Dlaczego rozmawiam z muzykami ze Strzelna? Odpowiedź tutaj.

***

Twój pierwszy zespół rockowy to…
Blues Band. To wynikało z moich zainteresowań bluesem.

Jak doszło do założenia grupy?
Wiadomo, że w tych latach – początek lat dziewięćdziesiątych – były straszne kłopoty ze sprzętem. Nie było tak jak teraz, że można pójść do sklepu i kupić praktycznie co się chce – nie było sprzętu nagłaśniającego, nie było dobrych instrumentów. Pamiętam, że z Piotrkiem Lewandowskim i Leszkiem Iwińskim zamówiliśmy sobie gitary w Gniewkowie, w takiej nowo powstającej firmie Romana Koca. Teraz to jest licząca się w Polsce marka GMR Custom Guitars, chyba zajmuje się głównie gitarami basowymi, ale na początku wykonywali, tak rzemieślniczo, gitary, zarówno sześciostrunowe, jak i basy. My tak sobie myśleliśmy o założeniu jakiegoś zespołu i jak zamówiliśmy te gitarki – one nas trochę kosztowały, bo to był wydatek wtedy – to nas zmobilizowało do tego, żeby założyć jakiś zespół niezarobkowy. Trzeba wspomnieć (śmiech), że tak jak chyba wszyscy z tego naszego lokalnego środowiska, mniej lub bardziej udzielaliśmy się również w zespołach, jak to się mówi – zarobkowych.

Koledzy – muzycy potwierdzają, że grali zarobkowo.
To normalne. W sumie nie ma się co dziwić. Z drugiej strony, te dawne zespoły zarobkowe to była dobra szkoła gry, bo kiedyś jednak wszystko trzeba było zagrać na żywo. Dzisiaj są trochę inne czasy, są te tak zwane keyboardy – urządzenia, które praktycznie same grają (śmiech).

W tych grupach zdobywaliście doświadczenie.
Jakiś tam warsztat był. Mając już te lepsze instrumenty, zdecydowaliśmy się założyć zespół, nazwijmy to, rockowo-bluesowy. Mam nawet notatki, bo ja to taki jestem „notatkowiec” – wczoraj je odszukałem (rozmawialiśmy 1 sierpnia 2013 roku – przyp. erbe), żona się śmiała – Co tam za pożółkłe kartki przeglądasz? (śmiech). Jak już przestałem grać to prowadziłem różne zespoły z dzieciakami, w szkołach po prostu, też gdzieś mam różne kroniki. Mam taki nawyk – „to się może od czasu do czasu przydać”.

Oczywiście, że może się przydać.
Ta cała akcja z gitarami w Gniewkowie działa się jesienią 1990 roku. Mniej więcej cały następny rok, czyli 1991, upłynął nam na poszukiwaniu miejsca, gdzie moglibyśmy mieć próby. To też był problem. Kto wtedy był w Domu Kultury szefem?

W 1991 roku już mogła być pani Ilona Przychocka, a wcześniej chyba pan Jerzy Kwiatkowski.
Przed panią Przychocką dostęp do Domu Kultury był ciężki – tak to delikatnie nazwę. Tak to było wszystko jakoś po staremu poukładane, że takim wtedy w miarę młodym jeszcze ludziom (śmiech) trudno było się tam dostać. A to było jedyne miejsce, gdzie był jako taki sprzęt nagłaśniający. Pamiętam, że na Rynku był dom, w jakiś sposób powiązany z Pauliną Janik – ona chyba chodziła z bratem (Jackiem Łuczakiem – przyp. erbe) do klasy, my ją namówiliśmy, żeby pośpiewała trochę z nami. Ja teraz nie kojarzę, w którym to było domu, ale tam przez jakiś czas mieliśmy próby. To długo nie trwało, bo sąsiedzi nas przepędzili (śmiech). I tak cały 1991 rok minął właściwie na tych poszukiwaniach. Potem pojawiła się pani Przychocka. Ja bardzo mile wspominam te czasy, bo ona zrewolucjonizowała ten nasz Dom Kultury w stosunku do tego, co było przedtem. Nie pamiętam, czy to było natychmiast, pewnie nie, ale zakupiła jakiś lepszy sprzęt nagłaśniający. Przede wszystkim mogliśmy się wreszcie dostać do tego Domu Kultury i mieć jakieś miejsce na próby, dostęp do sprzętu. To nie był jakiś szał, w tamtych latach były słynne Eltrony i Vermony – taki sprzęt był w Strzelnie.

Baza w Domu Kultury była, więc mogliście pracować nad muzyką. Utwory własne robiliście?
Nie, graliśmy utwory obce. Chyba ja miałem główny wpływ na repertuar – po prostu lubię muzykę bluesową, więc wyszukiwałem takie różne standardziki.

Co graliście?
Utwory Stevie Ray Vaughan’a na przykład. To jest mój ulubiony gitarzysta, chyba jedyny biały, który tak tego bluesa czuł prawie jak czarni wykonawcy. Roberta Cray’a, Buddy Guy’a też. Nie pamiętam dokładnie. To były takie standardy bluesowe, grane głównie przez amerykańskich, czarnych bluesmanów, bo ja uważam, że ten prawdziwy blues to jest taki amerykański, czarny…

Nigdy nie udało się wam przygotować własnej kompozycji?
Może kiedyś były jakieś próby utworów instrumentalnych, ale żadnych takich z tekstem nie.

Blues Band to ty na gitarze i wokalu, Jacek Łuczak na perkusji, Leszek Iwiński na basie i Piotr Lewandowski na gitarze.
Tak.

Po pewnym czasie Leszek Iwiński odszedł, zastąpił go pan Bogdan Ornatek.
Dokładnie – zaczęło się z Leszkiem. Zerknę do notatek, bo nie pamiętam, kiedy Leszek od nas odszedł. A, napisałem, że w czerwcu 1992 roku odszedł Leszek z zespołu. Muszę ci powiedzieć, że od czasów pani Przychockiej, czyli gdzieś tak pod koniec 1991 roku, to był właściwy początek Blues Bandu, bo przedtem przez cały rok 1991 zespół niby istniał, ale nie zrobiliśmy nic konkretnego, nigdzie nie wystąpiliśmy.

 


Blues Band w marcu 1993 roku. Od lewej: Krzysztof Łuczak,
Piotr Lewandowski, Bogdan Ornatek, Jacek Łuczak. Zdjęcie
zostało zrobione w Domu Kultury – widoczna metalowa
barierka prowadziła do kinowego okienka kasowego
(fot. ze zbiorów MGOKiR w Strzelnie) 

A zapisałeś może dlaczego Leszek odszedł z zespołu?
Nie. Trudno mi powiedzieć, to by trzeba się najlepiej spytać Leszka. Pamiętam, że w tym samym czasie powstał taki zespół, w którym też zresztą grałem – Synaj. Jeździliśmy do Górki Klasztornej na festiwale, chyba w Pakości też graliśmy. Te zespoły przez pewien czas działały równolegle. O ile pamiętam, Leszek i Piotrek Lewandowski byli w takich klimatach bardziej religijnych niż ja (śmiech). Do dzisiaj pewnie tak jest i myślę, że Leszek po prostu bardziej poczuł klimat Synaju, bardziej się tam zaangażował, skomponował jakąś piosenkę na ten festiwal. Sądzę, że to była przyczyna, ale to jest tylko taka moja teoria.

Przejdźmy do koncertów. Graliście i w Strzelnie, i poza Strzelnem – na przykład w 1993 roku pojechaliście na Białoruś.
Pojechaliśmy, do Pińska. To było takie przedsięwzięcie, wynikające chyba z jakiejś współpracy na szczeblu gminnym czy Domów Kultury, na zasadzie wymiany. Pojechała tam Orkiestra Dęta, my i jeszcze jeden zespół – nie wiem jak go nazwać – utworzony na potrzeby tego wyjazdu, taki bardziej dancingowy. Już nie pamiętam dokładnie czy Irek Jackowski był w tym zespole? O, Zdzisia Koteckiego pamiętam, też jechał z nami, humor mu dopisywał – on zawsze jest taki wesoły (śmiech).

Zagraliście tam kilka koncertów.
Nie pamiętam dokładnie, ale chyba tylko 2. To nie trwało długo – 2 dni, z czego połowa to był dojazd (śmiech). Już nie pamiętam czym my tam jechaliśmy.

Jak zapamiętałeś te wasze koncerty? To jednak Białoruś – troszeczkę inny świat.
Ja zapamiętałem przede wszystkim samą podróż. Jak minęliśmy granicę i potem jechaliśmy do samego Pińska to właściwie poza drogą nic nie było naokoło (śmiech). Kompletnie nic! Droga i tam gdzieś, czasami, het het w oddali, jakieś światełko mignęło i nic poza tym, a to było kilkaset kilometrów. To było takie dziwne trochę. A same koncerty? Nie było jakiejś rewelacji w tym sensie, że one się czymś bardzo różniły od koncertów w Strzelnie czy w okolicy. Zagraliśmy, ludzi było sporo – miło byliśmy odebrani. Koncerty nie wyróżniały się jakoś czymś szczególnym, no poza ogólnie dobrą zabawą w trakcie tego pobytu (śmiech).

Występowaliście też w sąsiadujących ze Strzelnem miejscowościach.
Na pewno w Pakości, w Mogilnie, w Trzemesznie. W Janikowie byliśmy na Zaduszkach bluesowych czy czymś takim – jakaś taka impreza typowo bluesowa. Pamiętam, że Janikowo wtedy było takim ośrodkiem dosyć prężnym.

A koncerty w Strzelnie?
Koncerty w Strzelnie mile wspominam, bo, tak jak wszyscy powtarzają, to był okres, że bardzo dużo ludzi przychodziło, przyjeżdżało nawet spoza Strzelna. Naprawdę był tłok – może nie na wszystkich, ale na tych pierwszych na pewno. To też był okres, kiedy powstawała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. My graliśmy na pierwszym chyba, na drugim, trzecim i czwartym Finale. Pamiętam, że na czterech pierwszych ja na pewno grałem – już później może z Blues Walkers, ale grałem. Te koncerty to była chyba taka akcja, zaszczepiona właśnie przez Jurka Owsiaka. Piotrek Lewandowski, jako osoba pracująca w Domu Kultury, był zawsze zaangażowany w sprawy organizacyjne – plakaty i tak dalej…

Można zaryzykować stwierdzenie, że Jurek Owsiak dał „kopa organizacyjnego” ludziom z takich małych miejscowości jak Strzelno?
Myślę, że tak. To jest widoczne dla mnie, że to się wiązało – Orkiestra i to, co u nas działo się dokładnie w tym samym czasie.

A co by musiało się wydarzyć teraz, w 2013 roku, żeby u nas znowu rozwinęła się taka scena muzyczna? Niekoniecznie rockowa.
Nie wiem, naprawdę. Chyba trzeba by zlikwidować Internet, żeby ludzie mogli wyjść z domu. To jest na pewno jedna sprawa. Zakazać używania keyboardów, żeby się ludzie nauczyli grać na instrumentach (śmiech).  Wiadomo, że to, co się działo na początku lat dziewięćdziesiątych na pewno też było związane z ogólną sytuacją polityczną w kraju. W ogóle granie w Polsce, ten boom, to był wcześniej, tak gdzieś w osiemdziesiątych latach – Perfect, Lady Pank… Ja mam taką teorię, że do Strzelna to dotarło po prostu z poślizgiem. Jak to często bywa – najpierw główne ośrodki typu Warszawa i inne większe miejscowości. U nas to się zbiegło może trochę z Orkiestrą Jurka Owsiaka i eksplodowało właśnie w latach 1991-93. Na pewno ta cała przemiana polityczna miała na to wpływ. Można by zaryzykować stwierdzenie, że jakaś zmiana tego typu mogłaby spowodować taki wybuch w 2013 czy 2014 roku, ale nie mam pomysłu jaka to by musiała być zmiana (śmiech).

Ten wybuch, to wasze granie z początku lat dziewięćdziesiątych, wpłynęło na młodzież, która w pewnym momencie sama złapała za instrumenty. Powstały takie kapele, jak chociażby Kretki Szamana czy The Cage.
Miło by było gdyby tak nas pamiętano (śmiech), ale nie wiem, czy akurat mieliśmy jakiś wpływ na to.

Jestem przekonany, że tak właśnie było. Potwierdził to Daniel Iwiński z The Cage – cytuję – My chodziliśmy do Kina na koncerty i ktoś pomysł rzucił, żeby coś skręcić. Pamiętasz występy The Cage, Kretek Szamana, Wybryków Natury czy Płodów Cywilizacji?
Pamiętam te nazwy. Pamiętam Czarka Zellka – on był kolegą z klasy Jacka (Łuczaka – przyp. erbe), lubił muzykę, przychodził też chyba do nas na próby i raz po raz coś zaśpiewał na tych naszych niektórych występach, ale raczej tylko w Strzelnie.

Z Blues Bandem występował też Marcin Kwiatkowski?
Marcin dołączył pod koniec, jak gdyby tak na stałe.

Zostawmy Blues Band i cofnijmy się w czasie do lat osiemdziesiątych. Podobno około 1986-87 roku grałeś w zespole z Leszkiem Iwińskim, Darkiem Marczakiem i jakimś uczniem, który mieszkał w Internacie Szkoły Zawodowej?
Jak czytałem wywiad z Leszkiem to się dziwiłem, że on to pamięta, bo ja już zapomniałem – on mi to właściwie przypomniał. W tym czasie w Internacie przy Szkole Zawodowej byli uczniowie i ze Szkoły Zawodowej, i z Technikum. Pracowałem tam. To Technikum było po szkole zawodowej. Pamiętam, że jak ja zacząłem pracę, to niektórzy uczniowie z trzecich klas Technikum byli chyba rok starsi ode mnie (śmiech). Tam był taki chłopak, nazywał się Jarek Rachuba, z Wilczyna – grał z nami na perkusji. Można powiedzieć, że to był jakiś zespół, ale nigdy publicznie nie wystąpił. To były jakieś takie próby, jeszcze zanim te lepsze gitary w Gniewkowie kupiliśmy. W Szkole Zawodowej były jakieś wzmacniacze, ale to były archaiczne urządzenia lampowe, dziwne takie – one powodowały tyle, że trochę głośniej było słychać wokal, gitarę, czy jakiś inny instrument (śmiech). Tam były też takie stare, śmieszne organy – nie pamiętam jak się nazwały.

Zespół nigdzie nie wystąpił, ale na magnetofonie firmy Kasprzak nagraliście 2 utwory – Dire Starits i Hello Lionel’a Richie’go.
Czy coś było nagrane to ja naprawdę nie pamiętam.

Leszek Iwiński zapamiętał, że coś nagrywaliście.
Może coś takiego było. W każdym razie to były takie typowe początki, taka zabawa z muzyką. Generalnie zawsze, aż do czasu, kiedy pani Przychocka się nie pojawiła w Domu Kultury, to głównym problemem był sprzęt.

Jacek Łuczak wyznał, że dzięki starszemu bratu od najmłodszych lat słuchał dobrego rocka. Jak w czasach PRL-u zdobywało się zagraniczną muzykę?
Radio i magnetofony – po prostu nagrywałem muzykę z radia. To było jedyne rozwiązanie. Płyty były drogie. W czasach licealnych jako uczeń nie byłem w stanie sobie kupić zachodniej płyty winylowej. To też się wiązało z tym, że trzeba by było gdzieś jechać.

W Strzelnie nie było takiej możliwości?
W Strzelnie absolutnie – nie przypominam sobie, żeby gdziekolwiek można było kupić płyty. Może jakieś kasety były w księgarni na Rynku, ale to były rzeczy typu Mazowsze (śmiech). Ja nagrywałem. Kiedy jeszcze się uczyłem miałem dostęp do dość dobrego, czterościeżkowego magnetofonu szpulowego będącego na wyposażeniu Internatu ZSZ, którego mój ojciec był kierownikiem przez wiele lat. Wykorzystywałem więc tę sytuację i nagrywałem ile się dało. Potem, jak już zacząłem pracować, to kupiłem jakiś kaseciak, ale główny dostęp do muzyki, to była Trójka – tutaj chyba jakiś oryginalny nie będę. No chyba, że ktoś po prostu miał znajomości na Zachodzie, albo miał sporo pieniędzy, żeby sobie gdzieś pojechać i jakieś płyty wyszukać. W osiemdziesiątych latach, jak już zacząłem zarabiać (śmiech), to jeździłem. Był taki sklepik przy dzisiejszej ul. Gdańskiej w Bydgoszczy, prowadzony przez takiego pana, też pasjonata, i tam sobie kupowałem płytki winylowe albo kasety. Generalnie moje zainteresowania kolekcjonerskie to The Beatles.

Nie trzeba się za dużo rozglądać po pokoju, w którym siedzimy i rozmawiamy, żeby tego nie zauważyć (śmiech).
To osobny temat (śmiech). Płyty właśnie tam kupowałem. Potem je sprzedałem, bo stwierdziłem, że i tak nie będzie mnie stać, żeby zebrać całą kolekcję winylową. Płyty Beatlesów naprawdę są drogie – te oryginalne pozycje z lat sześćdziesiątych kosztują tyle, że dałem sobie spokój. Pamiętam, że nawet Hirek Wrona ode mnie kupił jakąś jedną płytę (śmiech) – ale to już później, w czasach Allegro. Sprzedaż to może był błąd, bo teraz jest lepszy dostęp, ale to nie o tym mamy mówić.

Zostawmy Wielką Czwórkę z Liverpoolu i sprzedane płyty. Kiedy podjąłeś decyzję, że będziesz grać na gitarze i skąd inspiracja?
W ogóle moim pierwszym instrumentem, na którym zacząłem grać, jeszcze jako mały dzieciak ze szkoły podstawowej, był akordeon. Przypuszczam, że naukę zacząłem w momencie, kiedy tylko mogłem unieść ten akordeon – pewnie rodzice mnie tak troszkę skierowali. Uczyłem się grać u pana Michała Ornatka, ojca Bodzia Ornatka. Dokładnie już nie umiem powiedzieć, ale to trwało dosyć długo, na pewno przez okres całej szkoły podstawowej. Pan Michał też był muzykiem – amatorem, grał w zespołach zarobkowych, ale uczył mnie z nutek i tak dalej… Ten akordeon na pewno jakiś wpływ miał – jak już się nauczyłem grać, to zacząłem sobie sam też kombinować, jakieś tam improwizacje (śmiech), ale wiadomo, że to nie był instrument zbytnio rockowy. Chociaż już później, w okresie zespołów typu Brathanki i tych folkowych klimatów, wrócił trochę do łask.

Akordeon też był w strzeleńskim Do Widzenia.
Też był. A dlaczego gitara? No dlatego, że akordeon nie był instrumentem rockowym, więc się zdecydowałem na gitarę. Nie umiem nic innego powiedzieć na ten temat. A kiedy to było? Na pewno w okresie liceum. W tym czasie stworzyliśmy sobie taki zespolik – z kolegą z klasy i jeszcze z dwiema osobami z innych klas. Pamiętam, to był pierwszy zespół, w którym grałem. On chyba nie miał nazwy. To było gdzieś tak w latach 1980-81, chodziłem do trzeciej-czwartej klasy – wiadomo, że pierwszoklasista się nie dostanie do sprzętu (śmiech). Pamiętam, że pan Ireneusz Lewicki nam udostępnił jakieś pomieszczenie w Liceum.

Co graliście?
Graliśmy kilka piosenek Beatlesów, bo już wtedy zaczynała się ta moja pasja „beatlesowska”, Simona i Garfunkela, Boba Dylana, Czerwonych Gitar kilka utworów, bo to trochę takie klimaty wczesno „beatlesowskie” były – przynajmniej te pierwsze nagrania. Mam gdzieś nagrany na kasecie jakiś nasz występ – gdybym posłuchał to bym sobie przypomniał, co dokładnie graliśmy.

Wróćmy do Blues Bandu. Zespół rozwiązał się w 1995 roku.
Mogło tak być. Zaraz spojrzę, co sobie zapisałem – 27 maja 1995 roku. Mam gdzieś nagranie z naszego ostatniego występu i tam była data po prostu.

To był koncert pożegnalny?
Tak można powiedzieć. To chyba było w ramach Dni Strzelna, w kilku utworach zaśpiewała z nami Aneta Kawka, jedna z moich podopiecznych – prowadziłem wtedy w Szkole Podstawowej nr 1 (dzisiaj Gimnazjum z Oddziałami Dwujęzycznymi im. Jana Dałkowskiego w Strzelnie – przyp. erbe) szkolny zespół muzyczny.

Dlaczego Blues Band został rozwiązany?
Wspomniałeś, że w którymś momencie dołączył do nas Marcin Kwiatkowski. I to chyba był początek końca. Pamiętam, że wtedy pojawiła się scena na Rynku, ten kwadracik. Dużo imprez było tam organizowanych, na zasadzie chyba – skoro się to zrobiło, to żeby coś się działo (śmiech). W sumie to dobrze. Blues to jest muzyka niedocierająca do wszystkich i w Domu Kultury zaczęły się takie – wtedy chyba pojawił się już pan Przybylski – tendencje, żebyśmy grali utwory nie bluesowe, tylko takie, żeby ludzie się pobawili i tak dalej…. Wydaje mi się, że to była taka przyczyna. Ja uczciwie się przyznaje, że chciałem to skończyć, bo nie miałem ochoty grać takiej muzyki. Cały czas, równolegle, szedł swoją drogą ten zarobkowy nurt, więc ja miałem dosyć takiego grania – w Blues Bandzie chciałem grać po prostu to, co lubię. Myślę, że Piotrek Lewandowski chyba też.

 


Blues Band na scenie w Domu Kultury (występ z okazji Dnia Kobiet, 1995 rok). Od lewej:
Marcin Kwiatkowski, Krzysztof Łuczak, Bogdan Ornatek, Jacek Łuczak,
Piotr Lewandowski (fot. ze zbiorów MGOKiR w Strzelnie)

Jacek Łuczak powiedział – cytuję – W Blues Bandzie był typowo blues, który niekoniecznie się w Strzelnie przyjmował, bo fanów takiego grania nie było aż tak wielu, garstka dosłownie. Też to tak odbierałeś?
Chyba nie, raczej byliśmy odbierani w miarę pozytywnie. Blues to jest szerokie pojęcie – jednym się kojarzy z Dżemem czy Nalepą, innym z tym, z czym mi się kojarzy, czyli z amerykańskimi wykonawcami. To jest muzyka naprawdę dosyć szeroko rozumiana. Nie graliśmy takich typowych bluesów z Delty na jednym akordzie i na gitarze akustycznej, bo wtedy to by nas na pewno od razu spławiono (śmiech). My graliśmy Rolling Stonesów, Claptona, Gary Moore’a. To nie był taki stricte, w stu procentach blues. Może parę klasyków było przemyconych – wykonywaliśmy na przykład Before You Accuse Me Bo Diddley’a i Think Twice Before You Go Johna Lee Hooker’a, ale na przykład Rolling Stones to nie jest klasyczny blues – Rolling Stones to po prostu Rolling Stones.

Lata, o których rozmawiamy to też był czas – pamiętam te koncerty – kiedy właściwie nie było rozróżniania pod względem muzyki. Ludzie się po prostu cieszyli, że były koncerty.
Pamiętam występ w Liceum, to chyba było w okresie I Finału Wielkiej Orkiestry. Jak zaczęliśmy grać, to od razu młodzież wypadła – nie wiem, czy to się pogo nazywa, czy jakoś tak – i już tańczyli, a jeszcze nawet nie wiedzieli, co będziemy grać, ja jeszcze nawet nie zacząłem śpiewać, a już się cieszyli (śmiech). Właśnie było tak jak mówisz – radość z tego, że się coś dzieje, że się gra. W ogóle te czasy wspominam sympatycznie, mile, bo coś się działo i było dla kogo to robić. A dzisiaj… Sam wiesz, że różne rzeczy się czasem organizuje, a przychodzi na to kilkoro ludzi.

Tak jest. Zostawmy ten problem i porozmawiajmy o drugim zespole, z którym byłeś związany – Blues Walkers. Pamiętam was z koncertu na Rynku.
Było coś takiego – mam zarejestrowany ten koncercik. Nie wiem czy na Rynku graliśmy więcej niż raz, bo generalnie Blues Walkers to była formacja, która krótko istniała, chyba nawet nie rok.

Jak doszło do założenia?
Już patrzę (śmiech). Z moich notatek wynika, że Leszek Iwiński, Jacek Jackowski, ja i brat chcieliśmy dalej coś robić w klimatach blues-rockowych. Tak jak mówiłem, z Blues Bandem było tak, że pojawiły się tendencje, żebyśmy poszli w stronę jakiejś komercyjnej muzyczki. Nie chcieliśmy się z tym zgodzić. Mam napisane, że we wrześniu 1995 roku pierwszy występ Blues Walkers miał miejsce w Kinie. Oprócz wymienionej czwórki zagrali – Piotrek Barczak, Waldek Krystkowiak i „Kryniu” Krąkowski z Mogilna. Właściwie „Kryniu” nie był stałym członkiem grupy, chociaż występował kilkakrotnie z nami. Wiesz o kim mówię?

Wiem. Dość znany muzyk.
Bardzo dobry gitarzysta i sympatyczny człowiek. We wrześniu dołączył Krzysztof Borowiec. Super muzyk – bardzo dobry saksofonista. Mam napisane o Zaduszkach bluesowych, że zagraliśmy w Janikowie, a 2-3 grudnia 1995 roku pojechaliśmy do Skierniewic na Skierniewickie Noce Bluesowe. Przy tym mam notatkę, że za mojego brata pojechał wtedy na tę imprezę Maciej Wróblewski – też bardzo dobry i znany perkusista. Z czego ta zmiana wynikała? To nie było tak, że Jacek nam nie pasował do składu czy on nie chciał jechać. Nie pamiętam dokładnie, ale on wtedy miał jakieś egzaminy czy coś w tym rodzaju – to była jakaś prozaiczna sprawa, Jackowi po prostu nie pasowało. Potem jak gdyby zostało tak, że Maciej z nami grał do końca, chociaż ten koniec nastąpił szybko (śmiech). Po Nocy Bluesowej było jeszcze kilka występów – w styczniu w Strzelnie na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, w Mogilnie i w maju 1996 roku na Dni Strzelna był ostatni występ. Przypuszczam, że to jest ten na Rynku, o którym wspomniałeś. Sierpień 1995 – maj 1996, niecały rok – i to był Blues Walkers. Takich projektów czy pomysłów z muzykami spoza Strzelna było mnóstwo – Piotrek Barczak czy Jacek Jackowski studiowali, uczyli się też w szkole muzycznej w Inowrocławiu, i mieli kontakty z innymi muzykami. Tylko że te projekty się nie rozwinęły, bo a to ciężko dojechać, a to coś komuś nie pasuje i tak dalej… Gdybyśmy wszyscy na przykład byli chociażby już w Inowrocławiu, to może byłoby więcej możliwości stworzenia jeszcze ciekawszych zespołów.

Żaden zespół ze Strzelna nie zarejestrował nic w profesjonalnym studio nagraniowym.
Te, w których ja grałem nie.

Nikt nic nie nagrał. Myśleliście o zrobieniu czegoś takiego?
Był moment, że myśleliśmy. Pamiętam, że z Blues Bandem zrobiliśmy nagranie. Irek Jackowski był wtedy takim, powiedzmy, realizatorem (śmiech) i nagrał kilka naszych utworów, które wysłaliśmy na jakiś konkurs, ogłoszony w którejś z gazetek muzycznych. Czy wtedy był już Tylko Rock?

Pierwszy numer Tylko Rocka ukazał się jesienią 1991 roku.
Ja to kupowałem wtedy regularnie. Przypuszczam, że tam wynaleźliśmy jakiś konkurs i wysłaliśmy, ale niestety nie udało się. Potem chyba już nie wysyłaliśmy (śmiech).

19 lat temu w Gazecie Pomorskiej ukazał się artykuł o grupach Do Widzenia i Blues Band z informacją, że Blues Band ma w planach występ na Rawie Blues. Mieliście takie plany? Jacek Łuczak śmiał się, że ta informacja to – cytuję – taki trochę ambicjonalny rozgłos (śmiech).
To raczej tak jak brat powiedział (śmiech). Nie pamiętam nic na temat Rawy.

Wróćmy do Blues Walkers. Zatrzymaliśmy się na Skierniewickiej Nocy Bluesowej – podobno do wyjazdu doszło z twojej inicjatywy?
Nie, na pewno nie. Ja się nigdy nie uważałem za jakiegoś lidera Blues Walkers. W Blues Bandzie może bardziej, ale tutaj, grając z takimi muzykami, jak Krzysiu Borowiec czy Waldek Krystkowiak – oni byli muzykami po szkołach muzycznych, technicznie grającymi o niebo lepiej niż ja – absolutnie nie miałem takich inklinacji, żeby być jakimś liderem. Byłem, powiedzmy, takim frontmanem, dlatego że śpiewałem. Skierniewice to nie był mój pomysł – ja bym podejrzewał Leszka Iwińskiego…

Pamiętasz tę imprezę?
To była taka już naprawdę, zaryzykowałbym stwierdzenie – chyba najbardziej profesjonalna impreza, na której grałem. Ogólnopolska, któraś tam z rzędu, Leszek Cichoński – wszechstronny gitarzysta, mający bluesowe inklinacje, warsztaty prowadził. Cóż mogę powiedzieć? Sądzę, że zagraliśmy nie najgorzej, ale na pewno też nie najlepiej, bo tak jak wspominałem, wszystkie te formacje z muzykami spoza Strzelna – ja to tak odbieram – nigdy nie przygotowały żadnego utworu porządnie, tak od początku do końca. To często były takie improwizacje – przyjedzie Krzysiu Borowiec, to już musi jechać, kolejna próba – nie pasuje mu, to zagramy bez Krzysia, potem komuś tam znowu… Czasami robiliśmy próby nie w pełnym składzie, a wiadomo, że w ten sposób się tego nie przygotuje tak jak powinno być. Przynajmniej tak jak ja uważam, że powinno być. Piotrek Lewandowski, który nie grał z nami w Blues Walkers, też zawsze miał tendencje, żeby zrobić jakiś utwór od początku do końca, tak wszystko jakoś poukładać. Nie wiem, może to nie zawsze jest dobre – czasami improwizacja też jest fajna, ale jakieś schematy muszą być. A właśnie w zespołach z ludźmi spoza Strzelna to z tym różnie bywało – ze względów typowo organizacyjnych, po prostu nie zawsze mogli przyjechać. To chyba też była przyczyna, że w Skierniewicach nic nie zdziałaliśmy. Tak jak mówię, zagraliśmy nie najgorzej, ale rewelacji na pewno też nie było. Też gdzieś mam ten nasz występ nagrany.

Jednym z punktów programu Nocy Bluesowej było jam session z udziałem między innymi Krzysztofa Borowca, Macieja Wróblewskiego…
Waldka Krystkowiaka. Jak to jam session – kto chciał to przyszedł, jakiś utwór potrafił trwać ze 40 minut. Tam głównie się udzielał Krzysiu Borowiec, bo on był urodzonym improwizatorem, praktycznie w każdym kawałku mógł grać bez końca. Też tam coś grałem, może nie za dużo. Pamiętam jakiegoś gitarzystę, któremu nawet się moje zagrywki spodobały (śmiech).

W Skierniewicach zagraliście swój własny utwór, pod roboczym tytułem Szymanowski.
Już nawet sam tytuł wskazuje, że to była kompozycja Piotra Barczaka – tylko Piotr mógł zadziałać w tym kierunku (śmiech). Ale czy my go wykonaliśmy?

Jacek Jackowski o tym wspomniał. Z Blues Walkers graliście swoje kompozycje?
Był utwór po polsku, ale to od ciebie się dowiaduję, że on miał tytuł Szymanowski. To była kompozycja Piotra i on to śpiewał – pozostałe ja, a ten jeden Piotrek. Jaki on ostatecznie miał tytuł i czy my go zagraliśmy na konkursie Skierniewicach, bo to był konkurs – nie pamiętam. Na pozostałych występach, w Strzelnie czy w Janikowie był grany.

A z coverów co mieliście w repertuarze?
Graliśmy Stevie Ray Vaughan’a Tightrope chyba i Couldn’t Stand the Weather – to tak maglowaliśmy troszkę, chociaż i tak nie były zrobione od początku do końca. Graliśmy też utworek Stop Messin’ Around Petera Green’a, który w tamtym czasie pojawił się na płycie Gary Moore’a.

Dlaczego Blues Walkers przestał istnieć po dziesięciu miesiącach?
Nie mam zielonego pojęcia. Chociaż przypominam sobie, że Krzysiu Borowiec był muzykiem, który grywał wtedy również gdzieś za granicą i on chyba wyjechał na jakiś kontrakt. Naprawdę, to był super muzyk – ja go wspominam jako naprawdę wysokiej klasy saksofonistę. Nie wiem, co teraz porabia – pamiętam, że w pewnym okresie grał w sekcji dętej z Marylą Rodowicz i tego typu wykonawcami. Tak mi się coś przypomina, że być może on wyjechał na kontrakt i to się tak skończyło. Tak jak powiedziałem wcześniej, takich projektów było sporo w Strzelnie i one często tak działały, że coś się działo, działo i nagle koniec. Nie wiadomo dlaczego tak było, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie (śmiech).

Żaden zespół nic nie nagrał w profesjonalnym studio, nie było też starań, żeby wydać płytę…
Rozmowy wyglądały mniej więcej tak, że na przykład na próbie coś fajnego nam wyszło, jakiś fajny fragment – O, trzeba by to nagrać!. To było na tej zasadzie – „trzeba by to nagrać”. Na tym się na ogół kończyło (śmiech). I jeszcze – A, znasz tego? No tam można by to zrobić… To były rozmowy, które do niczego nie prowadziły. Były jeszcze te różne zespoły, jak ja to nazywam – religijne czy w klimatach chrześcijańskich – też z bardzo fajnymi ludźmi spoza Strzelna. Pamiętam, też były plany, różne rozmowy… Mówiłem już o grupie Synaj. Jej historia jest trochę podobna do  Blues Walkers – jak był festiwal w Górce Klasztornej to zespół się przez kilka miesięcy przygotowywał, a jak już nie było trzeba czegoś zrobić to wszystko siadało; za rok był drugi festiwal w Górce Klasztornej – bo byliśmy tam 2 razy chyba – no to znowu zespół się zebrał i coś zrobił. Tak to wszystko wyglądało. Po jakimś czasie – nie wiem czy to było już w XXI wieku, ja coraz mniej się udzielałem i grałem. Przyszedł taki moment, kiedy stwierdziłem, że raczej i tak nigdy mi się nie uda czegoś zrobić w tym sympatycznym towarzystwie strzeleńskim – z Leszkiem Iwińskim, Piotrkiem Barczakiem, bratem czy z Piotrkiem Lewandowskim.

Masz jakieś pamiątki po Blues Bandzie czy Blues Walkers – plakaty, zdjęcia? Wspomniałeś o nagraniach…
Plakatów nie mam żadnych. Mam kilka zdjęć, które chętnie mogę udostępnić. Jeżeli chodzi o nagrania to na pewno mam zapisy wideo kilku występów Blues Bandu. Z Amfiteatru – to był konkurs, Zbyszek Nosek prowadził konferansjerkę. Mam występ z Pińska – chyba fragmenty, bo w całości na pewno nie był nagrany. Są też fragmenty dwóch lub trzech koncertów z Kina. Mam też kilka występów Blues Bandu w wersji audio, zarejestrowanych jakimś kaseciakiem. Blues Walkers mam na pewno ze Skierniewic i z Rynku – nie wiem czy to jest w całości, musiałbym przejrzeć.

Masz to jeszcze na kasetach VHS czy już przerobione na DVD?
Mam to zgrane na DVD, bo już nie mam odtwarzacza na kasety VHS. Ostatnio trochę się zajmuję sprawami, związanymi z filmami, więc potrafię to obrabiać. Może jeszcze w sierpniu będę miał trochę czasu, to mógłbym się za to zabrać i tak zmontować, żeby miało ręce i nogi, bo jest tam taki ogólny bałagan.

Po Blues Walkers nie ma już grania niezarobkowego?
Takiego stricte rockowego to nie. Potem, jako nauczyciel, zacząłem się zajmować przekazywaniem tych swoich pasji młodszemu pokoleniu (śmiech).

Jednym z efektów tego przekazywania pasji była płyta Ewy Siekacz Po Prostu.
Trudno to nazwać płytą.

Nagranie było.
Nagranie było, ale to nie była płyta wydana oficjalnie. W tym pomógł mi najpierw chyba „Kryniu” Krąkowski, którego znałem już z tego naszego wspólnego muzykowania. On mi polecił kolegę z zespołu Malarze i Żołnierze – Stasia Holaka, który zajmował się takimi nieprofesjonalnymi nagraniami. W tej chwili to ja takie nagrania robię sam (śmiech).

Tak, ale minęło kilkanaście lat – technicznie wszystko poszło do przodu.
On wtedy miał programy komputerowe do rejestracji dźwięku i miał pojęcie, że tak powiem, jak się za to zabrać. I nagrał Ewę. Ja wtedy tego nie potrafiłem zrobić – nie miałem ani takiego sprzętu, ani takiego oprogramowania. To się odbywało u niego w domu.

Ile kopii Po Prostu zrobiliście?
Zrobiliśmy chyba kilkadziesiąt kopii. Pamiętam, że w sfinansowaniu tego projektu pomógł mi pan Kazimierz Chudziński, wtedy szef Towarzystwa Miłośników Miasta Strzelna. I chyba właśnie on wysupłał jakieś pieniądze jako Towarzystwo – tak mi się to teraz przypomina. Mieliśmy audycję radiową w Radiu „I”, w którym przeprowadzono wywiad z Ewą i ze mną, zaprezentowano kilka nagrań. Również mam to gdzieś zarejestrowane.

Festiwal Piosenki Angielskiej I Nie Tylko to pokłosie twojej fascynacji The Beatles i muzyką brytyjską?
Dokładnie.

A skąd koncepcja na filmy w języku angielskim, które przygotowujecie w Szkole Podstawowej we Wronowach?
O koncepcji na filmy możemy zrobić osobny wywiad (śmiech). To są te moje fascynacje beatlesowsko-brytyjsko-monthypythonowskie, że tak to określę (śmiech). A pomysł? Ile można robić ćwiczeń z gramatyki na kółku języka angielskiego? To po prostu już nudne. Tak zaczęliśmy się bawić w film i w tym miejscu chcę podziękować panu Karolowi Koprowskiemu, który drugi rok z rzędu pomaga nam w realizacji filmów. Wiadomo, żeby powstał film to musi być operator, musimy mieć kogoś, kto się na tym zna i kto ma dobry sprzęt. To jego wielka zasługa, że w ogóle się w to bawimy. Premiera drugiego filmu właściwie jeszcze się nie odbyła, planujemy ją we wrześniu – po prostu z różnych względów się nie wyrobiliśmy (więcej na temat filmów tutaj - przyp. erbe).

Zaczęliśmy muzykowaniem i muzykowaniem zakończmy – wciąż grasz czy jesteś nastawiony tylko na odbiór?
Teraz raczej głównie słucham. Oczywiście 22 czerwca byłem na koncercie Paula McCartneya, bo jakże bym mógł nie być? Na Claptonie 8 czerwca, 2 lata temu Ringo Starr… Widziałem więc na żywo obydwóch żyjących Beatlesów. Gram sobie raz po raz dla siebie. Czasem się zdarzy, że kogoś edukuję troszkę, w kontakcie z gitarą (śmiech).

(sierpień 2013)