Co to ta Złota era rocka w Strzelnie i dlaczego rozmowy z muzykami, i nie tylko z muzykami ze Strzelna? Niezorientowani odpowiedź na to pytanie znajdą we wstępie do rozmowy z Jackiem Łuczakiem.

***

Urodziliśmy się w dobrym, punkowym roku, w wieku nastu lat chodziliśmy do Kina posłuchać rocka, a ogromny wybór kaset mieliśmy w sklepie muzycznym, który mieścił się przy ul. Św. Ducha w Strzelnie. Kupowałeś tam muzykę?
Hurtowo wręcz kupowałem. Dyskografię Queen i Nirvany zdobyłem prawie całą, jak na tamte czasy oczywiście. Taśmy Taktu (śmiech). Kolekcjonowałem właściwie wszystko to, co w MTV leciało, sporo klasyki – na przykład The Rolling Stones, The Doors i tak dalej. Polskich kapel też trochę uzbierałem.

A koncerty pamiętasz?
Właściwie rzeczy, które najbardziej utkwiły w głowie, to na pewno wszelkiej maści nasze strzeleńskie kapele. Z nazwy, to trudno już sobie to teraz nawet przypomnieć. Piotr Barczak ze swoją ekipą – Do Widzenia, robił niezły zamęt. To, co oni grali, wtedy bardzo mi się kojarzyło z De Press, z działalnością Andrzeja Dziubka (lider De Press – przyp. erbe). Może niekoniecznie to było w ten sam takt, ale muzyka skoczna, przyjemna, dosyć ciekawe teksty. Na każdym koncercie robili niesamowitą zadymę. Masa instrumentów, a na scenie sporo się działo. Naprawdę było przyjemnie. Punkowych kapel była masa, właściwie pół Osiedla Piastowskiego i Tysiąclecia grało na gitarze, na perkusji…

Pół Strzelna grało (śmiech).
Też były przejawy innych ekstremów. Nie wiem czy kojarzysz Darka Piechockiego?

Wspominali o nim Jacek Łuczak i Sławek Tarczewski.
On chodził ze mną do klasy i miał swoją death metalową kapelę, Extermination. Ja nawet na ich próby chodziłem. To było po prostu coś innego. Na początku myślałem, że to, co oni grali, to każdy może zagrać – bełkot plus jakaś szarpanina na basie i do tego na perkusji jakieś nieskoordynowane ruchy (śmiech). Chłopaki w okolicy robili furorę, jeździli na różne koncerty. Później, po tym swoim demo – ja to demo mam jeszcze gdzieś zgrane na taśmę, z rok czy 2 lata pograli i chyba się to skończyło. Chociaż niekoniecznie, oni gdzieś tam się jeszcze angażowali, w różne klimaty, jak na przykład Sławek Tarczewski w Mojrę.

Pamiętasz skład Extermination? Darek Piechocki grał na basie czy na perkusji?
Chyba wokal też miał. A co do instrumentarium, to kojarzy mi się bas. W Darasie budziło się zwierzę, gościu robił niezły łomot (śmiech). Za perkusją Jacek Łuczak – długie włosy, blady (śmiech). Naprawdę fajne granie. Może nie każdy to rozumiał, ale to była zupełnie inna jakość grania w Strzelnie. Z tego całego punkowo-depechowato-jakiegoś środowiska wyszło coś takiego, co pobudzało człowieka. To był ’89-’90 rok.

 


W jednym z numerów „Kicha Zine Unitive” (1991 r.) ukazał się artykuł o
Extermination. Ilustracją do tekstu↑ było stylowe logo oraz zdjęcie członków zespołu
na tle kościoła św. Prokopa w Strzelnie↓. W celu zaprezentowania wspomnianej
ilustracji w odpowiedniej wielkości artykuł podzieliłem na dwie części (ze zbiorów
Sławomira Tarczewskiego).  

Boom rockowy zaczął się chyba od takich grup jak Blues Band i Do Widzenia…
Oni byli po części takim kołem zamachowym. Dzięki temu koncerty zaczęły się pojawiać w Strzelnie. Piotr Barczak, Jacek Jackowski czy Piotr Lewandowski – oni uczyli tych przyszłych muzyków. Do Piotra Lewandowskiego ilu ludzi na gitarę przecież przychodziło, żeby chociaż 2-3 chwyty poznać i już tam łupać coś. Wcześniej granie może nie było, że się wyrażę, intensywne – jakieś smuty się działy. Pierwsza rzecz, jaka mi przychodzi do głowy, to jest właśnie Extermination i Piotr Barczak ze swoją ekipą. Koncerty zapamiętałem jako sam fakt, że coś się dzieje. Tam była muzyka, której wtedy byś nie posłuchał na kasecie, po prostu słuchało się czegoś innego. Szedłeś na koncert po to, żeby z kimś gdzieś wypić piwo, pogadać i ewentualnie żeby jakieś pogo odwalić – kiedy oczywiście coś ostrzejszego się działo na scenie to od razu był młyn. Wtedy człowiek realizował swoje potrzeby społeczne, czyli szedłeś na koncert po to, żeby z ludźmi pobyć. A ludzi była masa. Sama muzyka była na drugim miejscu, na pierwszym była kwestia tak zwanego socjalizowania się, spotykania i być może też wspólnego przeżywania muzyki i tego, co się wokół ciebie działo.

Na koncercie w Kinie wypadało być.
Musiałeś być. Od razu szła informacja. Co ciekawe, miasto nie było jakoś tam wielce rozplakatowane – miałeś plakat przed wejściem do Kina, ewentualnie w Bibliotece Miejskiej. Jeden drugiemu mówił, że w czwartek jest koncert. I to był taki czas, że koncerty odbywały się w środku tygodnia i nikomu to jakoś nie przeszkadzało, każdy z chęcią na koncert szedł. Właściwie całą tę erę zakończył chyba koncert Gadowskiego.

O koncert Artura Gadowskiego też chciałbym cię spytać, ale najpierw wrócę do wspomnianej przez ciebie Mojry. Wiem dlaczego ich zapamiętałeś – oni grali w twoich klimatach, czyli The Cure, Joy Division…
Tak, taki miałem wtedy okres. W tym czasie odkryłem też zespół Tiamat. Mojra mi się cholernie skojarzyła właśnie z Tiamatem. Trochę tam było słychać, nie powiem, że Depeche Mode, ale taki oddźwięk tego klimatu, tej muzyki.

Pamiętam koncert Mojry, w czasie którego wręcz nadużywano maszyny do robienia dymu…
Pamiętam, człowiek śmierdział (śmiech). To ze sceny zawsze zlatywało w tłum ludzi.

Ciekawe czy w Kinie jeszcze mają to urządzenie?
Nie wiem, ale teraz sobie przypominam zapach tego wszystkiego (śmiech).

Od 1994 roku szefem Domu Kultury był twój ojciec, Marian Przybylski. Pamiętasz jakieś zdarzenia, związane z organizacją koncertów?
Pewne rzeczy z rozmów z Piotrem Lewandowskim czy Andrzejem Belińskim. Chłopaki kontaktowali się z innymi Domami Kultury, dowiadywali, co się dzieje w terenie. Dzwonili też po menedżerach, żeby sprawdzić czy jest czas, ile kasy to kosztuje. Wiem, że szukali czegoś, co jest na topie, może niekoniecznie z górnych półek ówczesnej sceny muzycznej, ale tego co było znane w regionie.

Roan i Air Force One – oto znane grupy, które w tamtym czasie przyjechały do Strzelna.
Ich koncerty miały chyba największą publikę. Teraz przypominam sobie koncert Air Force One – tłumy ciągnęły. Roan, na tamten czas, też robił fajną muzykę.

Pierwsza płyta Roanu do dzisiaj może robić wrażenie.
Pamiętam, że wtedy chyba na kasecie ich kupiłem. Muszę to sobie kiedyś odświeżyć. A wracając do tematu szukania zespołów czy pomysłów na imprezę, to chłopaki dosyć aktywnie działali. Część sprzętu była zwożona z Domu Kultury w Kruszwicy, bo oni mieli dosyć dobre wyposażenie. Miksery, głośniki i tym podobne rzeczy to właściwie od nich przyjeżdżały na samym początku. Później, jak się Dom Kultury trochę dorobił, to mieli swoje.

Przenieśmy się do roku 2001 – stadion strzeleńskiego klubu sportowego Kujawianka, koncert Artura Gadowskiego. Zgadzam się z tobą – z jednej strony to koniec Złotej ery rocka w Strzelnie, ale z drugiej to początek corocznych koncertów znanych artystów w ramach Dni Strzelna. Dla mnie to było duże wydarzenie – wokalista zespołu Ira w Strzelnie!
Ja też to tak odebrałem. Chociaż byłem trochę zdziwiony, że taki koncert w Strzelnie. Jakim cudem w ogóle Gadowski przyjeżdża do Strzelna? (śmiech) Pierwsza myśl była taka – O kurde, zszedł na psy. Przyjechał na wiochę grać ludziom do kotleta i do piwa (śmiech). To tak trochę wyglądało, bo gdzieś tam, po lewej stronie na stadionie było stoisko z piwem i z kiełbachą. Jednak jak już zagrał, to te myśli, że gościu będzie grał do tej przysłowiowej kiełbachy czy tam kotleta i piwska jakoś odeszły. Nawet się bujał, trochę swoich utworów zagrał, trochę coverów. Klimat był dobry. Przypomniały się wtedy te czasy z początku lat dziewięćdziesiątych. Nawet przypomniałem sobie jedną opinię. Po koncercie z grupą znajomych rozmawialiśmy i ktoś wspominał właśnie czasy z początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy w Strzelnie działy się fajne rzeczy i ubolewał, że już tego nie ma. Fakt, koncert Gadowskiego jakby zainicjował te rzadsze, bo rzadsze imprezy, ale jak już Big Cyc w Strzelnie wylądował (w 2005 roku – przyp. erbe) no to… Też trochę w szoku byłem, że przyjechali do kiełbachy i do kotleta grać (śmiech).

Bo tak to można odbierać – do małego miasta przyjeżdżają znani artyści, pewnie tylko po to, żeby zarobić.
Mnie to faktycznie dziwiło, że nagle takie kapele zaczynają się pojawiać (między innymi Big Day, Leszcze i Strachy Na Lachy – przyp. erbe). Pierwsza myśl była taka, że chałturzą, jeżdżą grać byle gdzie. Z drugiej strony Strzelno to też miasto, ludzie i tak dalej – niech się czymś zabawią.

Nie mieszkasz już w Strzelnie. Kto by musiał zagrać w ramach Dni Strzelna, żebyś przyjechał na koncert?
Armia albo Closterkeller (śmiech). Jak jest Armia w Bydgoszczy to muszę iść na koncert.

Jeszcze z żadnym z moich rozmówców nie poruszyłem wątku lokalu, który mieścił się w dawnej restauracji Kolorowa – dzisiaj w tym miejscu stoi budynek Banku PKO. To też ważne miejsce na rockowej scenie Strzelna. Kiedy kończyły się imprezy w Kinie, to swoje lata świetności przeżywał właśnie tak zwany Kolor.
Imprezki u Grzecha (właściciel lokalu – przyp. erbe), Kolorowa. Nie powiem, że to był jakiś wielki tygiel kulturowy, ale wszyscy traktowaliśmy to miejsce jako taki przyczółek tych wszystkich strzeleńskich imprez, które wyszły z Kina. Ludzie nieco dorośli, zaczęli więcej piwa pić (śmiech).

Eryk Szydzik pomalował ściany. Te sławne piramidy z wielbłądami…
Tak, jakieś egipskie klimaty, tym podobne rzeczy…

Często grała tam grupa Nocny Stróż z Inowrocławia.
Chyba nasi też pogrywali czasami, ale to już młodzież była. Karol Nowak miał kapelę, oni też dosyć często się tam pojawiali.

Masz zdjęcia, plakaty czy inne rzeczy, dokumentujące koncerty w Strzelnie czy działalność miejscowych zespołów?
Chyba żadnych, nie zbierałem (śmiech). Często mi się Sławek Tarczewski pytał o swoją Mojrę, ponieważ jest nagrany koncert tego zespołu, gdzieś krąży po Strzelnie kaseta video.

Kto nagrywał koncerty?
Pamiętam, że pan Roman Szydzik nagrywał. Pan Irek Dawidziak z Telewizji Bydgoskiej też tam z kamerą krążył. Pamiętam czas – początek lat dziewięćdziesiątych – że dużo imprez w Strzelnie on filmował. Nie wiem, czy robił to dla samego siebie czy zbierał materiał dla telewizji.

W domowych archiwach strzelnian zachowały się nagrania audio i video. Chciałbym kiedyś sfinalizować pomysł wydania płyty z wyborem utworów.
Z 10 utworów by się zebrało, nawet nasz strzeleński Behemoth, czyli Extermination (śmiech). Coś z tego można zrobić. Myślę, że warto – audio plus książeczka jakaś. Wielkiego nakładu może by nie było, ale część ludzi by z chęcią to kupiła.

Zobaczymy, może uda się to zrobić. Zostawmy muzykę. Twoje nazwisko jest kojarzone z pewną inicjatywą wydawniczą, noszącą tytuł Perpetuum Mobile. Biuletyn wysoce kulturalny. Możesz powiedzieć więcej na ten temat?  
To był wynik takich częstych, gęstych dyskusji na mniej lub bardziej ważne tematy. Zaczęło się od tego – Zaczniemy robić spotkania czwartkowe czy coś w tym stylu w Bibliotece Miejskiej. Usiądziemy i zaczniemy po prostu o czymś gadać – o religii, o społeczeństwie, o czymkolwiek. Bloki tematyczne sobie wymyślaliśmy. Grupa ludzi była mała, góra 10 osób chyba najwięcej na takim spotkaniu było. Najbardziej zaangażowanymi członkami tego projektu byli między innymi Piotr Barczak, Wiesław Woźnica, Stanisław Gajos, Grzegorz Stręk, no i jeszcze ja. Staraliśmy się, żeby to nie był jakiś klub herbaciany czy kawiarniany, że siadasz i o byle czym rozmawiasz. Pamiętam, że interesowałem się zespołem Laibach i organizacją NSK – Neue Slowenische Kunst. Nie wiem, czy od tego zaczęliśmy, ale ja między innymi właśnie ten temat ruszyłem i żeśmy sobie takie spotkanie zrobili – mówiłem o Laibachu, o tym jak to Neue Slowenische Kunst stało się takim niby państwem, taką organizacją, jakimś tyglem kulturowym, który coś tam chciał zmieniać w podzielonej już wtedy Jugosławii. Drążyliśmy tematy, kończyło się na dyskusji. To człowieka zmuszało do myślenia, takiego bardziej abstrakcyjnego. Nie powiem, że twórczego, ale coś innego się działo. Później przyszedł pomysł, żeby może gazetę zrobić. Wszyscy wtedy czytali poważne pisma i tak dalej… Wiechu Woźnica też ten pomysł podłapał, bo on cały czas pisał coś tam „do szuflady”, a były to rzeczy naprawdę genialne. I tak właściwie metodą kserograficzno-komputerową żeśmy robili Perpetuum Mobile. Dla samej satysfakcji. To miał być niby zin ze wszystkim, troszkę na wzór Znaku – jest jakiś temat przewodni, piszemy tekst o wojnie czy o pokoju (śmiech).

Wy byliście tym Kręgiem Pomocy Metafizycznej?
Tak. Chyba Piotr Barczak to wymyślił. Ja wymyślałem skróty, a Piotr je rozwijał (śmiech). I nie chodziło o to, że miało być absurdalnie – miało być ciekawie, ale kompletnie inaczej. Niekoniecznie żeby się wyróżnić, ale pokazać się jakby z innej strony. Być awangardą strzeleńską.

Tematy przewodnie w Perpetuum Mobile były różne – społeczeństwo demokratyczne, władza, wojna. Był też numer poświęcony tematyce bożonarodzeniowej. Pismo wyróżniały już ilustracje na stronie tytułowej. Najpierw figury geometryczne, później prace, nawiązujące chyba do twórczości Beksińskiego, jak na przykład ta w numerze z tematem przewodnim schizo.
Część chyba Wiesław Woźnica wymyślił. Ja też jakąś ilustrację zrobiłem, chyba tę schizo (śmiech). Wzorowałem się na czymś, to był jakby przekształcony jakiś obraz.

 


„Perpetuum Mobile”, nr 1 z 1998 r. (inne pierwsze strony tutaj)

 


Świąteczne „Perpetuum Mobile” – wyjątkowo bez trójkątów, prostokątów itp. 
na stronie tytułowej

Do Perpetuum Mobile pisałeś ty, Piotr Barczak, Wiesław Woźnica, Stanisław Gajos i jeszcze kilka innych osób. Mi też się zdarzyło coś napisać, o SBB i Lady Pank. Większość tekstów nie nadaje się jednak do czytania przy śniadaniu…
My to traktowaliśmy jako taki projekt plus ćwiczenie własnego warsztatu. Do tego dużo się wtedy czytało, człowiek musiał skanalizować to wszystko i przelać na papier. Chodziło też o to, żeby nie kopiować tego, co jest w innych rzeczach. Po części jednak się kopiowało, bo jak przeczytałeś jakieś teksty to w swoim tekście wracałeś do tego przeczytanego.

To było kopiowanie czy raczej inspiracja?
To cię inspirowało.

Jak to przedsięwzięcie wydawnicze wyglądało od strony technicznej?
Drukarki z dupleksem nie miałeś (śmiech). To pisało się czasami w pracy, nie ma co się oszukiwać, albo po pracy dłużej się zostawało i dzięki, powiedzmy, uprzejmości jednego czy drugiego człowieka, korzystało z ksero i papieru. Jednego numeru to chyba nawet 100 egzemplarzy zrobiliśmy.

Perpetuum Mobile nie miało szerokiego kręgu czytelników, nie wzbudzało wielkiego zainteresowania. Było za trudne?
Było za trudne. Zbyt małe środowisko, być może w większym byśmy przetrwali dłużej. Ci, co przeczytali, byli zaskoczeni faktem, że coś takiego się dzieje, że w ogóle odgrywa się taką sztukę dla sztuki, że siada grupa gości i sobie coś tam pisze.

A dzisiaj, w czasie dominacji Internetu, możliwości założenia w kilka minut własnego bloga, byłbyś zainteresowany stworzeniem czegoś na kształt Perpetuum Mobile w wersji papierowej?
Myślę, że tak, ale to przy dużym ośrodku miejskim trzeba by robić. Ja teraz mieszkam w Bydgoszczy – tam, przy wsparciu jakiejś grupy ludzi, to by poszło. Po prostu trzeba by z kimś wejść w układ, żeby dotrzeć do tej twojej grupy docelowej. Musisz wiedzieć, dla kogo to piszesz, musisz mieć czytelnika.

W większym środowisku częściej spotkasz odmieńca (śmiech).
Dokładnie. Myślę, że to by przeszło w takiej formie. Jakby była większa grupa ludzi, z trzech-czterech chociaż, to można by do tego wrócić.

Czy wydarzyło się coś jeszcze poza Kręgiem Pomocy Metafizycznej i Perpetuum Mobile?
U Stanisława Gajosa – Piotr Barczak też dobrze pamięta te rzeczy – zrobiliśmy parę imprez, takich pogadanek „schizo”, że się tak wyrażę (śmiech). To było nagrane, nie wiem czy Piotr przypadkiem nie ma tego na kasetach. Samych rozmów już człowiek nie pamięta, bardziej chodziło o klimat. Gajos nam udostępnił jakieś miejsce, gdzie było bajorko czy coś w tym stylu, drzewko sobie rosło, jakaś kępa trawy, zielska – tam się rozpalało ognisko i się siedziało. To był fajny czas. Nie chcę mówić, że to jakieś prestiżowe było, ale siedzenie w grupie ludzi, którzy są w pewnym sensie intelektualistami miało swój urok. Piotr Barczak angażował się w wyjazdy do Kazachstanu. Jak przyjeżdżał, to człowiek słuchał tego, co on tam widział i przeżył, dosłownie jak świnia grzmotu. Coś tam wtedy słyszało się, jak ktoś pojechał do Wielkiej Brytanii, do Francji czy do Niemiec. Ale co tam jest? Tak samo jak u nas prawie, tylko trochę lepiej. A tam już dzicz totalna, ludzie żyją prawie zgodnie z naturą. I on tam przez kilka miesięcy – raz to chyba pół roku – siedział i opowiadał nam później, jakich ludzi spotkał, o czym rozmawiali… To robiło naprawdę niesamowite wrażenie.

Ty też byłeś dłuższy czas za granicą, w Wielkiej Brytanii.
Zaraz po studiach wyjechałem i później ponownie wróciłem w latach ’05-’07. To też fajny czas był wtedy dla mnie – dużo ludzi, inne miejsca. Co ciekawe, jak byłem w Londynie, to poszedłem na koncert Myslovitz (śmiech).

(sierpień 2013)