W kronice Domu Kultury zachowało się zdjęcie, na którym jesteś ty za perkusją i Daniel Iwiński z gitarą, przy mikrofonie. Podpis: The Cage. Masz inne zdjęcia z czasów Złotej ery rocka w Strzelnie?
Miałem parę zdjęć kiedyś, ale gdzieś mi zaginęły. W Domu Kultury coś jeszcze powinni mieć.

The Cage czy innych grup z tobą w składzie więcej już nie ma. Termin naszej rozmowy był kilkakrotnie przesuwany, ponieważ kolidowało to z twoim muzykowaniem w Strzelnie. Z kim teraz grasz? 
Teraz projekt Lux Vera. Na bębnach ja, na gitarze Maciej Nowak, na drugiej gitarze „Witek”, czyli Michał Witkowski, Piotrek Barczak na puzonie, Andrzej Kortas na klarnecie, Leszek Iwiński na basie i świetna wokalista, Iwonka Jasińska. W przyszłości skład może się powiększy o sekcję dętą i klawisze, ale zobaczymy jak to pójdzie.

Plany na najbliższe miesiące?
Kilka koncertów świątecznych, nagranie płyty demo i z końcem lutego 2014 roku zawieszam współpracę z zespołem z powodu wyjazdu za granicę (rozmawialiśmy 23 listopada 2013 roku – przyp. erbe).

Będziecie nagrywać płytę!? Podjęliście już jakieś działania w tym kierunku?
Działania są już podjęte, ale musiałbyś się skontaktować z Leszkiem Iwińskim, bo on tym wszystkim kieruje.

Dla ciebie, chyba jako jedynej osoby związanej z muzyką rockową w Strzelnie, granie to podstawowe źródło utrzymania.
Od trzech lat gram kontrakty zagraniczne – wyjeżdżam na 7 miesięcy… Powiem ci, że chyba już jadę ostatni sezon i nie wiem, czy z muzyką będę miał coś wspólnego. Może tak dla „fanu”…

Stąd ten wspomniany przez ciebie wyjazd w lutym. Dlaczego nie wiesz, czy będziesz miał coś wspólnego z muzyką?
Po prostu jakoś się wypaliłem muzycznie. Czuję, że już więcej nie przeskoczę. Chciałbym się więcej czegoś nauczyć, ale wiem, że już jest na to za późno. Nie ma czasu, teraz jest temat: „rodzina”, „dom”… 

Jestem przekonany, że z perkusji nie zrezygnujesz. Od którego roku życia grasz na tym instrumencie?
Na bębnach chyba od dwunastego roku życia. A zaczynałem na gitarze w wieku dziesięciu lat.

Ja cię kojarzę jako perkusistę. Jak doszło do tego, że postanowiłeś grać, najpierw na gitarze, a potem na perkusji?
Od zawsze byłem muzykalny. Przed graniem tańczyłem, słuchałem dużo muzyki z kaset, z telewizji czy z radia. Może wyda się to śmieszne, ale w dzieciństwie naśladowałem Michaela Jacksona na mini listach przebojów dla dzieci i młodzieży szkolnej – byłem nawet na konkursie wojewódzkim w Bydgoszczy jako ośmiolatek. Potem u kolegi zobaczyłem gitarę. Pomyślałem sobie: Może zacznę się uczyć grać?. Coś mnie ciągnęło w tę stronę. I wtedy przyszedł pomysł, że kupię gitarę od sąsiada, bo chciał sprzedać. Kupiłem, zacząłem sobie brzdąkać – pierwsze akordy i tak dalej. Moja Ciocia Marylka kochana nawet kupiła mi książkę – Nauka gry na gitarze. Tak się uczyłem. Byłem samoukiem i chyba do dziś jestem jeśli chodzi o gitarę.

Twój pierwszy zespół to…
Wybryki Natury. Ja i Łukasz Pankowski – we dwójkę zaczynaliśmy (śmiech). Jako małe ksyki, 10-12 lat, zaczęliśmy brzdąkać sobie w garażu. Pan Marian Przybylski (kierownik Domu Kultury w latach 1994-2004 – przyp. erbe) nas wyhaczył i powiedział, że zagramy na koncercie w Strzelnie. Jaka radość była: Łooo! Zagramy pierwszy koncert!.
Później doszedł do nas Kuba Ćwikliński – grał na basie, a później jeszcze były epizody z Karolem Nowakiem – też grał na basie. I tak się składy zmieniały. To było takie granie dla „fanu”, takie „pierwsze koty za płoty”…

Po przeczytaniu rozmowy z Danielem Iwińskim powiedziałeś, że kolega pomylił pewne fakty. Możesz powiedzieć, co według ciebie się nie zgadza?
Pomylił, bo w The Cage nie grał na pewno Askaniusz Sobczak. Nie pamiętam, czy on wymienił „Ksywę”, czyli Krzycha Sendłaka?

Kino Kujawianka w Strzelnie, Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (5 stycznia 1997 roku).
Na scenie Daniel Iwiński (gitara) i Arek Kubiak (perkusja) z The Cage (fot. ze zbiorów
Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie)

Wymienił jako wokalistę.
Na wokalu był „Zibi”, nie pamiętam jak się nazywał – Zbyszek miał na imię, długie włosy, do Liceum chodził, na Osiedlu Piastowskim mieszkał. W The Cage grał tylko „Zibi”, Tomek Cieszyński, ja i „Siwy”, czyli Daniel Iwiński na gitarze. Graliśmy covery Acid Drinkers, Illusion – takie rzeczy.

A w Skulsku zagraliście?
Nie, z The Cage nie graliśmy w Skulsku.

Daniel wspomniał o wyjeździe na „Jarocin”. Ty też tam byłeś?
Nie.

Wybryki Natury, Płody Cywilizacji, The Cage – w którym składzie gitara, a w którym perkusja?
W Płodach Cywilizacji i Wybrykach Natury grałem na gitarze, a w The Cage na bębnach. Chociaż w Wybrykach Natury myśmy się z Łukaszem Pankowskim wymieniali – trochę numerów on grał na gitarze i śpiewał, a ja grałem na perkusji, a później ja grałem trochę na gitarze i śpiewałem, a on grał na bębnach. Łukasz miał talent do bębnów. Wtedy właśnie się przekonałem, że skoro koleś fajnie gra na bębnach, to po co będę komuś miejsce zajmował – no i on siadł za bębny, a ja grałem na gitarce. Mnie bardziej ciągnęło do gitary. Teraz też bardziej mnie ciągnie do gitary niż do bębnów – mam gitarę w domu – przywiozłem z Japonii Fernandesa – i sobie ćwiczę. Jakiś taki sentyment…

Eddie Van Halen w pewnym momencie kariery powiedział, że woli grać na pianinie niż na gitarze, bo w czasie gry na pierwszym z wymienionych instrumentów częściej się myli, a to sprawia większą frajdę. Czy tak nie jest też z tobą?
Możliwe (śmiech).

Pamiętasz koncert w Kinie, w czasie którego grupa uczniów z ówczesnej Szkoły Podstawowej nr 2, pod kierownictwem polonistki, Ewy Dopierały, przygotowała występ pod nazwą The Cage?
Nie pamiętam takiego występu.

A inne koncerty w Kinie – jako widz i jako artysta – zapamiętałeś?
Kiedyś to się działo… Młyn… Otwierają, kasa, bilety… Wchodziłeś na salę i od razu dreszcze – ciemność, kurtyna zasłonięta i nagle słychać pierwsze dźwięki… Pamiętam mój pierwszy koncert – poszedłem chyba na Blues Walkers, na scenie Piotrek Lewandowski, Piotr Barczak chyba…

To mogło być Do Widzenia albo Blues Band. Czy z koncertów starszych kolegów – muzyków nie brała się wasza potrzeba grania? Łączysz te 2 fakty – wspomniane koncerty i powstanie takich grup, jak Wybryki Natury czy The Cage?
Myślę, że jakiejś inspiracji nie było tymi koncertami. My już wtedy graliśmy sobie po garażach. Po prostu chcieliśmy się bawić muzyką, nas ciągnęło w stronę muzyki. Tak jak powiedziałem, pan Marian nas wyhaczył – to jest tylko zbieg okoliczności, że wystąpiliśmy.
W ogóle to była taka śmieszna sytuacja, bo, o ile pamiętam, to był jakiś konkurs recytatorski czy coś takiego. Myśmy tam zagrali z Łukaszem Pankowskim numery punkowe! Graliśmy covery GaGi i innych punkowych zespołów, gdzie było: Olewaj system! (śmiech).

Wydawałoby się, że jedno do drugiego w ogóle nie pasuje (śmiech).
W ogóle, a wiara zaczęła klaskać. Wtedy człowiek nie zwracał uwagi na takie rzeczy – okoliczności koncertu, czy to brzmi, czy nie brzmi… Jak teraz gram to zwracam uwagę na szczegóły muzyczne, na teksty – jak nie masz 100 W za plecami i dobrego nagłośnienia czy odsłuchu, to wielka krzywda jest (śmiech). A wtedy siadałeś za bębnami, „młóca” czy 2 akordy w kółko i była radocha. Myślę, że to przyszło z biegiem lat – ogranie się z lepszymi od siebie ludźmi, w lepszych miejscach, na lepszych scenach…

Coś robisz, chcesz być w tym dobry, więc się rozwijasz.
Dokładnie. Chociaż ja mam cały czas sentyment do gatunku punk rock.  

Zapamiętałeś coś jeszcze z tego waszego strzeleńskiego grania?
Pamiętam koncert z The Cage. Było naprawdę dużo ludzi, bo grał jeszcze zespół z Gębic. Myśmy grali przed nimi support. Zagraliśmy 2 numery i nagle jakoś tak zrobiłem przejście, że uderzyłem nadgarstkiem w kant bębna. Jeszcze wtedy nie miałem takiej techniki – jak rozłożyć bębny i tak dalej. Przygotowaliśmy fajny materiał, a ja nie mogłem dalej grać. Ze złości aż się poryczałem, ale wszedł wtedy Łukasz Pankowski, zagrał za mnie chyba 2 numery i koncert się skończył.

Daniel Iwiński opowiedział historię, jak to w Kinie mieliście próbę, w czasie której doszło do spotkania z istotą nie z tego świata.
Nie, mi się nic nie pokazywało. Nie wierzę w to. Niby jestem chrześcijaninem i powinienem wierzyć w życie pozagrobowe, ale mi się nic nie ujawniało, nie słyszałem żadnych stuków-puków. Tak, raz mieliśmy taką sytuację, że gramy, gramy i nagle się kurtyna sama zasłoniła, ale myślę, że to poszło jakieś zwarcie w przewodach. A może przycisk był niedociśnięty, bo to wtedy tak wszystko działało.

Repertuar grup, o których wspomniałeś, to tylko covery?
Początkowo to były covery, później staraliśmy się własne utwory grać. W Płodach Cywilizacji na przykład był Krzysiu Sendłak – chyba jego dziewczyna wtedy pisała teksty. Muzykę tworzyliśmy wspólnie, ale tekstowo nikt się nie udzielał, ja tym bardziej nie byłem tekściarzem. W Wybrykach Natury w większości graliśmy covery, bo to był zespół, w którym się uczyliśmy grać.
Jeszcze później był taki skład, z którym zagraliśmy covery Nirvany. Ja śpiewałem i grałem na gitarze, Askaniusz Sobczak na basie i Łukasz Pankowski na bębnach. To jest nagrane na video – Krzysiu Sendłak miał kasetę z tego koncertu. Muzycznie wszystko pasowało, bo myśmy robili nuta w nutę te utwory – tam nie było filozofii, to muzyka łatwa do zagrania. Tylko z tekstami… Ja śpiewałem jeszcze takim „łamanym” angielskim, bo myśmy teksty spisywali ze słuchu, z kasety (śmiech). To była tragedia! Tego działu się wstydzę do dzisiaj (śmiech).

Chciałbym zobaczyć to video (śmiech). Po Wybrykach Natury, Płodach Cywilizacji czy The Cage nie zachowały się chyba żadne nagrania audio?       
Z chłopakami ze Strzelna raczej nic nie było nigdy nagrywane.

W latach dziewięćdziesiątych scena rockowa rozwijała się pod egidą Domu Kultury. Nie było problemu, żeby na przykład zrobić próbę?
Nie było problemu, bo kiedy się poprosiło Jacka Jackowskiego czy Piotrka Lewandowskiego, to przychodzili, otwierali nam Kino. Pytali: Ile będziecie grać, chłopaki?. My: Pogramy z dwie, trzy godziny. Albo siedzieli z nami, słuchali jak gramy, albo po prostu przychodzili, wpuszczali nas, a później wracali i zamykali Kino.
A teraz Dom Kultury nie działa po piętnastej czy szesnastej i to mi się nie podoba. My z zespołem Lux Vera nie mamy problemu, żeby wejść i robić próby, ale jest krzywda robiona innym. Ludzie nie ciągną do Domu Kultury, bo tego Domu nie ma – jest zamknięty.
Dom Kultury trochę kuleje, ale to nie jest pewnie wina dowodzących tym Domem, tylko wina miasta – Rady Miejskiej i tak dalej. Tu nie chodzi tylko o muzykę, chodzi o różne inne rzeczy, na przykład plastykę czy e-sport. Wiem, że gmina jest biedna, ale można kupić kilka komputerów, stworzyć jakąś pro-ligę – e-sport jest teraz bardzo popularny. Skoro ludzie i tak siedzą przed komputerami, to zrobiłbym to – wyciągnął ich z domu i zgrupował w Domu Kultury.

Jacek Jackowski, w kontekście zespołów Do Widzenia i Blues Walkers, powiedział między innymi: To zawsze była ta idea grania i do dzisiaj jest, no i jesteśmy my – Piotr, ja, Leszek i Kubiak. Czujesz się częścią strzeleńskiego środowiska muzycznego?
Trochę się czuję, ponieważ to środowisko nie jest duże, nie ma tu ludzi takich typowo grających czy śpiewających, którzy są napaleni na granie. Takich ludzi w Strzelnie zaczęło brakować w dzisiejszych czasach – żeby coś zrobić, to trzeba być napalonym i siedzieć w tym. Być może się mylę i ci ludzie są, ale siedzą we własnych domach i nikt o nich nie wie, bo nic się w tym kierunku w naszym mieście nie robi, żeby ci ludzie mogli się zorganizować i pokazać w jakiś sposób.

Piotr Barczak – pozostali członkowie Lux Very pewnie też – ceni cię jako muzyka, ponieważ pytany o zespół – w czasie twojej nieobecności w Strzelnie – zawsze podkreślał, że jak wrócisz z kontraktu zagranicznego, to Lux Vera się zaktywizuje. Jak ci się z Piotrem współpracuje?
Z Piotrem mi się dobrze współpracuje. On ma różne pomysły na temat utworów. Jeśli chodzi na przykład o projekt Lux Vera, to staramy się to wspólnie ubrać w całość, że każdy coś wnosi do utworu. Jeżeli coś nie pasuje, to staramy się wymieniać poglądy na temat każdego numeru, ale przeważnie to on jest kompozytorem linii melodycznych i on zbiera teksty z różnych źródeł.
Cenię go za podejście do muzyki, za podejście do ludzi i tego, co cały czas stara się robić. Wychowywałem się muzycznie w Orkiestrze Dętej prowadzonej pod jego batutą, grając na perkusji przez wiele lat oraz uczestniczyłem z nim w przeróżnych projektach muzycznych – było ich sporo, między innymi Do Widzenia.

Strzeleńska Orkiestra Dęta, prowadzona najpierw przez pana Romana Hyżego, a obecnie przez Piotra i Jacka Jackowskiego, to taka kuźnia muzycznych talentów. W 1998 roku wraz z zespołem Do Widzenia nagrałeś kasetę na konkurs Nowa Tradycja. Pamiętasz to?
Krzysiu Borowiec, Waldek Krystkowiak…

Ty byłeś najmłodszy w tej ekipie.
Ja wtedy zaczynałem szkołę muzyczną, w pierwszej czy w drugiej klasie to było… Już nie pamiętam. W każdym bądź razie zacząłem się kształcić na bębnach. Nagrywał nas Irek Jackowski – na sprzęt, który wtedy był w Domu Kultury, to naprawdę ciekawie to wyszło. Leszek chyba ma te nagrania. Myśleliśmy, że się uda w tym radiu (organizatorem Konkursu Muzyki Folkowej „Nowa Tradycja” jest Polskie Radio – przyp. erbe), ale nie o taki rodzaj muzyki im chodziło.
Organizatorzy chcieli utrzymać kontakt z nami, ale to wszystko było tak na „hurra” i ludzie też wszyscy tak na „hurra” zwołani. Przeważnie tu się tak dzieje, że jest jakiś projekt na jakiś okres – są święta teraz, więc robimy projekt „na święta”, są, powiedzmy, wakacje – robimy projekt „na wakacje”… Kiedyś się grało po klubach – Kolorowa

Według ciebie jak to powinno być zorganizowane, żeby nie skończyło się tylko „na świętach” czy „na wakacjach”? Wspomniałeś, że Lux Vera przygotowuje płytę – czy to może spowodować, że w styczniu 2014 roku grupa nie zniknie na kolejny rok?
Po pierwsze: mamy na razie materiał tylko świąteczny, którego nie można grać cały rok. Następnie sprawę komplikuje życie osobiste każdego z członków zespołu i inne zobowiązania oraz praca zawodowa. A wszystko zależy od ludzi. Ja się trochę sparzyłem na graniu w różnych zespołach. Zawsze się udzielałem, chciałem jak najlepiej, ciągnąłem te zespoły, zwoływałem ludzi… Tak jak Leszek Iwiński teraz to robi w Lux Vera – stara się obdzwaniać, umawiać ludzi, żeby każdy miał czas się spotkać. Teraz są takie czasy, że ciężko jest dużą ekipę zebrać na odpowiednią godzinę. Ale jeżeli nagramy płytę, zagramy kilka koncertów w naszym regionie i to się ludziom spodoba, dostaniemy jakieś propozycje, to myślę, że zespół ma duże szanse powodzenia w obecnym składzie przetrwać i grać dalej.

Padła nazwa Kolorowa. Znane miejsce kulturalno-towarzyskie w Strzelnie. Kto tam grywał, jak wyglądały te koncerty?
Kolorowa to był pub przerobiony z dawnej restauracji. Właścicielem był Grzegorz Wiśniewski. To on zainicjował tam pierwsze koncerty – przyszedł kiedyś do nas na próbę do Kina, posłuchał jak gramy i zaproponował koncert.
W Kolorowej zagraliśmy pierwszy koncert w czerwcu 1998 roku – nie było miejsc, ludzie tańczyli na krzesłach i stołach! Niestety, nasz materiał opierał się głównie na punk rockowej muzyce.
Wtedy to już był skład pomieszany. Zespół to głównie Płody Cywilizacji, ale ja już grałem na perkusji – zastąpiłem „Wicia”, czyli Przemka Witczaka – a na gitarach grali Daniel Iwiński i Askaniusz Sobczak, na basie Tomek Cieszyński, Krzychu Sendłak śpiewał, a na organach grał Emil Chojnacki. Zagraliśmy w tym składzie 3, 4 koncerty. Potem już chyba podzieliły nas zainteresowania muzyczne i samo podejście do muzyki. Zebrałem nowych ludzi, między innymi gitarzystów – Grzegorza Swendrowskiego oraz świetnego odtwórcę zagrywek Jana Borysewicza, Piotra Pieszaka. Doszedł jeszcze Daniel Konowalik na bas, a na wokalu Łukasz Sobiesierski. W późniejszym okresie ściągnąłem do zespołu klawiszowca za Emila – był nim Waldemar „Mundi” Jackowski. Ten skład zaczął robić furorę – na koncerty zjeżdżała się młodzież nawet z Bydgoszczy, Torunia, Inowrocławia i Mogilna! Graliśmy znane numery zespołów Lady Pank, Perfektu, Dżemu, a nawet grupy Metallica. Koncerty przeważnie były w piątki, zazwyczaj od godziny 21:00 do drugiej nad ranem. Stoliki były rezerwowane tydzień przed imprezą. To były moje najlepsze czasy, bardzo miło je wspominam.
Zapoczątkowaliśmy tam niezły ruch muzyczny. Potem już byliśmy tym znudzeni – zespół się rozleciał, ja miałem inny band w Inowrocławiu i szkołę, więc coraz mniej czasu na próby i balety.
Po nas Grzegorz zaczął robić masowe imprezy, na których grał nawet słynny Norbi.

Arek Kubiak, perkusista grupy Lux Vera – koncert w Domu Kultury, czyli w dawnym Kinie Kujawianka,
29 grudnia 2013 roku (fot. erbe)

W późniejszym okresie graliśmy jeszcze w dawnej Anisandrze – lokal w budynku po hotelu (budynek przy skrzyżowaniu ulic Kolejowa, Powstania Wielkopolskiego i Św. Ducha – przyp. erbe), w przeróżnych składach. Ale to już nie było to, co w Kolorowej – inni ludzie, inna publiczność…

Opowiedz o grupach spoza naszego miasta, z którymi byłeś związany.
Był zespół Staff z Inowrocławia. Jako „skład” – takie tłumaczenie. Oprócz mnie grał tam Maciej Zamczała -gitara, Damian Sikorski – bas oraz Bartek Leszczyński – śpiew. Oni zagrali koncert w Kolorowej, ale jeszcze beze mnie. Ja z nimi nagrałem demówkę w Bydgoszczy, w klubie studenckim – już nie pamiętam jak ten klub się nazywał. Pojechaliśmy też na Noc Symfoniczną do Wągrowca. Tam mieliśmy zagrać za zespół Quidam – Zbyszek nas polecił. Żeśmy tam pojechali, ale nie zagraliśmy, bo nie chcieli nam zwrócić kosztów transportu. Mieliśmy pojechać, zagrać i wrócić, a na miejscu wyszło, że zagramy chyba dopiero o godzinie jedenastej czy o dwunastej w nocy. Transport dużo nas kosztował, bo kierowca sobie liczył godzinówkę – jak nas podliczył to musieliśmy, niestety, zrezygnować z grania, bo nie stać by nas było na to.
Później miałem przygodę z Cameleonem. To był zespół z Kruszwicy początkowo. Piotrek Olejniczak – fajny wokal, Tomek Piwecki – świetny gitarzysta, jego utwory można znaleźć w książce Wojny gitarowe.
Cameleon miał własną stronę internetową. Amatorski teledysk nawet był nakręcony, bo mieliśmy znajomego kamerzystę, który miał fajny sprzęt. Do dzisiaj mam też kilka nagrań audio. Jeździliśmy po festiwalach, startowaliśmy do Debiutów do Opola – myśmy startowali w roku, w którym Kumka Olik z Mogilna startował (2007 rok – przyp. erbe).

Przypominam sobie! Krótko po tym rozmawialiśmy – z lekkim żalem w głosie stwierdziłeś wtedy, że coś było nie…
„Nie halo”…

To się działo w Toruniu?
Nie, myśmy byli w Bydgoszczy. Tam była taka sytuacja, że wszyscy ludzie w realizatorni i ci, którzy stali obok czy za kamerami, mówili: Fajnie gracie, fajny sound!. Wszyscy, oprócz komisji, byli za nami! Gościu z realizatorni aż przyszedł nam pogratulować: Panowie, zespołu, który by tak zabrzmiał, to tutaj jeszcze nie było!. A reporterka, która robiła wywiady z zespołami twierdziła, że my już mamy miejsce w kolejnym etapie do Opola. Ale stało się inaczej… Kumka Olik pojechał dalej. I chyba Manchester z Torunia.

W Toruniu chyba też zagraliście na jakimś przeglądzie czy konkursie…
KATAR (Konfrontacje Amatorskiej Twórczości Artystycznej Regionu, Toruń – przyp. erbe) w 2007 roku. Wtedy wygrał zespół Isme z Włocławka i Kumka Olik.

Cameleon miał swój utwór na Liście przebojów Radia PiK…
Tak, Pragnienie duszy.

Na zakończenie wróćmy do Lux Very. Poza tą grupą i pracą zawodową jesteś zaangażowany w jakieś muzyczne przedsięwzięcie?
W Polsce od dwóch, trzech lat tylko na zaproszenia – jest okazja, ktoś zaproponuje, to zagram. Tak jak w Lux Vera, do którego Piotrek Barczak mnie zaprosił. Ale żeby budować stały projekt, taki na lata, to nie.
Za granicą obecnie gram na kontrakcie w ośmioosobowym bandzie w Cyrku Merano w Norwegii. Ja się tyle nagram przez 7 miesięcy na bębnach, że jak przyjeżdżam do Polski, to najchętniej rzuciłbym instrument i odpoczął…

Masz gitarę, odpoczywasz przy niej.
Tak, ćwiczę sobie czasami i się relaksuję (śmiech).

A jak nie grasz to czego słuchasz?
Wcześniej słuchałem wszystkiego, bo żeby być muzykiem uniwersalnym musisz zgłębić wszystkie gatunki muzyczne, od klasyki po rocka, jazz, disco i tym podobne. Mogę powiedzieć, na których artystach i zespołach się wychowałem. Jest ich tak dużo, że ciężko tu wszystkich wymienić. Na pewno zespoły takie jak Marillion czy Pink Floyd – tego dużo słuchałem. Z polskich zespołów najczęściej Lady Pank, Dżem i Illusion, a z instrumentalistów to Satriani, Vai, Phil Collins, Kenny G i od gruna pałkerów. Nie mogę zapomnieć też o punkowej strefie mojego życia i zespole, który najbardziej utkwił mi w pamięci – Zielonych Żabkach.
Teraz na pewno nie jestem na bieżąco z tym, co się dzieje na rynku muzycznym. Jak coś mi się bardzo spodoba – jakaś płyta czy nagranie usłyszę w radiu, to ściągnę jakiś utworek z Internetu, albo po prostu kupię sobie płytę. Wolę oglądać koncerty na DVD, bo nagrania audio są zakłamane muzycznie – oglądając widzę i słyszę to, co w rzeczywistości można zagrać i odtworzyć. Ale tak naprawdę to muzyki słucham coraz rzadziej, coraz bardziej się oddalam od muzyki. Wypaliłem się muzycznie totalnie…

Czyli jest dużo prawdy w powiedzeniu, że coś sprawia przyjemność do momentu, kiedy nie staje się robotą, nie staje się obowiązkiem…
Dokładnie.

(listopad 2013)