliśmy swoje i to był nasz największy atut. Wywodziliśmy się z punk rocka, kochaliśmy reggae, pochłaniał nas folk, część ekipy uwielbiała ciężki metal. Słuchaliśmy po prostu dobrej muzyki. Każdy z nas coś z tych swoich wielkich muzycznych miłości przenosił na grunt Come & Go. Niektóre inspiracje były tak wyraźne, że nawet przemycaliśmy je w tytułach. Na przykład utwór Konflikt nie nazywa się tak z powodu tekstu, tylko odniesienia we wstępie do klasyka – legendarnej kapeli Conflict.

Jak wyglądał proces twórczy?
Większość pomysłów na muzykę pochodziło od dwóch ludzi – Artura „Grubego” Łuczaka oraz ode mnie. Czasem każdy z nas przychodził na próby ze swoimi koncepcjami, czasem tworzyliśmy coś wspólnie. Na tym szkielecie pracowała reszta. „Kifan” dokładał bębny, „Kwietas” aranżował trąbki. Dorzucaliśmy, doklejaliśmy, zwalnialiśmy, przyspieszaliśmy, dodawaliśmy pulsu i energii.

A teksty? Dlaczego zdecydowaliście się wykorzystać dzieła takich poetów jak Norwid czy Przerwa-Tetmajer?
Tekstami chcieliśmy po prostu się wyróżniać, ale z drugiej strony – mówić prostymi słowami o najpiękniejszych rzeczach. Posłuchaj tego zdania o Bogu: Wierzę, że jesteś ciągle gdzieś obok mnie. Czy można powiedzieć to prościej? Albo tego, o miłości: Kocham Cię, a gdy Cię spotkam, udaję że Cię nie kocham. Zginę przez Ciebie, nim zginę, krzyknę że ginę przypadkiem. Mów co chcesz, ja uważam, że nigdy nikt piękniej o miłości nie napisał. Więc zapożyczaliśmy z najlepszych, czasem zapomnianych, czasem w naszym środowisku uważanych za obciach. A przecież Norwid był największym punkowcem swoich czasów. Potrafił tak przypierdolić słowem, że do dzisiaj mam dreszcze, kiedy go czytam.

Ile w swoim repertuarze mieliście utworów? były wśród nich takie, które zaistniały w radiu czy w telewizji?
Mieliśmy materiał na mocny godzinny koncertowy set. Plus ewentualnie ze trzy bisy. Wystarczyło, bo nasze koncerty były bardzo energetyczne. Na listach przebojów nie istnieliśmy, nie o to nam chodziło. To była niezależna kapela wyprzedzająca pod pewnymi względami swoją epokę, ale jednak skierowana głównie do ludzi z subkultury. Wiele lat po nas bardzo podobnie zaczął graĆ choćby Enej, czy Strachy na Lachy i te zespoły już zaistniały komercyjnie. Ale nasze czasy od tych teraźniejszych dzieli epoka.

... oraz z Pidżamą Porno i mniej znaną grupą MAD w Kruszwicy (ze zbiorów Niny Hoffmann)

…oraz z Pidżamą Porno i mniej znaną grupą MAD w Kruszwicy
(plakaty ze zbiorów Niny Hoffmann)

Najważniejsza pieśń Come & Go to…
Kostka brukowa. Minęło tyle lat, a ja wciąż słucham tego utworu i nie mogę wyjść z wrażenia, jaki jest ponadczasowy. Jestem kostką brukową, jedną z wielu ulicznych. Jestem kostką brukową, świecę gdy pada deszcz. A byłem kiedyś ptakiem wolnym… – jak wielu czytelników tego wywiadu może się z tym utożsamić…

Zagraliście sporo koncertów. Dokąd udało wam się dotrzeć i czy wasze występy wzbudzały zainteresowanie?
Było tego na pewno ponad setka, niektóre zajebiste, a niektóre – katastrofalne. Najmilej wspominam koncert z Pidżamą Porno w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, pożegnalny koncert Izraela w Warszawie, czy koncert z Voo Voo na Folkfeście w Krotoszynie. Wychodzi na scenę ferajna z niewielkiej Kruszwicy, a pod nią – 10 tysięcy ludzi tańczy i bije brawo. Do teraz mam dreszcze na samo wspomnienie. No i Africa is Hungry w Toruniu. Festiwal-legenda, jeździłem na niego od wielu lat jako fan, a ten jeden raz mogłem znaleźć się po drugiej stronie. Niesamowite.

W swoim dorobku macie trzy albumy, wydane w formie kaset –  Gdy Życie Staje Się Radością (1995), Tam Gdzie Droga (1997) i Ezotension (2000). Zrecenzuj je. 
Pierwsza kaseta była jeszcze bardzo amatorską próbką, raczej znakiem zapytania, niż odpowiedzią. Dopiero na drugim, już pół profesjonalnym albumie rozwialiśmy wiele wątpliwości. Udowodniliśmy, że mamy potencjał, że potrafimy stworzyć momentami coś niezwykłego i wartościowego, że jesteśmy dobrze rokującym zjawiskiem. Trzecia kaseta nie miała niczego wspólnego z zespołem Come & Go. Nagrała ją grupa ludzi, częściowo rzeczywiście z Come & Go związana, która – moim zdaniem – niepotrzebnie pod ten szyld się podszyła. Muzycznie, tekstowo, klimatycznie, po prostu ludzko -  projekt Ezotension nie miał z Come & Go nic wspólnego.

Jest szansa na wznowienie waszych albumów w formie CD?
Marzy mi się projekt internetowy – opis zjawiska, jakim było Come & Go, ludzi którzy się przez zespół przewinęli, pliki z utworami wyczyszczonymi techniką cyfrową, zremasterowanymi. Płyta to zbyt dużo. Tamte nagrania powstały w innej epoce, dzisiaj mogłyby brzmieć karykaturalnie na CD. A Come & Go jest dla mnie zbyt wielką wartością, żeby na to pozwolić.

Czytając notkę w Encyklopedii polskiego reggae i ska Jarosława Hejenkowskiego i Łukasza Jarosińskiego nie można nie zauważyć, że w Come & Go dochodziło do częstych zmian personalnych. Byli ludzie, którzy tworzyli niezmienny trzon grupy?
Come & Go było kolektywem, stanem umysłu i ducha, brygadą szalonych ludzi funkcjonujących w fabrycznym miasteczku. Część z nas grała, tworzyła muzykę, inni nie mieli w ręku instrumentu, a też byli Come & Go. Na przykład Daniel „Zinty” Ziętara, dzisiaj ksiądz, którego z tego miejsca najserdeczniej pozdrawiam. Bozia poskąpiła mu talentu muzycznego, ale zajmował się tysiącem innych rzeczy i był filarem Come & Go! Albo Jarek „Hejen” Hejenkowski – na Come & Go uczył się sztuki menagerowania, dzisiaj bez „Hejena” całe środowisko muzyki reggae wyglądałoby inaczej. Michał „Ława” Ławniczak – wydawca legendarnych kapel, znakomity organizator, również niezwykły człowiek i też Come & Go. Ale Come & Go to również mój listonosz (pozdrawiam), zajebisty gość, który „tylko” przychodził na nasze koncerty. Kiedy przynosi mi do podpisania list polecony, albo rachunek za prąd, rozmawiamy, wspominamy, niebawem wybieramy się do Jarocina. Come & Go to mój najbliższy przyjaciel – „Wochu”, perkusista Antypatii, też okazjonalnie związany z naszym zespołem, grał w nim na bongosach. I wielu ludzi, których nie jestem w stanie teraz wymienić. Podchodzą czasem na ulicy i mówią: Zajebiście było, często wspominam, tęsknię, może wrócicie. Ja wtedy odpowiadam: Nie da się. Come & Go miało sens w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, wtedy i tylko wtedy.
Chcieliśmy oczywiście żyć z muzyki, nagrywać płyty, koncertować. Nie udało się. Przegraliśmy z prozą życia. Ale daliśmy naszemu miastu i nie tylko, mnóstwo frajdy i zajebistej energii. Przegraliśmy, a jednocześnie wygraliśmy, bo przecież w pamięci ludzi wciąż trwamy. Come & Go – przychodzić i odchodzić.

Jak teraz, po latach, oceniasz muzykę zespołu oraz to, co udało się wam osiągnąć?
Wciąż czuję się Come & Go. Dzisiaj naszych piosenek słuchają nasze dzieci, mój syn gra te utwory na perkusji, a ja przygrywam mu czasem na gitarze. Już zapowiedział się u nas z basem Artur Łuczak, zresztą ojciec chrzestny mojego chłopaka. Więc potrenujemy razem, mam taką nadzieję. Ale tylko po to, żeby młodzież przejęła stery, stworzyła swoją jakość. Może kiedyś to nasi synowie założą w Kruszwicy kapelę i chociaż na bis zagrają jakiś kawałek Come & Go? Marzyć można. To by było nasze największe zwycięstwo.

(maj-czerwiec 2014)