Amfiteatr – muszla koncertowa w strzeleńskim Parku 750-lecia
Dom Kultury - MGOKiR w Strzelnie oraz określenie miejsca koncertów (stosowane zamiennie z Kinem).
Kino - budynek byłego Kina „Kujawianka” przy ul. Gimnazjalnej (dzisiaj siedziba MGOKiR).
Liceum – strzeleński „Ogólniak” przy ul. Gimnazjalnej (dzisiaj część Zespołu Szkół Licealnych).
Złota era rocka w Strzelnie – wyjaśnienie we wstępie do rozmowy z Jackiem Łuczakiem.

***

W sierpniu 1994 roku objął pan stanowisko kierownika Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie. Jak pan wspomina rockową działalność Domu Kultury w owym czasie?
Niezwykle ciekawie, chociażby dlatego, że w owym czasie także mój syn dorastający, Marcin, interesował się tego typu muzyką i często słyszałem dochodzące dźwięki z jego pokoju. Ja, już jako taki, powiedzmy, w poważnym wieku mężczyzna, bazujący na muzyce lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, odbierałem ją dość pozytywnie.
A bezpośrednio później, już jako kierownik Domu Kultury, organizowałem z Piotrem Lewandowskim wszelkiego rodzaju koncerty, które były koncertami niezwykle chodliwymi wśród młodzieży strzeleńskiej. Kino podczas tych koncertów było wypełniane po brzegi. Niebywała atmosfera, wspaniałe zachowanie młodzieży.
Szczególnie przypominam sobie zespół ze Skulska. Nie pamiętam nazwy, ale pamiętam chłopaków, którzy wtedy dawali koncerty w Koninie, w Ślesinie i w okolicznych miejscowościach. Często też odwiedzali Strzelno. W czasie rozmów towarzyskich wymieniane były poglądy na temat muzyki i działalności Domu Kultury. Przyjeżdżali także na koncerty, które realizowali bezpłatnie – w drodze wymiany myśmy coś im w zamian za to dawali.

Jak wyglądało samo przygotowanie koncertów? Czy któryś z pracowników Domu Kultury bezpośrednio był za to odpowiedzialny?
Głównym motorem wszelkiego rodzaju poczynań kulturalnych był Piotr Lewandowski, który miał szerokie kontakty z różnymi zespołami i z młodzieżą. On właściwie inspirował do tego, ażeby te koncerty się odbywały w Strzelnie.
Robiliśmy to na zasadzie kontaktów osobistych z liderami tych zespołów, a koncerty zgrywaliśmy zawsze z innymi terminami – impreza andrzejkowa czy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Były też koncerty wiosenne czy letnie z okazji Dni Strzelna – jeden dzień był poświęcony młodzieży i wówczas te koncerty odbywały się w Kinie.

Zgodzi się pan z opinią, że w latach dziewięćdziesiątych Dom Kultury był miejscem, skupiającym strzeleńską aktywność rockową?
Tak, dlatego że ówcześni instruktorzy – Irek Jackowski, Piotr Lewandowski, dochodzący Piotr Barczak oraz Krzysztof Łuczak z bratem, Jackiem Łuczakiem, byli grupą mobilizującą do tych działań. Ich gusta muzyczne były różne – Krzysztof Łuczak raczej stronił od tego typu muzyki, miał troszeczkę inne ambicje i aspiracje muzyczne, ale działalność koncertowa była prowadzona, co powodowało zainteresowanie działalnością Domu Kultury. Wówczas na koncerty przychodziło w granicach dwustu-dwustu pięćdziesięciu młodych ludzi. To, jak na warunki strzeleńskie, była spora grupa. Liceum, Zespół Szkół Zawodowych – tego typu młodzież szczególnie nas odwiedzała, ale i młodzież już po skończonej edukacji także uczestniczyła w tych koncertach.
Ich urok polegał na tym, że były spontanicznie odbierane. Nie tylko wsłuchiwano się w muzykę, ale także okazywano emocje poprzez taniec, poprzez tworzenie różnego rodzaju figur i grup tanecznych. To było bardzo fajne.
Wszystko odbywało się w warunkach spartańskich, w porównaniu do dzisiejszych, ale już wówczas na jako takim sprzęcie, który został zakupiony chyba w ’92 roku i był w fazie początkowej eksploatacji. Myśmy też wytwarzali dodatkowy nastrój poprzez urządzenia, które wówczas zakupiliśmy, między innymi maszynę do dymu, która była rzeczą dającą niebywały efekt, a zarazem też i troszeczkę zaczadzenia sali (śmiech).

Krzysztof Łuczak: „Blues Walkers to była formacja, która krótko istniała, chyba nawet
nie rok”. Grupa istniała od sierpnia 1995 do maja 1996 roku
(ze zbiorów Jacka Jackowskiego)

Rzeczywiście, koncerty były bardzo czadowe (śmiech). Wymienił pan Piotra Barczaka, Piotra Lewandowskiego, braci Krzysztofa i Jacka Łuczaków. To muzycy grup Do Widzenia i Blues Band, działających w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Później zaczęły powstawać zespoły, w skład których wchodziła młodzież, bawiąca się właśnie na koncertach Do Widzenia czy Blues Bandu.
Oni się właściwie uczyli tej muzyki. Co ciekawe, zanim trafili do Domu Kultury, to nieśmiało próbowali w swoich pomieszczeniach prywatnych – garażach czy pokoikach. Zawsze wysuwali jakiegoś lidera, który przychodził na rozmowę: Panie kierowniku, mamy grupę, chcielibyśmy troszeczkę wyjść na zewnątrz i te próby przeprowadzać na lepszym sprzęcie, bo w garażach to mamy taki własnej roboty. Czy zezwoli pan na próby w Kinie?. Towarzyszył tym chłopakom Piotr Lewandowski.
Wówczas Kino było takim miejscem, gdzie trzeba było opracować grafik – ci chłopacy mieli wyznaczone dni i godziny do tego, ażeby te próby przeprowadzać. Fajne to były próby. Obserwowałem tę młodzież, jej bardzo pozytywne zachowanie. Nie było żadnych ekscesów typu alkohol czy inne używki. Zdarzało się, że na próbach bywali także fani tych zespołów. Przychodziły dość liczne grupki i te próby przeradzały się w formę takiego spotkania towarzysko-rekreacyjnego. Tańce też się odbywały, ale to wszystko było w ramach przyzwoitości, w ramach dobrej działalności kulturalnej tej młodzieży, choć bardzo spontanicznej, przez ludzi starszych inaczej odbieranej.

We wspomnieniach osób, które działały na muzycznej scenie i miały próby w Kinie, pojawia się wątek kontaktów z duchami…
Ja nawet sobie pozwoliłem swego czasu napisać artykuł, który został opublikowany w tygodniku Pałuki i Ziemia Mogileńska. Został on przeredagowany przez jednego z dziennikarzy etatowych, ponieważ był troszeczkę przydługawy, ale sens był tego rodzaju, że duchy, które występowały w tych naszych opowieściach i zdarzeniach, były takim dodatkowym, sensacyjnym wątkiem podejrzeń o zachowanie się osób, które twierdziły, że tam jakieś duchy były, posądzając je o wprowadzanie się w jakiś dziwny stan.
Takie sytuacje miały miejsce. Sam odczułem prądy na ciele w czasie opowiadań chłopaków, którzy przylatywali – z wywalonymi gałami, czerwoni na twarzy – i mówili, że w Kinie kusi. Podczas jednej z prób na pustej widowni znalazł się jakiś starszy jegomość w kapeluszu, siedzący pośrodku sali. Chłopacy zwrócili mu uwagę: Proszę pana, tu jest próba, pan nas rozprasza. Prosimy opuścić salę, ponieważ nie chcemy, żeby tutaj osoby postronne przebywały, bo coś może zostać ukradzione. Nagle ta sylwetka zniknęła! Chłopacy z niedowierzaniem na siebie popatrzyli i czmychnęli ze sceny, rzucając się do głównych drzwi wyjściowych, które były, o dziwo!, zamknięte. Na zmianę szarpiąc za klamkę stwierdzili, że ktoś ich zamknął w Kinie. Po chwili, gdy ochłonęli, okazało się, że mylili się, ponieważ ktoś inny wchodził właśnie do Kina – złapał za klamkę i drzwi otworzył normalnie, bez przekluczania.
Później na naradach była dyskusja wielka, co to, kto to może być, co to za zdarzenie… Okazuje się, że w czasie drugiej wojny światowej, a szczególnie w końcówce roku ’39 i w pierwszej połowie ’40, kiedy wywożono strzelnian do obozów koncentracyjnych lub wysiedlano z Kraju Warty do Generalnej Guberni, wiele osób zgromadzonych tam przed samą wywózką, już nie powróciło – czy to w obozach zginęli, czy zmarli gdzieś na wygnaniu… Prawdopodobnie jedna z tych postaci, która nie wróciła do Strzelna, wracała co jakiś czas, podczas prób koncertowych, kiedy w Kinie widownia była pusta, natomiast na scenie coś się działo. Chciała być z nami, strzelnianami.

Jacek Jackowski: „Pamiętam, że miałem gdzieś plakat [...]. Z tym zespołem robiliśmy wizytówki – taką rzecz chyba gdzieś bym znalazł, ale musiałbym poważnie poszukać”. Jest wizytówka -
na blogu przy innej okazji, są też 2 plakaty
(ze zbiorów Jacka Jackowskiego)

Ostatnie lata XX wieku to już schyłek Złotej ery rocka w Strzelnie pod egidą Domu Kultury. To był znak czasów – spadek popularności muzyki rockowej na świecie, czy raczej wasza decyzja o odejściu od rocka?
Może nie tyle odejście od rocka, ile zaczęły się nam zmieniać warunki lokalowe. Kino popadło w małą ruinę – centralne ogrzewanie wysiadło, podłogi zaczęły szwankować, scena też już była w stanie niezbyt ciekawym. Warunki, szczególnie w okresie jesienno-zimowo-wiosennym, były wręcz tragiczne i to zaczęło samo wygasać.
Zmieniło się też podejście instruktorów, którzy podjęli działania w innym kierunku – Kapela Podwórkowa zaczęła funkcjonować, zespoły Apasjonata i Peron, a ci młodzi chłopacy – muzycy mieli coraz większe ambicje i zaczęli produkować się zarówno w uruchomionej przez państwo Wiśniewskich byłej popeesesowskiej – PSS Społem, kawiarni Kolorowa, jak i poza Strzelnem.
Wówczas kawiarnia Kolorowa stała się sceną rocka, a także wernisaży malarskich, których komisarzem był Eryk Szydzik, skupiający twórców uprawiających malarstwo nowoczesne. W lokalu tym występowały również grupy spoza Strzelna. Co by nie powiedzieć, miejsce tętniło rockiem, zaś Dom Kultury bardziej skupił się na uprawianiu muzyki popularnej. Wiele grup rozpadło się z racji podjęcia przez muzyków studiów, czy pracy poza Strzelnem. W to miejsce już tak intensywnie nie powstawały nowe zespoły, które by grały ten rodzaj muzyki. Owszem, raz po raz młodzież podejmowała próby stworzenia nowych grup, ale…
Wtedy też nastąpiło skierowanie naszej uwagi na ściąganie zespołów z zewnątrz. Był to również szczyt działań w zakresie Krakowskich prezentacji (więcej na temat Krakowskich prezentacji tutaj – przyp. erbe). To wszystko niejako spowodowało zmianę profilu działalności naszego Domu Kultury.

Muzyka rockowa do Domu Kultury wróciła w 2001 roku, kiedy to zorganizowaliście w Strzelnie koncert Artura Gadowskiego. To chyba pierwszy występ tak znanego wykonawcy rockowego w naszym mieście.
To pamiętne, wielkie wydarzenie. Ono spowodowane było między innymi tym, że nie mogliśmy użytkować już Kina, bo przepisy BHP i przeciwpożarowe spowodowały zamknięcie tego obiektu. W związku z tym nawiązaliśmy bardzo ścisły kontakt z Domem Kultury Ziemowit w Kruszwicy. Jeden z instruktorów, Irek Kołodziej, posiadał własny sprzęt sceniczny. To był samochód ciężarowy z naczepą – można to było rozłożyć i zrobić z tego piękną scenę. Irek dysponował także swoim nagłośnieniem i miał dostęp do bardzo nowoczesnego, jak na owe czasy, sprzętu, którym dysponował kruszwicki Ziemowit. On nas troszeczkę wprowadził w ten wielki świat sceny plenerowej i to między innymi on był tą osobą, która namówiła nas na takie koncerty.
Taki pierwszy, z prawdziwego zdarzenia koncert plenerowy odbył się w 2001 roku na Stadionie Miejskim w Strzelnie. Wtedy przyjechał właśnie Artur Gadowski z członkami zespołu Ira. Wspaniała postać, wspaniała muzyka, no i przeboje… Niebywałe, profesjonalne wprowadzenie do koncertu, polegające na indywidualnych popisach muzyków oraz rozgrzewającym utworze czysto instrumentalnym, przypominało mi koncerty zespołu Europe czy innych marek światowych. W historii działalności kulturalnej – począwszy od lat sześćdziesiątych, aż do dzisiaj licząc – to było wydarzenie najważniejsze i inicjujące nowe formy przekazywania muzyki mieszkańcom Strzelna, szczególnie mieszkańcom młodym. Później to się przeniosło na Dni Strzelna, kiedy w podobny sposób organizowaliśmy koncerty już na placu przy byłym dworcu kolejowym.

Pierwszy taki koncert odbył się jesienią 2003 roku – to był chyba występ Norbiego. Rzeczywiście, koncert Artura Gadowskiego należy uznać za taki…
Inicjujący to wszystko, co się teraz dzieje.

Co się teraz dzieje w ramach Dni Strzelna, czyli coroczny koncert znanego artysty. W czasie występu Artura Gadowskiego pan prowadził konferansjerkę. Jak to wyglądało ze sceny?
Ja mam ogromną fantazję, w związku z czym z fantazją prowadziłem ten koncert, mając oczywiście wszystko, co tylko wiedziałem o Arturze Gadowskim i zespole Ira wyklepane w pamięci. A ze sceny to był obraz niebywały… Widziałem ten tłum młodzieży, zachowującej się wspaniale, spontaniczne, bardzo ekspresyjnie, szczególnie podczas słynnego przeboju z filmu Szczęśliwego Nowego Jorku. Nie pamiętam, który, ale jeden z utworów wywołał zapalniczkowy pożar. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem jak można podpalić stadion (śmiech), ponieważ prawie każdy wyciągnął zapalniczkę czy zapałki i próbował tę widownię oświetlić. To się spodobało także wykonawcom. Miałem później sposobność rozmawiać z nimi w kuluarach. Artur Gadowski powiedział, że pomimo tego, iż to jest małe miasto i miał w życiu swoim koncerty większe, to ten mu szczególnie utkwił w głowie, ponieważ widział, że ci ludzie po raz pierwszy odbierają na żywo tę muzykę, doświadczeni podobnymi koncertami widzianymi tylko w telewizji.
Myśmy wówczas im zabezpieczyli noclegi w Przyjezierzu, a taką elegancką kolację wystawiliśmy w Domu Kultury. Oczywiście też był markowy alkohol. Niestety, członkowie zespołu nie wypili ani kieliszeczka. Ich menedżer usiadł z nami i powiedział: Chłopacy nie mogą, nie chcą i nie piją, natomiast my możemy sobie po kieliszku wypić.

Proszę o ocenę rockowej działalności Domu Kultury w okresie, kiedy kierował pan tą placówką kulturalną.
Ja mogę powiedzieć, że ten okres muzyki rockowej i towarzyszących imprez był w historii Domu Kultury świetlistym okresem. Dom Kultury, pomimo trudnych warunków lokalowych – kwitł. Doświadczeni tymi koncertami zaczęliśmy naśladować, w nieco mniejszym wymiarze, koncerty typowo rekreacyjne, kawiarniane – wiedeńskie ogródki z napojami, w tym z piwem i ciepłymi kiełbaskami – na strzeleńskim rynku. I tego w okresie letnim było multum. Nadto żeśmy wówczas także wyszli do Przyjezierza. Okres letni był dzielony na Przyjezierze i Strzelno – jeden weekend graliśmy w Przyjezierzu, drugi na rynku strzeleńskim.
Wówczas była masa zespołów. Mam sprawozdania roczne z okresu od ’94 roku do mego odejścia w 2003 roku z Domu Kultury. Z perspektywy czasu, jak je niekiedy przeglądam szukając innych materiałów, to sam jestem nieco zaszokowany, bo wymieniona tam ilość zespołów działających w Domu Kultury, o których zapomniano nawet z nazwy, wprowadza w taki pozytywny nastrój nas, pracowników Domu Kultury, tych byłych i tych obecnych, którzy wówczas też pracowali.
Mieliśmy ofertę dla wszystkich – od dzieci po emerytów, a dla młodzieży szczególnie. Wówczas też zaistniały przyjazne kontakty z różnymi zespołami kowerowymi – często występował w Strzelnie Old Dixieland Players z Mogilna, który grał muzykę jazzową, czy grający country zespół Drink Bar z Torunia.
Myśmy też wyjeżdżali poza teren gminy. Największy koncert, w którym braliśmy udział to był koncert w Bydgoszczy, na Różopolu w myślęcińskim Leśnym Parku Kultury i Wypoczynku, gdzie przy widowni blisko trzydziestotysięcznej, jako Kapela Podwórkowa grająca muzykę spod znaku folkloru miejskiego, zrobiliśmy furorę. Koncert nagrywało Radio PiK i później przez cały miesiąc można było usłyszeć w tej stacji Kapelę Podwórkową ze Strzelna.
Nasz występ na Różopolu zaowocował wymianą – zespoły, które tam występowały przyjeżdżały do Strzelna i też dawały koncerty. Myśmy pojechali nieodpłatnie, oni przyjeżdżali nieodpłatnie – jakoś żeśmy się uzupełniali.
Podobne wymiany prowadziliśmy też z Domami Kultury w Kruszwicy, Mogilnie, Trzemesznie i Inowrocławiu. Nigdy nie wydawaliśmy jakichś ogromnych pieniędzy na tego typu działalność, niemniej jednak to było bardzo kosztowne – trzeba było zabezpieczyć chociażby jakiś poczęstunek czy koszty transportu pokryć.
Ta działalność była naprawdę działalnością znakomitą i to mnie cieszy, że się spełniłem jako rolnik z wykształcenia, a menedżer kultury w Strzelnie. Dziś można powiedzieć, że to moje regionalne zamiłowanie zostało właśnie w tym okresie szczególnie utrwalone. Ono trwa od młodzieńczych lat, ale w tym okresie zostało szczególnie utrwalone poprzez kontakty z ludźmi kultury nie tylko z regionu, ale także z całej Polski.
Jak mówiłem, mam sprawozdania, mam też kalendarze z tego okresu – tam również wszystko jest odnotowane. Na pewno kiedyś wrócę do tych materiałów i na tej podstawie ten okres prosperity kulturalnej Domu Kultury opiszę.

Pożegnalny koncert grupy Do Widzenia został zorganizowany 27 października 1994 roku w Kinie.
Na zdjęciu: Jacek Jackowski, Piotr Barczak, Leszek Iwiński, Jacek Łuczak i Piotr
Lewandowski w Koronowie (fot. ze zbiorów MGOKIR w Strzelnie)

W styczniu tego roku, po wielu latach popadania w ruinę, został wreszcie rozebrany Amfiteatr w strzeleńskim Parku 750-lecia. Wybudowano go w 1982 roku w ramach obchodów 750-lecia nadania Strzelnu praw miejskich. To kolejne miejsce w Strzelnie, w którym odbywały się koncerty rockowe. Na początku lat osiemdziesiątych był pan już aktywnym działaczem społecznym, zaangażowanym w organizację wspomnianych obchodów. Jak doszło do tego, że Amfiteatr został zbudowany?
Pomysł obchodów 750-lecia Miasta Strzelna zrodził się w roku ’80, w okresie przełomu, tworzenia się Solidarności. Wówczas nastały sprzyjające warunki do tego, ażeby nieco miasto ożywić. Po kilkuletniej przerwie na fotel burmistrza wrócił pan Ewaryst Iwiński, który był bardzo przyjazny wszelkim działaniom kulturalnym.
Na jednym ze spotkań z ust moich padła propozycja, ażeby coś zrobić na niwie kulturalnej. Podjął ten temat pan Eugeniusz Wegner – nauczyciel ze Szkoły Podstawowej nr 2 (dzisiaj Szkoła Podstawowa im. A. A. Michelsona w Strzelnie – przyp. erbe), który sprawował funkcję polityczną w naszym mieście. Na jednej z sesji Rady Miasta czy Prezydium Rady Miejskiej, tak się wówczas to chyba nazywało, zaproponował, ażeby właśnie taką uroczystość zorganizować. I to zostało przyjęte. Powołano komitet, na czele którego stanął pan Józef Matuszkiewicz – dyrektor Szkoły Podstawowej nr 2.
W tym czasie zaczęły się moje ożywione kontakty z panem Kazimierzem Chudzińskim, który w ramach podziału funkcji przygotowawczych do obchodów został przewodniczącym Komisji historycznej. Komisja ta miała także w swoim zakresie sprawy kulturalne. W zawiązku z tym, że ciągle się mówiło o tym parku, nazywanym w Strzelnie Klasztornym, na jednym ze spotkań padł pomysł, ażeby go uporządkować i ożywić. Kiedyś było to miejsce wszelakiego rodzaju imprez – pamiętałem jeszcze z opowieści ojca, że to był bardzo porządny park przydworski, utrzymywany na wysokim poziomie przez ówczesnego dzierżawcę majątku, pana Kozłowskiego.
Wróciliśmy do planów z lat sześćdziesiątych, które zostały opracowane jeszcze przez przewodniczącego Rady Miejskiej, pana Henryka Wrzesińskiego. W tych planach był amfiteatr, była także mała bażanciarnia plus mini ZOO. Na tej podstawie park został poddany rekultywacji, w ramach której oczyszczono stawy, wytyczono nowe i uporządkowano stare alejki, część drzew wycięto. Rozebrano stare, murowane opłotowanie, w tym domek dozorcy, który stał na rogu parku przy ul. Parkowej, a park z trzech stron ogrodzono i podłączono prąd wraz z oświetleniem alejek. Wybudowano też Amfiteatr. Szumnie się to nazywało – w czynie społecznym. Pamiętam, że budowała to ekipa budowlana z ówczesnego przedsiębiorstwa PGR.
Amfiteatr robił ogromne wrażenie na strzelnianach. Pierwsze występy miały związek z obchodami 750-lecia nadania Strzelnu praw miejskich, a przy okazji nazwania tego parku Parkiem 750-lecia Miasta Strzelna (więcej na temat pierwszych występów w Amfiteatrze tutaj – przyp. erbe).

Być może w przyszłości coś tam powstanie, ponieważ to jest dobre miejsce na organizowanie wszelkiego rodzaju imprez kulturalno-rozrywkowych.
W Amfiteatrze się odbyło bardzo dużo znakomitych imprez. Tam występował słynny Wojskowy Zespół Estradowy Czarne Berety z Bydgoszczy i zespół folklorystyczny Torunianie, który działa do dzisiaj przy jednej ze spółdzielni mieszkaniowej w Toruniu. Występowały Seniorki nasze, odbywały się prezentacje dorobku artystycznego szkół, dożynki, świętojanki, topienie wianków na stawach.
W sumie Amfiteatr zaczął popadać w ruinę jak odszedłem z Domu Kultury. Nie było już osoby, która by przypominała władzy, że trzeba to i to zrobić. Ten obiekt nigdy nie był przypisany Domowi Kultury, to trzeba zaznaczyć, ale jako miłośnik tej ziemi człowiek jakoś inaczej patrzy na to wszystko.
Z perspektywy czasu żal, że tego obiektu nie ma. Solidny był to budynek, tylko wystarczyło zadbać o niego. Tak samo o park – był pan Rosiński, humorystycznie nazywany „dyrektorem parku”, który miał nad nim pieczę. Miejmy nadzieję, że kiedyś park zostanie przystosowany do nowych warunków i do nowych funkcji, oczywiście w połączeniu właśnie z funkcją parku spacerowego, wypoczynkowego. Choć oddalony jest nieco od miasta, to jednak dzisiaj, poprzez rozbudowę w tamtym kierunku – tam jest zgrupowane budownictwo jednorodzinne, organizowanie koncertów mogłoby wywołać wśród mieszkańców jakieś tam pretensje. Ale trudno powiedzieć jak by ci mieszkańcy to odebrali, może by się bawili razem z innymi.
Trzeba to wziąć pod uwagę przy planach rozwojowych miasta, a za każdym razem wrócić do dobrych pomysłów. A tym dobrym pomysłem jest opracowany 3 lata temu przez Tomka Kozłowskiego ze Strzelna program rewitalizacji parku, łącznie z zagospodarowaniem sąsiadującego z nim byłego ogrodu podworskiego, a później szkolnego. Tomek opracował bardzo profesjonalnie i bardzo dobrze ten program rewitalizacji – to była jego praca inżynierska. Ujął w nim zarówno część kulturalno-rekreacyjną, jak i część typowo rekreacyjno-sportową. Tam miały znaleźć się kort tenisowy, różnego rodzaju boiska do gier zespołowych, skatepark i scena. Z tym, że on przewidywał przeorientowanie tej sceny, dlatego że wszystkie imprezy odbywają się popołudniu, a dotychczasowa scena była skierowana ku zachodowi – z powodu słońca widownia miała problemy z oglądaniem tego, co się działo na scenie.
Druga praca powstała 2 lata temu. Młoda dziewczyna, pani Pilichowska z Rzadkwina, też zrobiła podobny projekt na urządzenie tego parku. Pomagałem zarówno jej, jak i Tomkowi w opracowaniu, ale nie znam finału, ponieważ pani Pilichowska już do mnie się nie zgłosiła. Tomek się zgłosił, bo chciał ten projekt niejako sprzedać – w cudzysłowie mówię „sprzedać”, władzom miejskim. Trafiło to jednak na taki czas, kiedy władze były zainteresowane skończeniem remontu Kina i temu poświęcono wszystkie siły. Myślę, że park poczeka. Tylko, żeby za długo nie czekał, żeby nie zamieniono go w jakieś rumowisko.

Złota era rocka w Strzelnie to lata dziewięćdziesiąte XX wieku. Pan jednak pamięta zespoły, które już 30 lat wcześniej grały rocka w naszym mieście.
Pierwsza grupa, nazwy nie pamiętam, powstała przy Liceum w Strzelnie. Niebywałe, dzisiaj znane ze swoich zamiłowań postaci, jak chociażby Zygmunt Ornatek, czyli tak zwany „Zigi” – lider tego zespołu, a później wspomnianych Old Dixieland Players. Na perkusji grali przemiennie Ryszard Marcinkowski i Piotr Lewandowski, syn krawca z ul. Świętego Ducha, Tadeusz Rumianowski – na banjo, a „Zigi” – na gitarze basowej. Zespół swymi zdolnościami technicznymi wspierał Heliodor Ruciński.
Heliodor był osobą, która zrobiła w Strzelnie pierwszą elektryczną gitarę prowadzącą. Krótko po nim drugą gitarę, ale basową, zrobił Zygmunt Ornatek. Pamiętamy Bodzia, jego brata, który później grał z zespołami strzeleńskimi na basie. Specyficzne ułożenie gitary gryfem do góry, flegmatyczne zachowanie (śmiech) – fajny obrazek. Warto Bogdana wspomnieć, chociażby dlatego, że chłopak nie żyje, a zrobił dla kultury strzeleńskiej też dużo, będąc członkiem wielu zespołów.
Gitary były zrobione, potrzebne były jeszcze wzmacniacze. Heliodor Ruciński wpadł na pomysł – on do dzisiaj jest takim kombinatorem i nie na próżno nosi miano „Inżyniera”, ażeby ten wzmacniacz zrobić z projektora  filmowego. W Liceum był projektor filmowy, tak zwana „szesnastka”, do odtwarzania filmu szesnastomilimetrowego. I to był ich pierwszy wzmacniacz.
Robili furorę – grali na tak zwanych „fajfach”, czyli piątkowych zabawach w szkole, a także z okazji różnych akademii w Kinie i w Liceum.
Była jeszcze druga grupa młodzieżowa w Strzelnie. Liderem był grający na gitarze Mieciu Gorlach. Druga osoba to Władek Janiszewski, znana postać na niwie muzycznej, później działał w Domu Kultury za czasów dyrektorowania przez panią Kozłowską, a w zespole grał na gitarze i śpiewał – dobry głos miał, taki bardzo miły dla ucha. Niewiele pamiętam, ale „złapałem” języka i z rozmowy z Władkiem dowiedziałem się, że zespół składał się jeszcze z akordeonistów: Zdzisława Sobczaka i Józefa Kieczmarskiego, który w tym czasie budował elewator PZZ w Strzelnie. Kieczmarski był napływowym, na czas budowy, wielkiej klasy muzykiem. Miejscowi nie dorównywali mu. Na perkusji grał Jarosław Kaliński, pseudonim „Jaroch”, a wokalistką była Czesława Pieszak. Zespół, po spotkaniu Władka, Janki Puchałównej – również wokalistki, i kierownik Kozłowskiej z posłem Dąb-Kociołem dostał 100 tysięcy złotych na sprzęt, ale po drodze województwo „chapło” 50 tysięcy, a powiat 25 tysięcy. Do Strzelna dotarło 25 tysięcy złotych. Za te pieniądze kupiono perkusję i inne instrumenty muzyczne oraz wzmacniacz – Lunę.
Ich koncerty to były pierwsze koncerty plenerowe. Odbywały się na Rynku – przyciągano przyczepę z POM-u, na której zespół się sadowił (śmiech). Starsi mieszkańcy mówili: O, „bitelsy” przyjechały (śmiech). Ta spaczona nazwa – „bitelsy”, w Strzelnie królowała już cały czas – jak ktoś miał za wysokie buty czy za długie włosy, to był tyn od „bitelsów”.
Pierwszą osobą, która zaczęła nosić w Strzelnie długie włosy i buty „bitelsówki”  był Mieciu Gorlach. On był takim pierwszym, wychodzącym poza ramy normalności strzeleńskiej – inny styl ubierania się, zachowania się. Ja wtedy chodziłem do szkoły podstawowej i nawet jeden z moich kolegów, a familiant Miecia, z racji zasobności rodziców, też sobie kupił w prywatnym sklepie w Poznaniu „bitelsówki”, z taką klamrą z boku. To, co na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych królowało w Warszawie – słynna słoninka i skarpetki w paski, to u nas było podobnie, ale nieco później, bo w latach sześćdziesiątych.

Oni grali muzykę big bitową?
Typowy big bit – utwory zespołów No To Co, Czerwone Gitary, Czerwono-Czarni… . Sięgali też po utwory zagraniczne takich grup jak The Rolling Stones i The Beatles, ale grali tylko łatwiejsze fragmenty, i tylko w wersjach instrumentalnych – linia melodyczna troszeczkę była odmienna od tej zapamiętanej z radia, z płyt pocztówkowych czy z rzadka rzucanych na rynek płyt gramofonowych.
Zespół Miecia Gorlacha ściągał sporo ludzi młodych na Rynek. Po ich występie zawsze grał, już w ramach zabawy tanecznej, zespół pana Ornatka – seniora, ojca Zygmunta i Bogdana, a także zespół tak zwanych „Kotów”, czyli Koteckich. Bardziej wyrafinowanym zespołem zespół pana Ornatka. To był zawodowy muzyk, nauczyciel muzyki związany zarówno z zespołami harcerskimi, jak i szkolnymi, osoba chyba najbardziej znająca się swoim fachu spośród wszystkich ówczesnych muzyków w Strzelnie. Bo trzeba powiedzieć, że w latach sześćdziesiątych nie było domu w Strzelnie, w którym nie byłoby chociażby jednego pianina czy fortepianu. W domu ciotki Piotrusia Barczaka, pani Barczakównej – kamienica w Rynku 17, tam gdzie dzisiaj jest sklep sportowy – była nawet harfa, na której ona grała. Znaczy się, Piotruś ma porządne korzenie muzyczne. U Czesława Nadolskiego, brata dentysty, w ul. Świętego Ducha, ciągle było słychać muzykę fortepianową. On sam był członkiem przedwojennego Kółka Muzycznego. Podobnie w ul. Inowrocławskiej u panny Luty Boeschównej, która pięknie grała na fortepianie, jak również w kościele na organach, no i śpiewała, zastępując organistę. Jej zdolności w tym względzie „przeszły” na córki Leszka, szczególnie Ewelinę. W ul. Ścianki ciągle było słychać trąbkę – to Bronisław Wiśniewski uskuteczniał próby, będąc członkiem Orkiestry Dętej w Zakładach Sodowych w Mątwach. Grał również z Ornatkiem.
Tutaj muzyką wielu ludzi żyło. I to nie tylko byli, tak jak pan Ornatek, ludzie profesji muzycznej, ale także amatorzy, którzy na co dzień pracowali jako listonosze czy urzędnicy. Na przykład ojciec Heliodora Rucińskiego był dyrygentem Chóru Harmonia – grał na skrzypcach, ale sam nie śpiewał, bo nie miał głosu, jak sam twierdził (śmiech), a listonosz Adam Chojnacki grał na skrzypcach i perkusji – to jego muzykowanie przeszło na syna Jana i wnuka Emila.

Skupiliśmy się na latach sześćdziesiątych. A jak wyglądała strzeleńska scena muzyczna 10 czy 20 lat później?
To temat na kolejne spotkanie – zabawy w OSP, potańcówki przy remizie i na Rynku, akademie, świetlice PSS i GS, Orkiestra Dęta OSP, zabawy karnawałowe. To koncerty w Mogilnie, a nie w Strzelnie – pamiętam zespół Breakout i ich koncert w hali sportowej w Mogilnie. Niestety, u nas w tych latach była tak zwana „zewnętrzna posucha”. Za to zespoły szkolne i firmy prezentowały się na przykład w Bydgoszczy.
W tym okresie nieco inaczej postrzegano życie kulturalne, ale to ciekawe lata, wymagające dogłębnej analizy. O kulturze strzeleńskiej w latach osiemdziesiątych warto porozmawiać z Markiem Kruszewskim i Krzychem Koteckim.

(styczeń 2014)