Oto siła Internetu – Ryszarda Nowaka nie ma w Polsce, a udało mi się z nim porozmawiać:-) Trwało to kilka miesięcy, ponieważ nie jestem na etapie takich rzeczy, jak Skype – korzystaliśmy z drogi e-mailowej. To część pierwsza – jak Ryszard będzie w Strzelnie, to chciałbym go namówić na ciąg dalszy, czyli rozmowę o zespole Cudowny Czwartek z Poznania i innych przejawach jego muzycznej aktywności, o których jeszcze nie porozmawialiśmy.

To już dziesiąta rozmowa w ramach projektu Złota era rocka w Strzelnie, który w założeniu miał być próbą „ugryzienia” tematu ostatnia dekada minionego stulecia to „złota era rocka w Strzelnie” . Kolejna już za kilka dni, a 3 inne – w planach. 

***

W życiu, jako widz, byłeś pewnie na wielu fajnych koncertach. Jest taki, który zrobił na tobie szczególne wrażenie?
Witaj, na wstępie jeszcze raz gratuluję świetnego pomysłu i podjęcia się pracy ocalenia tych wszystkich, wydawałoby się nieważnych wspomnień :).
Wracając do twego pytania. Hmm… myślę, że są 2 główne. Pierwszy zdarzył się, gdy chodziłem jeszcze do podstawówki (Szkoła Podstawowa nr 2 w Strzelnie, dzisiaj im. A. A. Michelsona – przyp. erbe). Pewnego dnia zorganizowano tam nietypowy apel w świetlicy. Stanąłem gdzieś z tyłu, oczekując następnej przeraźliwie nudnej audycji o węglu, wojnie czy panu patronie, gdy wtem usłyszałem to – dźwięk gitary elektrycznej. Nie zapomnę tego chyba nigdy :). To był koncert starszych chłopaków ze szkoły. Jestem prawie pewien, iż było ich trzech - Leszek Iwiński, Gerard Paczkowski i ktoś jeszcze. Dwie gitary i bębny! Zagrali, o ile pamiętam, coś z polskiego big beatu czy też może Dom wschodzącego słońca. Nie mogłem dojść do siebie długo potem :). Ten niepokój, uniesienie, rytm, energia – to wszystko kotłowało się w mej głowie i wiedziałem, że coś ważnego właśnie wydarzyło się w mym życiu :).
Niedługo potem pojechaliśmy na wakacje w Beskidy, do Jordanowa, gdzie u mojej kuzynki Ewy w pokoju znalazłem gitarę! Wróciliśmy po dwóch tygodniach, ja ze znajomością czterech chwytów i z opuchniętymi jak balony opuszkami palców…
Wiele lat później odbywałem praktyki etnomuzykologiczne na Polesiu. Polegało to na chodzeniu po domach w zapomnianych wsiach i szukaniu ludzi zajmujących się muzykowaniem. Tą drogą trafiliśmy na staruszków, którzy należeli niegdyś do miejscowego zespołu, ale z powodu stanu zdrowia i odległości miedzy domami, nie grającymi razem od lat. Spędziłem z nimi długą chwilę na rozmowie o dawnych czasach, o muzyce, która zawsze im gdzieś towarzyszyła i pomagała, i zobaczyłem żywe iskry w ich oczach i wzruszenie po potoku wspomnień. Postanowili zebrać się wieczorem, by zagrać ten jeszcze jeden raz! O umówionej wieczornej godzinie, na polnej drodze pod chatą wspomnianych staruszków, zebrała się cała wieś. Muzykantów było sześciu. I zagrali na swych podrapanych skrzypkach, rozstrojonych gęślach. Był bębniarz z bębnem zrobionym własnoręcznie z pnia wiśni i ze skóry psa, z blachą – talerzem perkusyjnym, wykutym z łuski po bombie znalezionej w lesie, była śpiewaczka z twarzą pooraną przez życie, przykuta do wózka… Grali tak do późnej nocy, przeplatając utwory opowieściami, których można by słuchać w nieskończoność. To był ten drugi.
Mam także miłe wspomnienia z paru innych. Ważny dla mnie był koncert mej długoletniej miłości – The Cure, wieki temu, zdaje się w Łodzi i potem jeszcze gdzieś indziej, czy New Model Army w Jarocinie, Dezertera, Brygady Kryzys, Izraela, TSA, Kata gdzieś tam.

Wierzysz w Boga?
Tak. On mieszka w lesie.

Pytam, ponieważ był czas, kiedy w niedziele, krótko przed godz. 8:30, spotykałem cię na skrzyżowaniu strzeleńskich ulic Raj i Kolejowa – ja szedłem na mszę do kościoła, ty chyba też…
Wtedy już nie.

Mam okazję, żeby to powiedzieć – byłeś dla mnie wzorem, ponieważ mój bunt dopiero się gdzieś tam tlił, a ty już maszerowałeś w glanach, powyciąganym swetrze… :). To mogło być gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Trudno było być punkowcem w tamtych czasach, w tak małym mieście jak Strzelno?
Bardzo trudno :). Pamiętam parę zabawnych sytuacji z miasta, jak okrzyki: Tej, zdejmij tę pacyfistykę! 

Ryszard Nowak – perkusista zespołu Cudowny Czwartek, rok 2010 (fot. Michał Narożny,
w zbiorach Ryszarda Nowaka)

Grałeś w Strzelnie, w różnych zespołach. Tworzyli je tylko ludzie z naszego miasta?
Pierwszy z nich to zespół, w którym grałem na gitarze i krzyczałem. Drugim gitarzystą, a czasem basistą, był Arek Tylman z Wylatowa, „Królik” na bębnach – Robert Wesołowski zdaje się, brat perkusisty z mogileńskiej Herbergii, i czasem na basie Andrzej Biaduń z Inowrocławia. W pierwszym składzie na bębnach siedział, mieszkający koło Kina metalowiec, Darek Piechocki. Graliśmy przede wszystkim kowery polskiego punka, które szlifuję zresztą do dziś na różnych imprezach :), na przykład Zielone Żabki, Inkwizycję, Siekierę, Celę Nr 3 i Brygadę Kryzys, czy odrobinę reggae w postaci Izraela. Zagraliśmy parę ładnych koncertów, wiele razy w Kinie, na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy w Liceum – zdaje się, iż razem z Blues Bandem strzeleńskim, był też jakiś koncert w Amfiteatrze, na który to zjechał cały autobus punkowców z Inowrocławia… Piękne czasy… Graliśmy też na jakimś festiwalu punkowym w Mogilnie, w jakiejś wielkiej hali niedaleko jeziora (prawdopodobnie sala „Sokoła” – przyp. erbe). Pamiętam, iż jako gwiazdy zagrały tam Herberga i kruszwickie Come and Go, z którym później, w przyszłości, miałem przyjemność grać. Zespół z założenia nie miał żadnej stałej nazwy  – wiem, nierozsądnie… :). Zmienialiśmy je co koncert. Jedyna, jaką pamiętam, to Head and Shoulders, pod którą to wystąpiliśmy w Mogilnie.
Ćwiczyliśmy przede wszystkim w Kinie, czasem u mnie lub u Arka w domu.
W następnym składzie już bębniłem. Basistami byli na przemian Krystian i Bartek Wikaryczak, gitarzystą Sławek Sobczak (nie Sławek Sobczak z Rozmowy drugiej – przyp. erbe), na wokalu przez chwilę Rafał Zienowicz, Maciej Jędrasiak z Inowrocławia, a potem Krystian. Zagraliśmy koncert, jak przypomniał mi niedawno Krystian, 2 lub 3 razy. Próbowaliśmy grać swoje utwory raczej ciężkie, jako że Sławek testował swój metal zone, aczkolwiek pamiętam granie Flapjacka czy Rage Against the Machine. Nazywaliśmy się chyba 4.50, a ogień w nas przygasł po pewnej czwartkowej, późnonocnej próbie, na której to Krystian, recytując Apokalipsę, doprowadził do spotkania z nieistniejącym oficjalnie światem, po którym to spotkaniu opuściliśmy Kino płacząc prawie, drżąc ze strachu i trzymając się za ręce jak dzieci… :).

Nigdy bym nie powiedział, że grasz na perkusji, ponieważ zapamiętałem cię jako osobę z gitarą, przy mikrofonie. Ale rzeczywiście, jakiś czas temu rozmawiałem z Piotrkiem Lewandowskim z Domu Kultury – podobno nieźle w domu hałasowałeś właśnie na perkusji?
Mniej więcej w tym samym czasie, co gitarą, zainteresowałem się bębnami. Przez lata waliłem w poduszki pałkami z rozwalonych krzeseł szkolnych. Podczas pewnej wycieczki do Bydgoszczy, odwiedziliśmy sklep muzyczny, gdzie nabyłem swe pierwsze prawdziwe pałki! Później, dzięki uprzejmości Piotra Barczaka miałem w domu bębny Polmuz. Cudowne bębny :). Jako, że każdy z bębnów był innego koloru, postanowiłem zdjąć okleinę, by uzyskać miły dla oka efekt drewnianej sklejki – ku mojemu zdziwieniu 2 kotły okazały się kartonowe! Piękne czasy… Potem była Państwowa Szkoła Muzyczna w Inie (czyli Inowrocławiu – przyp. erbe) i bębnienie w Poznaniu.
Jeśli chodzi o gitarę, moim marzeniem zawsze było stanąć na scenie z nią, z Eltronem podgłoszonym na max, z kapelą i wykrzyczeć moje pretensje do świata :). Udało mi się to po zakupie mej pierwszej elektrycznej – Tosca. Nazwanie jej gitarą było lekką przesadą, niewątpliwym jednak jej atutem był fakt, iż wzmocniła mi rękę :).
W tym samym czasie grałem jeszcze na basie w inowrocławskim garażu, z Michałem Ziółkowskim i Sebastianem Budzyńskim – hard core z głosem, traktowanym jako instrument. Nie pamiętam nazwy. Zagraliśmy parę koncertów, w tym raz w Kinie.

Jak zapamiętałeś koncerty i w ogóle te rockowe strzeleńskie lata dziewięćdziesiąte? 
Piękny to był czas… Czuć było jakąś pozytywną energię, chęć robienia czegoś, popychania do przodu, zmiany na lepsze. Mimo marazmu, zawiści i wielokrotnej beznadziei, która czaiła się wszędzie po kątach strzeleńskich, wydawało się, iż jeszcze będzie przepięknie, a ludzi dobrej woli jest więcej i dadzą radę! Tak to pamiętam.
Koncerty były niesamowite, ze wspaniałą atmosferą, wypełnioną po brzegi salą, fantastycznym pogo, wspólnym wykrzykiwaniem tekstów…
Było kilku bardzo pomocnych ludzi, dzięki którym rzeczy te mogły wydarzyć się w Strzelnie, miedzy innymi Piotr Lewandowski i Piotr Barczak.
Pamiętam te dyskusje po świt przy ognisku, gitarze i tanim winie, pamiętam zapalonego Krystiana Wikaryczaka, organizującego licealną i zarazem pierwszą WOŚP w mieście, pamiętam kilkugodzinny wykład Sławka Tarczewskiego o metalu, który uzmysłowił mi, że ciągle jestem na przedpolach muzycznej wiedzy i długo będę… Piękny to był czas.

Ryszard Nowak: „Było kilku bardzo pomocnych ludzi, dzięki którym rzeczy te mogły wydarzyć się w
Strzelnie, miedzy innymi Piotr Lewandowski i Piotr Barczak”. Na zdjęciu (od lewej): Piotr Barczak,
Leszek Iwiński i Piotr Lewandowski – część składu Do Widzenia, koncert w Kinie w 1993 lub
1994 roku (fot. ze zbiorów Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie)

Masz może w swoim prywatnym archiwum zdjęcia, plakaty czy też inne pamiątki po tej Złotej erze rocka w Strzelnie?
Myślę, iż mam gdzieś na strychu w Strzelnie zdjęcia z tego okresu. Poszukam (Ryszard już niebawem ma przyjechać do Strzelna – przyp. erbe). Wiem na pewno, że Krystian Wikaryczak był w posiadaniu kasety wideo z licealnego koncertu WOŚP. Odnośnie innych pamiątek to natknąłem się, będąc ostatnio w Strzelnie, na swe stare „rumuny” i jeansowe spodnie Just, których to jedną nogawkę pofarbowałem na czerwono w kotle…

Chyba pamiętam te portki :). Obecnie mieszkasz w Anglii. Czy tam też realizujesz swoje muzyczne pasje?
Od kiedy przyjechałem do Anglii, moje życie muzyczne znacznie zwolniło i zabrało mi trochę czasu zanim nauczyłem się nim kierować na nowym, zupełnie nieznanym gruncie. Czy jest ono tak kolorowe teraz, jak było w mych latach strzeleńskich? Nie :). Gram w paru lokalnych składach, na folkclubach, w pubach, różnych imprezach, ale największą nadzieję pokładam w nowym projekcie, który powstał z mymi starymi poznańskimi przyjaciółmi, mieszkającymi w Londynie – Marcinem Sordylem i Maciejem Markowskim. Pracujemy nad nowym materiałem, co zaowocuje, ufam, nagraniem w okolicach wczesnego lata. Poza tym mój piękny Mapex rozbrzmiewa codziennie w moim domu około godziny, czyniąc stosunki z sąsiadami oziębłe :). Mam także paru uczniów, w tym mą Córkę, która – ku mej radości – aż chłonie muzykę.

(wrzesień-grudzień 2013 r.)