Pamiętam takie oto zdarzenie – druga połowa lat osiemdziesiątych, na skrzyżowaniu dzisiejszych ulic Kolejowa, Powstania Wielkopolskiego i Św. Ducha mijam kilkuosobową grupę charakterystycznie wyglądających ludzi – dłuższe włosy, dżinsowe kurtki z plakietkami czy naszywkami, czarne spodnie, buty z wyciągniętymi „jęzorami”…
Sofiksy (śmiech).

W tej grupie byłeś też ty. Jestem kilka lat młodszy od ciebie – wówczas wywarliście na mnie spore wrażenie, byliście jak ludzie nie z tego świata (śmiech). Opowiedz jak wyglądało życie młodego fana muzyki metalowej w końcówce PRL-u w takim małym mieście jak Strzelno.
Pamiętam dokładnie czasy, kiedy nie rozumiałem jak ktoś kupuje plakaty zespołów i wiesza je sobie na ścianach. A wszyscy to robili. Pamiętam Irka Wyborskiego, który miał plakaty Papa Dance, Neny, potem Modern Talking oczywiście, Europe – z Dziennika Ludowego; każdy z tych kolesi był osobno na swoim plakacie. Chociaż jak były czasy Europe, to już właściwie interesowałem się muzyką, ale wcześniej nie rozumiałem tego, bo siedziałem w samochodach z kolorowych gazet – wycinałem sobie obrazki i wklejałem je do zeszytów. Takie było maniactwo – te zeszyty do dzisiaj istnieją u mamy w piwnicy (śmiech). Czynne zainteresowanie muzyką się pojawiło później, ale już z ojcem, pamiętam, oglądałem Telewizyjną Listę Przebojów i jak tam zobaczyłem Azyl P. Nasz jedyny świat, to nie wiedziałem co to jest w ogóle, ogłupiałem. Z rockowych zespołów jeszcze był taki heavy metalowy zespół z Warszawy, Korpus – nie pamiętam tytułu utworu, ale to też było ostre granie. A potem Krystyna Prońko, Krystyna Giżowska, Anna Jurksztowicz, Hanna Banaszak, Bogusław Mec – tego się słuchało, bo to było w Telewizyjnej Liście Przebojów. Duże znaczenie miała znajomość ze Sławkiem Antkowiakiem. On wraz z Grzegorzem Błachutem od początku muzyki słuchali – Trójka, Luxembourg, Głos Ameryki, Rozgłośnia Harcerska. Ja tego w domu nie ściągałem w ogóle – miałem radio Duet – stereo, fajne, ale tego nie mogłem ściągnąć, a oni tego słuchali non stop.

Koledzy z ławy szkolnej?
Akurat z mojej klasy – B. W klasie A zainteresowani muzyką byli Robert Brzuszczak i Marcin Rawski, mieli sporo płyt. W klasie B byliśmy ja, Sławek Antkowiak, Grzegorz Błachut, Arek Bazelak i Wiesiek Brzuszczak, kuzyn Roberta. Oni profesjonalnie właściwie się tym zajmowali. Stąd też angielskiego się nauczyliśmy – to było ważne.

Nie powiem, że wówczas, u zbiegu ulic Kolejowa, Powstania Wielkopolskiego i Św. Ducha się was nie przestraszyłem, ale chyba tak właśnie było. Jak byliście odbierani w środowisku, w szkole? Na pewno wyróżnialiście się strojem.
Sławek Antkowiak i Grzegorz Błachut się nie odróżniali w ogóle, oni byli tradycyjni, jedynie łańcuszek od zegarka sobie przy spodniach powiesili i to był ich bunt (śmiech). Ja zacząłem zapuszczać długie włosy. Babcia mi dawała pieniądze, żebym je ścinał. Mama oczywiście też mnie ścigała z tego powodu, nawet musiałem siedzieć po cichu w domu, jak ona wracała o trzeciej godzinie z pracy, żeby sobie audycję Muzyka młodych nagrywać na kasety. Najbardziej radykalny w naszej grupie był Arek Bazelak. On mieszka teraz w Inowrocławiu, w ogóle nie wiem co z nim jest. W klasie to był niezły anarchista, długie włosy mógł mieć w szkole podstawowej, pan Szmyd (Wacław Szmyd – nauczyciel, Szkoła Podstawowa nr 2, dzisiaj im. A.A. Michelsona – przyp. erbe) go ścigał za to, mówił – A ty wyglądasz jak Sex Pistols (śmiech). Czyli pan Szmyd już znał Sex Pistols (śmiech), a my Sex Pistols nie słyszeliśmy w ogóle. Arek Bazelak pokazywał mi pierwsze single z Tonpressu, niektóre fajnie wydane, bo były nawet zdjęcia z koncertów. Pierwszy singiel TSA – jak to zobaczyłem to byłem w szoku. A ja ani adapteru nie miałem, nic nie miałem, żadnych narzędzi, żeby to odtworzyć (śmiech). Arek miał wsparcie od starszego brata. On się z nim trzymał, a jego brat trzymał się z „Zygą”, czyli z Grzegorzem Wojciechowskim, „Siwym”, czyli Piotrem Pawełkiewiczem – od motocykli, i Maciejem Michalakiem. Tak jak ty nas widziałeś, to my ich wcześniej widzieliśmy i to oni dla nas byli szokujący (śmiech). Jak był pierwszy Iron Maiden w Polsce to oni Arka zabrali. To był szok – my Iron Maiden znaliśmy tylko z plakatów, muzyki nikt nie słyszał nigdy (śmiech). A pierwszy plakat Iron Maiden był w tygodniku Razem. Musiała wystarczyć sama wyobraźnia i kiosk na PKS – to było też nasze źródło wiedzy, tam kupowaliśmy Razem, Na Przełaj, Dziennik Ludowy, Zarzewie, Non Stop – ten czarno-biały, a potem, po wielu latach – kolorowy, Zielony Sztandar, Sztandar Młodych, Świat Młodych, Wybrzeże czy Scenę. To ciekawe w jakich gazetach w ogóle się ukazywały materiały o muzyce. A wtedy prasy było pełno, w kioskach było mnóstwo gazet. W tygodniku Wybrzeże  - o morzu, dla marynarzy czy tam dla kogoś, też tutaj się ukazywała – zawsze była taka gwiazdka, że w środku jest plakat. Przypuszczam, że gdzieś w ’85 roku pierwszą Scenę kupiłem, a tam Ozzy Osbourne na plakacie – widziałem go po raz pierwszy. Teraz mi się to przypomina, że od samego początku mama mi dawała pieniądze na prasę, nie było z tym problemu. Ojciec czytał Dziennik Wieczorny, Gazetę Pomorską i Magazyn Polski – to był taki jakby Reader’s Digest ówczesny (śmiech). Ja chodziłem po te gazety, a jak już zobaczyłem gazetę w kiosku, jakieś coś tam, no to człowieka zainteresowało – i pewnie stąd to dzisiejsze moje czytelnictwo. W podstawówce metalem się interesowaliśmy, bo dużo czytaliśmy. Był wspomniany Non Stop, był Magazyn Muzyczny. Pamiętam Magazyn Muzyczny -Jazz, czyli tam było o wszystkim właściwie – i muzyka jazzowa, i muzyka klasyczna nawet też się pojawiała. Potem się już zmieniło na bardziej rockowy, czyli Magazyn Muzyczny, zostało same „MM” takim szlaczkiem kaligrafowane. Tam Jacek Demkiewicz pisał dużo o metalu i prezentował całą amerykańską scenę thrash metalową, czyli zespoły Metallica, Antrax, Voivod, Overkill, Possessed… I tygodnik Na Przełaj z Krzysztofem Brankowskim oczywiście. W Na Przełaj była lista przebojów Metal Top 20 Brankowskiego i Marka Gaszyńskiego. „Jarocin”, te satanistyczne msze, pierwsze teksty Owsiaka o muzyce – Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników – to wszystko w Na Przełaj się działo. Nikt tego nie czytał w klasie, tylko ja, Antkowiak, Błachut i Bazelak raz po raz. My non stop w gazetach siedzieliśmy, do szkoły się gazety nosiło jako szczeniak i pod ławką czytało. Czekało się na te gazety po siódmej rano, jak przyjechały do kiosku na PKS. Pamiętam te panie z kiosku, z panem Boesche – seniorem  staliśmy zawsze w kolejce, jeszcze przed otwarciem… Co za czasy (śmiech)! Pani liczyła gazety, my czekaliśmy, nie sprzedała dopóki wszystkich nie policzyła – rozpakowała 2 kartony, rozłożyła i dopiero wyciągała, miałem swoją teczkę…

Muzykę zdobywaliście z radia?
Muzykę tylko z radia. Pierwszy magnetofon to chyba na komunię dostałem. Pierwszą piosenkę, jaką nagrałem na ten magnetofon to był Jermaine Jackson – jakiś tam utworek taki znany, a pierwszą płytę nagrałem też z audycji jakiejś, to było Skorpions World Wide Live – non stop jej słuchałem. W radiu słuchaliśmy audycji Romana Rogowieckiego, Wojciecha Manna. Wtedy była taka historyczna audycja, w Internecie ciężko ją znaleźć, Metalowe tortury – Mann prowadził z Rogowieckim w Trójce. A Marek Gaszyński, ten od Czerwonych Gitar, dzięki wspomnianemu Krzysztofowi Brankowskiemu, promował ostrą, thrashową muzykę – to była audycja Muzyka młodych, leciała w Dwójce, w każdy poniedziałek od 15:00, zaraz po audycji o muzyce ludowej – końcówki tej audycji się też słuchało… Czołówka Muzyki młodych – fragment utworu Running Wild. Tam leciały zespoły hard rockowe jak Magnum, Gary Moore, AC/DC, glam metalowe jak Cinderella, Poison, Mötley Crüe i zarazem głębokie podziemie trashowe, bo Brankowski skądś dostawał te kasety i płyty. Tak to by tego nigdy nikt nie puścił. Marek Gaszyński – jak ja dzisiaj patrzę na Marka Gaszyńskiego – jak on mógł wtedy to robić, jak on się na to zgodził, na takie czady, na muzykę bez muzyki właściwie (śmiech)? W telewizji była audycja Krzysztofa Szewczyka, teraz to on prowadzi Wideotekę Dorosłego Człowieka, a wtedy była Wideoteka. Szewczyk też był w ekipie Manna i oni przemycali powoli hard rocka i metal. Mieliśmy czarno-biały telewizor Ametyst, nic prawie nie było widać… To były historyczne rzeczy – pierwsza Wideoteka, on zapowiadał, że pierwszy metalowy zespół puszcza, tworząc taki kącik metalu, to był teledysk Mötley Crüe Girls, girls, girls, a potem 2 teledyski Ozzy Osbourne’a, Aerosmith. Pamiętam, kabel „piątka” do telewizora i nagrywałem na magnetofon Wilga, a tam było tak, i to mnie zawsze wkurzało w tych Wilgach, że pierwsze wciśnięcie klawisza „record” i zaraz taki pogłos się zrobił duży, dopiero potem ten utwór jakoś normalnie leciał. A później sensacja – teledysk Europe The Final Countdown. Wszyscy od razu słuchali  Europe – podobnie jak dorośli oglądali w całym kraju te same seriale.

A kiedy pojawił się pomysł, żeby samemu zacząć grać?
Do grania było daleko. Podstawówka – w ogóle nie było możliwości grania. Arek Bazelak próbował coś tam grać. „Zyga” i Maciej Michalak grali bluesa przeważnie. My wtedy do bluesa jeszcze nie dorośliśmy. Kończąc podstawówkę z Arkiem Bazelakiem i z Wiechem Brzuszczakiem mieliśmy iść do FSM-u do szkoły, bo ojciec chciał, żebym poszedł w świat po prostu, coś zobaczył. I całe szczęście, że tak się stało. W końcu się okazało, że oni gieroje jak zwykle – to oni na imprezy chodzili, mnie nigdzie nie puszczali, a to ja pojechałem na Śląsk, a oni zostali w domu (śmiech). A na Śląsku szok od razu. Pierwszy dworzec kolejowy, patrzę, potężne plakaty z okładek płyt Venom, Iron Maiden, Anthrax, Testament, Sodom… A jeszcze tuż przed wyjazdem na Śląsk – to też ważne wydarzenie – do państwa Sidorowiczów (wówczas sąsiedzi Sławka – przyp. erbe) przyjechał ktoś z Ameryki, młody człowiek, wtedy o wiele starszy od nas, którego ciotka z Krakowa odbierała. To była słynna historia wtedy – już na lotnisku zaraz mu ciocia kazała ściąć włosy, bo wyglądał jak Jon Bon Jovi i on już do Strzelna przyjechał z obciętymi włosami. Jak on miał na imię? Robert czy tak jakoś… On mi mówił, że uczył się grać na gitarze w szkole Satrianiego, tych szkół na pewno tam było pełno, i wyciągnął taki futerał z kasetami. Ja patrzę – przejrzyste kasety, to już ogłupiałem, nigdy nie widziałem przejrzystych kaset (śmiech). Jedną mi dał w prezencie, mam ją do dzisiaj jeszcze. To nie były kasety do sprzedaży. Okazuje się, że on musiał pracować w jakimś sklepie muzycznym, w wytwórni Combat Records albo gdzieś tam, bo to były demówki tak zwane, ale nie demówki nagrywane w piwnicach przez zespoły, tylko demówki studyjne między wytwórniami – ta akurat między Combat Records a Camelot Records. I nim się ukazała pierwsza płyta zespołu Death Scream Bloody Gore, to ja to nagranie miałem w Polsce. Na tej kasecie było pierwsze nagranie Agnostic Front Existence of Hate, Voivod Killing Technology, Dark Angel, Ludichrist, Crumbsuckers, Nuclear Assault, Heathen – zupełny unikat wtedy. Takich brzmień to nie słyszałem nigdy wcześniej. Pamiętam, że ja jemu w prezencie kupiłem Heavy Metal World TSA, bo była kaseta, kupiona u pani Wiatrowskiej. O, księgarnia pani Wiatrowskiej to też historia…

U pani Wiatrowskiej, to była chyba Księgarnia „Piastowska” – siedzibę miała przy Rynku, kupiłem swoją pierwszą kasetę. Nie pamiętam jednak, czy w ofercie sklepu było dużo muzyki. Kupiłeś tam coś jeszcze oprócz Heavy Metal World TSA?
Oczywiście. Pamiętam z witryny okładki słynnej metalowej trylogii z licencji: Crossfire Second Attack, Faithful Breath Gold’n’Glory, Steelover Glove me. Potem irokeza z okładki The Exploited On Stage, NRD-owski Karat Live 10 Jahre auf dem Weg zu Euch, Stalin Staccato Live Poland, The Herrey’s trylogię z Metalmanii 1987, Exumer Possessed By Fire, Venom Possessed, TSA Heavy Metal World, ale wydanie z pięciozłotówką na okładce, składanki Top’84. Kasety Pronitu, Tonpressu, Polskich Nagrań. Kasety Zdzisławy Sośnickiej, Zbigniewa Wodeckiego, Mazowsza, takiej kapeli zaproszonej do Sopotu – The Milk And Cofee, Turbo Smak Ciszy, Budkę Suflera, składankę pod tytułem Metal Invasion z takimi kapelami jak Wilczy Pająk, Dragon, Stos, Open Fire i wiele innych dziwactw. Dziś tego budynku już nie ma (został przebudowany, a w pomieszczeniu po księgarni jest sklep obuwniczy – przyp. erbe). Doskonale pamiętam układ książek, płyt i kaset w obu witrynach. Pani Wiatrowska też organizowała kiermasze książek i płyt w szkołach. Nie pamiętam motywu tych spotkań, ale może chodziło o jakiś dzień książki albo coś takiego. Ludzie dużo kupowali. Pamiętam Zbyszka Kubisa z singlem New Order Blue Monday/Thieves Like Us – taka biało-czerwona okładka. Ja kupiłem wtedy wydaną przez KAW biografię Maanam. Polonista, pan Wegner (Eugeniusz Wegner – nauczyciel, Szkoła Podstawowa nr 2 – przyp. erbe), nawet zwrócił na to uwagę, pytając jak długo ta muzyka się ostanie. Pamiętam też, że tych pozycji chyba nikt nie kupował, bo mam wrażenie, że widywałem je tam przez kilka sezonów. Winyle u pani Wiatrowskiej były podwieszone na lince nad książkami, które były rozłożone pod nimi. A pierwszą kasetę kupiłem u pana Dudka – dzisiaj ul. Św. Ducha, naprzeciw budynku poczty.

To ja tam kupiłem pierwszy magnetofon, Kasprzaka (śmiech).
Bo to był sklep przede wszystkim ze sprzętem audio. Można było tam nabyć czyste kasety i taśmy szpulowe oraz dosłownie kilka tytułów z wydawnictwa Polmark. I to właśnie metalowe – Turbo Alive, składanka Polish Heavy Metal – z kapelami Stos, Destroyer, Kat, Turbo, Open Fire, debiut kapeli Wilczy Pająk z Poznania. Często z kolegami tam zaglądaliśmy by popatrzeć na gramofony, magnetofony kasetowe i szpulowe, czy kolorofony – to dopiero dziwactwo, sprzęt nagłośnieniowy. Pamiętam dwie lady w kształcie litery „L”. Na półkach zawsze stał jakiś sprzęt.

Tylko w tych dwóch sklepach można było kupić kasety i płyty?
Tylko te 2 sklepy. Winyle tylko u pani Wiatrowskiej. I trochę  singli tonpressowskich w kioskach Ruchu. Pamiętam Janerkę, Deef, Variete, Trzeci Oddech Kaczuchy, T.Love Alternative w kiosku na PKS, witryna od strony kamienicy. Zdaje mi się, że sporadycznie duże winyle też pojawiały się w kioskach.

Płyty i kasety w Strzelnie – fajne czasy (śmiech). Wróćmy do gościa z Ameryki…
(śmiech) W Empiku, KMPiKu – tak to się wtedy nazywało, sklep przy Teatrze w Inowrocławiu, kupiłem płytę winylową Turbo Kawaleria Szatana. To i TSA dałem mu w prezencie i chciałem, żeby mi przysłał, jeżeli może, Reign In Blood Slayera i Peace Sells… But Who’s Buying? Megadethu – słyszałem o nich w Metalowych torturach. Nie przysłał, ale miałem tę kasetę – i to była rewolucja. A jak pojechałem na Śląsk to te wszystkie zespoły z tej kasety sobie kupiłem w tych tak zwanych kramach muzycznych. Jak zobaczyłem tam te piraty – było takie wydawnictwo Mag Records, to byłem w szoku ile tych kaset jest – Death, potem Sodom, Bathory, Sarcofago, Holy Terror, Mercyful Fate… Stamtąd jeszcze było daleko do grania. Będąc już w pierwszej klasie zawodówy przyjechałem do Strzelna i okazało się, że młodzi ludzie dorośli. W moim wieku był Robert Szczepaniak. Ja go poznałem przez Darka Piechockiego, który wtedy siedział w środowisku mogileńskim – on z Mogilna pochodził, a jego ojciec się tu przeprowadził, bo był nadzorcą i zarazem pracownikiem Mogileńskiej Fabryki Mebli (zakład nazywał się chyba Mogileńskie Fabryki Mebli – przyp. erbe), mającej zakład koło Kina. A Mogilno miało większy dostęp do muzyki przez to, że tam linia kolejowa i Poznań raz dwa był. Darasa w Strzelnie spotkałem tak jakoś przypadkiem. Oni się dowiedzieli, że ja jestem na Śląsku, że mam tę muzykę – coś tak było, nie pamiętam dokładnie. Oni siedzieli w Venom. Ja też Venom znałem, ale to był taki łomot, że ja jeszcze nie byłem zdolny tego słuchać, a oni naprawdę Venom lubili (śmiech). W pewnym momencie mówią – Jesteśmy tutaj, w Strzelnie, dalej – zakładamy kapelę. Darek Piechocki był na perkusji, Robert Szczepaniak na gitarze, ja na wokalu i Jacek Łuczak na perkusji – nasz pierwszy koncert z Jackiem.

Dwóch perkusistów? Jak się nazywaliście?
Extermination. Nawet w paru fanzinach informacje są – mam gdzieś te wszystkie artykuły. W Liceum, w takiej sali na górze, nagraliśmy tak zwane Official Rehearsal, czyli Oficjalna taśma demo z próby. To były 4 utwory, okładka z Baphometem – obraz Francesko Goi Sabat czarownic. Gdzieś to mam – muszę w piwnicy poszukać, bo mam takie teczki. W fanzinach też to jest, bo demo wysyłaliśmy do fanzinów, wtedy tylko do polskich fanzinów, bo za granicę nigdzie nie wysyłałem. Ukazały się jakieś recenzje. To nie było nic oryginalnego, takie pierwsze granie. Solówek oczywiście żadnych, bo żadnego warsztatu chłopaki nie mieli na gitarach. Teksty sam pisałem. Raz przerobiłem jedną z pieśni kościelnych, pogrzebowych właściwie – Anielski orszak (śmiech). W ogóle te pieśni kościelne, jak się to odpowiednio zaaranżuje, to jest taki doom metal, że aż się w głowie nie mieści. Na tym się wzorują do dzisiaj najlepsze zespoły, na przykład Black Sabbath czy grupy japońskie typu Church Of Misery.

Jacek Łuczak wspominał Extermination jako perkusista grupy.
Właściwie było tak, że Jacek Łuczak niechętnie z nami występował. Gdy przyszło do koncertu to, nie wiem czy to można tak mówić, ale ktoś mu nie pozwolił grać, albo coś takiego. Jak zagraliśmy w Amfiteatrze to pani Maria Nowak, co uczyła muzyki (w Szkole Podstawowej nr 2 – przyp. erbe), była zszokowana i odeszła, tak ostentacyjnie nawet, a ludzie słuchali sobie, brawo bili… Pamiętam jej minę, jak patrzyła (śmiech)… A pan Kwiatkowski, wtedy dyrektor Domu Kultury, nam pogratulował, mówi – Jak pan może tak się drzeć? (śmiech).

W którym to było roku?
Wtedy jeszcze mój ojciec żył – to musiał być gdzieś ’90 rok. Graliśmy my, grał zespół „Zygi” i Macieja Michalaka, ten bluesowy – oni covery Dżemu grali, różne takie rzeczy, potem jeszcze parę innych zespołów, pan Kotecki ze swoim repertuarem – była potańcówa. My ze swoim metalem otwieraliśmy koncert, darłem się w niebogłosy. Fajnie było. Przyjechali ludzie z Mogilna, pierwsze pogo w Strzelnie chyba wtedy było (śmiech), bo kto to miał robić wcześniej (śmiech) – szaleli, pierwsze naszywki na plecach, takie dżinsowe bezrękawniki. Darek Piechocki wtedy był na perkusji, jego kuzyn z Mogilna przyjechał pomóc nam na basie – Maciej Piechocki się nazywał. A Jacek nie pojechał chyba z nami na żaden koncert, może raz do Janikowa… Nie pamiętam, czy on się wtedy odważył, ale chyba pojechał do Janikowa, do Ośrodka Kultury – była taka wymiana między Domami Kultury w Strzelnie i w Janikowie. To też był dobry koncert, taki typowo metalowy. Grał zespół z Janikowa, Nostradamus się nazywał, potem jeszcze jakiś inny, ale już nie pamiętam nazwy. My graliśmy, zdaje się, jako gwiazda, czyli na końcu. Wyskoczyliśmy coverem szwajcarskiego Samaela. Byliśmy zainspirowani nowymi kapelami, jakie się pojawiły – Samael czy Paradise Lost, a chłopaki potrafili zrobić klimat tego ciężkiego brzmienia i tej surowości. Na scenie zresztą adrenalina działała, człowiek dawał z siebie wszystko, mimo że to było na pewno amatorskie. W ogóle zagraliśmy może z 5 koncertów. W Strzelnie na pewno były 2. Próby mieliśmy w budynku Straży Pożarnej (w budynku OSP mieściła się siedziba Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji – przyp. erbe) i w Kinie. Oczywiście nie chcieli nas słuchać, bo za głośno hałasowaliśmy (śmiech). Extermination to było pierwsze doświadczenie. Pamiętam, Robert Szczepaniak – ja jeszcze wtedy nie siedziałem w fanzinach, a on już korespondował na przykład z Vaderem, miał ich pierwszą taśmę demo, dzisiaj rarytas. Zaczął też korespondować z zespołami z zagranicy. Ja na Śląsku zapisałem się na angielski, mówię – No coś trzeba zrobić, żeby tego angielskiego się nauczyć. W Tychach, w ogóle na Śląsku,  były uniwersytety dla pracujących – poszedłem z kumplem z mojej szkoły, byłem najmłodszym uczniem. To i tak, że się wtedy odważyłem na taką systematyczną naukę… To dlatego, że chciałem napisać pierwszy list do jakiejś kapeli. Pamiętam, napisałem do kapeli Torture z Chile, gdzieś tam miałem ulotkę. Nie odpisali oczywiście. Pamiętam ten list – źle go napisałem (śmiech). Potem już było dobrze. Robert Szczepaniak korespondował z kapelą Impaler z Anglii i Pulp – nie ten znany, postrockowy. I oni mu przysłali kasety. Fajnie, bo to wiadomo – zaczęliśmy sobie kopiować, słuchać. Darek Piechocki miał kontakt z Mogilnem, też przynosił jakąś muzę… No i ja na Śląsku oczywiście muzykę miałem. Swego czasu były te korespondencyjne nagrywalnie. Była taka nagrywania Bloodlust Krzysztofa Gerwatowskiego z Bielska-Białej. Można było u niego kasety zamawiać albo wysyłać swoje. Świetnie nagrywał, miał dostęp do wszystkiego właściwie, na bieżąco nam przysyłał – wszystko oczywiście tradycyjną pocztą, bez żadnych e-maili, niczego (śmiech), ale w kilka dni się rozwiązywało. Na Śląsku dostawałem potężną wypłatę plus deputat węglowy i stypendium – to wszystko szło na to. Miałem setki kaset i to przywoziłem do Strzelna, ludzie kopiowali sobie. Z Inowrocławia też sobie kopiowali – oni tam coś innego nagrywali, ze Szczecinka, ale tam była o wiele gorsza jakość, działali tam oszuści właściwie (śmiech).

Ty byłeś na Śląsku, a zespół w Strzelnie?
Tak, zespół był w Strzelnie. Mieliśmy właściwie 4-5 utworów, cały czas je graliśmy… Z Extermination, tak jak ze wszystkimi kolejnymi zespołami – widać, że nie dane mi było zostać muzykiem i tyle (śmiech). Chłopaki na pewno chcieli grać, najbardziej Darek Piechocki. Ja na wokalu, bo mi to najbardziej pasowało. Próbowałem też się uczyć na basie, pamiętam, ciotka chrzestna mi załatwiła bas, ale nie miałem cierpliwości – parę rzeczy się nauczyłem i potem tak wszystko leżało.

Co po Extermination? Na Śląsku byłeś do którego roku?
’88-’91. Jeszcze pamiętam, to był ostatni rok na Śląsku, Darek Piechocki cały czas chciał grać i grał w Mogilnie. Wtedy chodził nasz fajny pociąg – 14:00 do Mogilna. Darek Piechocki mi sponsorował bilety – tak chcieli grać! Wysiadaliśmy w Mogilnie i szliśmy gdzieś w okolice PKS i PKP, bo tam mieszkał Krzysztof Małecki. On świetnie grał, na przykład po swojemu przerabiał utwory Slayera. Daras na perkusji też sobie świetnie radził – potem raz po raz na basie i na perkusji. Krzychu oczywiście „diabeł”, takie tam pierdoły (śmiech), ale krótkie włosy, nie wyglądał na metala. W garażu miał dosyć fajny sprzęt, wzmacniacze – to już było naprawdę dobrze słychać. Wtedy wyszła płyta Slayera South of Heaven i te utwory graliśmy, ja śpiewałem. To też było fajne, ale to nie był skład, żeby przygotować się do koncertu i było na tyle daleko… Byłem zbyt leniwy. Im chyba podobał się mój wokal, bo rzeczywiście dawałem z siebie wszystko i to im pasowało, ale takie kiełbie we łbie miałem jako muzyk – zero konsekwencji do ćwiczeń. Zmarnowane lata po prostu (śmiech). Tak jak teraz czytam Krzysztofa Vargę z Gazety Wyborczej – on też mówi, że napisał powieść o tym, jak kiedyś chciał zostać muzykiem i nie udało mu się (śmiech).

Pamiętam też twoje występy z Mojrą, w Strzelnie graliście…
Z Mojrą to było później. Demo nagraliśmy w 1994 roku.

 


Mojra – okładka kasety „Demonstration Rehearsal Tape”
(ze zbiorów Sławomira Tarczewskiego)

Zacznijmy od pisowni – Mojra przez „y” czy przez „j”?
Zawsze przez „j”. Pomysł na nazwę był od Jacka Mikołajczaka – gitarzysty. Żeby doszło do Mojry to trzeba było przejść ewolucję muzyczną, już nie tylko metal. A to się stało dzięki Śląskowi, bo tam się człowiek osłuchał trochę, zaczęło się słuchać też innych płyt. Oczywiście sam thrash metal był ważny – Metalmanie, Metalfesty wszystkie, to się jeździło. Do Katowic jeździliśmy do profesjonalnych sklepów muzycznych, bo te w Tychach to były takie kramy muzyczne ze wszystkim – disco polo i pierdoły. Katowickie już były poważniejsze, oczywiście była ściana z metalem, ale też była ściana z Joy Division, Exploited – takie rzeczy. To wtedy jakoś jeszcze odstręczało, nie słuchałem tego, nie wiem czemu – taki był okres chyba nastoletni, ale pierwsze rzeczy już wchodziły. W Strzelnie, to jeszcze ze Sławkiem Antkowiakiem słuchaliśmy Beksińskiego – Xmal Deutschland, Clan of Xymox, Dead Can Dance, Closterkeller… Ta muzyka gdzieś we mnie została. Słuchało też Rozgłośni Harcerskiej – Program Czwarty świętej pamięci, obecnie reaktywowany – tam leciał Deuter, takie rzeczy… To było szokujące doświadczenie. Dezertera wtedy pierwszy raz słuchałem. Szokujące było to, że wtedy żaden metal się nie równał z siłą Dezertera – to była brudna muzyka i taka rasowa sieka. Ale wróćmy na Śląsk. Tam skończyłem zawodówkę i złożyłem papiery do Gliwic na elektroenergetykę. Coś mi jednak odwaliło, nie chciałem już dalej być na Śląsku, zabrałem stamtąd papiery i do „Mechana” (Zespół Szkół Mechanicznych i Elektrycznych w Inowrocławiu, dzisiaj Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 3 – przyp. erbe) złożyłem. „Mechan” to było takie konserwatywno-prawicowe środowisko, czyli jak metal to metal i nic więcej (śmiech), ale tam poznałem też ludzi, którzy słuchali lżejszej muzyki – Faith No More, Joy Division, Bauhaus… Z Mogilna ważnych ludzi poznałem, którzy słuchali Bauhaus, The Cure… Człowiek zaczął się osłuchiwać z tym coraz bardziej, uświadamiać właściwie. Przy szkole powstała taka hala targowa, był kram muzyczny z kasetami, też pirackimi, takimi jak na Śląsku. Pamiętałem utwory Dead Can Dance z Trójki i jak tam wszedłem, zobaczyłem Serpent’s Egg Dead Can Dance, to zaraz to kupiłem. Jak ten Dead Can Dance zacząłem „tłuc” i sobie to odświeżać, to oczywiście poszło dalej – były pieniądze, więc się kupowało następne kasety, Clannad/Enya, Sisters Of Mercy, Eloy, Marillion… Znaleźli się ludzie, którzy chcieli grać taką alternatywną muzykę, no to dawaj – człowiek był otwarty – i tak powstała Mojra. Pierwsze próby były w Ośrodku Kultury „Pszczółka”. Zagraliśmy chyba z 6 koncertów, była kaseta, zarejestrowana w studio w Kruszwicy – takim improwizowanym, ale się okazało, że wszyscy chwalili nas za jakość, że jak na próbę to świetnie wszystko się udało.

 


Mojra – recenzja z „Holocaust Zine” (nr 6)…

 


…i „Dark Zone” (nr 4 z 1994 roku). W każdej był podany adres kontaktowy do Sławka - 
część usunąłem (ze zbiorów Sławomira Tarczewskiego)

Teksty były twojego autorstwa?
Teksty wszystkie moje były, tam raczej nie ściągałem z nikogo.

Wspomniałeś, że Mojra to już nie był sam metal, że były inspiracje Joy Division, The Cure…
Tak, bo w tym siedział gitarzysta. Perkusista natomiast był punkowcem, ale też mu się to bardzo podobało. Ja byłem ze środowisk różnych, a klawiszowiec, który też imitował bas na klawiszach, bo nie mieliśmy basisty, to był człowiek, który grał na weselach. On raczej lubił prostą muzykę dyskotekową i w takich środowiskach się kręcił, ale bardzo nam się przydał, świetnie się z nim grało.

W Mojrze tylko ty byłeś ze Strzelna?
Tylko ja byłem ze Strzelna, pozostali – Inowrocław. To właściwie było ściśle związane z Inowrocławiem, bo tam byłem w technikum.

Jak doszło do tego, że Mojra zagrała w Strzelnie na koncercie pożegnalnym zespołu Do Widzenia w październiku 1994 roku?
Z tego co pamiętam, w Strzelnie 2 razy graliśmy. Na pewno graliśmy na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Występ na pożegnalnym koncercie Do Widzenia jedynie mógł być związany z tym, że nas znano wcześniej z tej Orkiestry.

W takim razie jak trafiliście na Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy?
Ja nawiązałem współpracę, bo szukaliśmy – mamy zespół w Inowrocławiu, dyrektor „Pszczółki” mówi – No to trzeba grać. W Inowrocławiu graliśmy przed Roanem i innymi zespołami, też chyba były 3 albo 4 koncerty. A w Strzelnie dlatego, że ja byłem ze Strzelna – tu przecież przyjeżdżałem na noc w końcu raz po raz. Poszedłem do Domu Kultury, spytałem czy możemy zagrać. Pan Marian Przybylski wtedy był kierownikiem, mówi – Dobra, przyjeżdżajcie. Pamiętam, że jak w Gazecie Pomorskiej były drukowane informacje o koncertach, to tak jak wspomniałeś o tej pisowni…

Widziałem 2 plakaty – na jednym nazwa grupy jest napisana przez „y”, a na drugim przez „j”.

Na jednej z ulotek była moja kaligrafia, taka nieudaczna, i to „j” jako „d” też odczytali, czyli Modra. Nikt po prostu nie wiedział o co chodzi z tą nazwą, trochę jako żydowska kojarzyła się, potem z mitologią… Wiadomo, chodzi o te 3 dziewczyny, które odpowiadają za los – jedna przędzie, druga przekazuje, a trzecia ucina. Nikt nie myślał, że to stąd ta nazwa (śmiech). Było i tyle – żadnej głębi w tej nazwie nie było (śmiech).

Zagraliście kilka koncertów, nagraliście kasetę i wszystko rozeszło się „po kościach”?
Też chyba ja zawaliłem, tak mi się wydaje. Chłopaki chcieli grać, a ja poszedłem w alkohol, był taki kryzys potężny… Fanzin podupadł też…

Fanzin?
Fanzin miałem cały czas – Desecrater’zine się nazywał, czyli „Profanator”. Wydawaliśmy go w Inowrocławiu, we dwóch z Krzysztofem Osińskim – on kiedyś założył takie wydawnictwo pod nazwą Witching Hour Productions. Ta firma do dzisiaj istnieje, ale nie wiem czy Krzysztof ma w tym jeszcze udział. Ukazały się 2 numery. Pisaliśmy z zespołami z zagranicy. Pierwsze listy pomagał mi tłumaczyć Sławek Antkowiak. Czasami się zdarzało, że wysyłaliśmy korespondencyjnie pisane ręcznie listy, a dostawaliśmy, ze Stanów przeważnie, kasetę TDK z nagranymi odpowiedziami. Wiadomo, że ja nie mogłem wtedy tego jarzyć, to zaraz do Sławka – tłumaczyliśmy te kasety na papier i do fanzina. Archiwalne numery – kserówki – jeszcze gdzieś mam. Ale wtedy było tak, że jak już odchodziłem w stronę Mojry to fanzin się zaczął rozpadać, współpraca z chłopakami też. Oni byli radykalni – jak metal to metal, jak satanizm to satanizm. A ten satanizm… Śmiać mi się chciało z tego wszystkiego. Tłumaczyłem te teksty LaVey’a, Crowley’a – to była taka dziecinada, ale na tym się nauczyłem angielskiego, w ogóle na tłumaczeniu tekstów piosenek czy na muzyce rockowej. A pierwszy fanzin jaki kupiłem, to był właśnie napisany po angielsku, Dethroner się nazywał. Pamiętam, przyszedł do mnie do domu pocztą, ojciec paczkę odebrał – patrzy co jest, a tam jeszcze były reklamówki zespołów, na przykład Bundeswehra z Wągrowca czy skądś tam (śmiech). To też słynny zespół, na „Jarocinie” jakąś nagrodę dostali.

A byłeś w tamtych czasach na Festiwalu w Jarocinie?
Nie, nie udało się. Nawet na ten „Jarocin”, na którym Hey debiutował wszyscy moi koledzy z Inowrocławia pojechali, a ja nie. Przywieźli mi te foldery fajne – stamtąd czerpaliśmy adresy takich zespołów jak Agressiva 69 czy Rigor Mortiss i pisaliśmy po kasety.

Wróćmy do koncertów w Strzelnie – bywałeś też na nich jako widz?
Chyba mało, bo wtedy raczej przebywałem w Inowrocławiu i Kruszwicy, potem też jeździłem trochę po Europie. Okazuje się, że tutaj działało parę kapel, o których ja nie wiedziałem w tamtym czasie.

A masz może jakieś pamiątki z tamtego muzycznego okresu? Może udało ci się zerwać jakiś plakat ze ściany czy słupa ogłoszeniowego?
Teraz to już robię zawsze, a wtedy nie (śmiech). Nawet te plakaty z pisownią Mojry, o których mówisz, to jest dla mnie rarytas (plakaty są tutaj i tutaj- przyp. erbe). Miałem za to plakaty, reklamujące koncerty w Inowrocławiu – w Strzelnie rozwieszałem, żeby ludzie wiedzieli.

W takim razie powiedz, co zapamiętałeś z waszych występów w Strzelnie?

Pamiętam, że jeden koncert graliśmy po samobójstwie Sebastiana Leszczenko – był dedykowany jemu… Fajne były te koncerty. Fakt, że dużo piłem przed występami, niepotrzebnie, ale były udane. Pamiętam też, że Roman Szydzik nagrywał je na video/VHS – te taśmy gdzieś muszą istnieć.

O, nareszcie wiadomo u kogo szukać nagrań video, bo było podejrzenie, że nagrywał Leszek Iwiński, a on mi powiedział, że nie ma żadnych takich nagrań (śmiech). Za to ty masz od Leszka sporo materiałów do przerobienia.
Tak, te kasety jeszcze cały czas mam. Leszek mnie ściga co jakiś czas, bym zaczął je ripować.

Wspomniał mi, że masz je u siebie, bo możesz to przerobić z kasety na inny nośnik.

Robiłem tego mnóstwo. Nawet na soulseeku, programie w którym siedzę, poznałem gościa, któremu przez to chyba rozpadła się rodzina, bo też tylko siedział i zgrywał taśmy demo. Ja różne kasety miałem, też przez te fanziny, przez to zainteresowanie muzyką – do dzisiaj mam w archiwum niesamowite kasety demo, które poprzerabialiśmy i one są teraz w sieci. Leszek mi dał kiedyś jakąś słabej jakości koncertówkę Do Widzenia. Przerobiłem, ale mi się wydaje, że już nic się więcej nic nie da z tym zrobić. Chociaż jak usłyszałem nowego Izraela, tego z pierwszego koncertu, to Do Widzenia i tak nieźle wyszło.

Do Widzenia słuchałem jakiś czas temu. Kiedy zamierzasz przerobić pozostałe rzeczy?
Szkoda, że tylko ja to robię. Tego mojego Technicsa, na którym przegrywam, zaniosłem do mamy przez to, że mam już mało miejsca w domu – troje dzieci, już naprawdę nie mam gdzie tego trzymać. Teraz mój drugi komputer jest w naprawie, będzie zrobiony to przeniosę go do mamy, raz sobie poświęcę wieczór i to przerobię, bo to nie problem – jedynie czas jest potrzebny, tak to wszystko idzie dobrze.

Do Widzenia już przerobiłeś – co sądzisz o muzyce?

Bardzo mi się podoba. Ktoś kiedyś powiedział, że jak Golec uOrkiestra zaczynali to Do Widzenia już było wcześniej – podpisuję się pod tym, rzeczywiście tak jest.

Zdaje się, że to ja powiedziałem (śmiech).

(śmiech) Umieściłem to na soulseeku – to jest taki program kolekcjonerski, dla ludzi, którzy szukają rarytasów, poszło w Polskę. Zresztą tak samo jak Mojrę, Extermination czy tam jakieś inne zespoły moich kolegów z Kruszwicy, jak Come & Go, Splin, Macho Garfield, Defekacja… Czekamy na kasety legendarnego AMF z Kruszwicy. A co dopiero mogileńskie kapele?

Extermination, Mojra i ten projekt z Mogilna to jedyne grupy, w których udzielałeś się muzycznie?
Nic się więcej nie udało zrobić. Już nie było czasu najzwyczajniej, wszystko tak umierało naturalną koleją – chłopaki szli do szkół, na studia, trzeba było zarabiać na życie… Ludziom się generalnie udało, chociaż część z nich narzeka, mimo tego, że mają w miarę komfort, ale generalnie wszyscy już odeszli od muzyki – jedynie słuchają muzyki.

Tak jak ty.
Tak jak ja. Jak mi się zdarzy tydzień bez słuchania muzyki, to jednak potem życie jest inne zupełnie, tak że trzeba wrócić teraz do tej muzyki (śmiech).

(czerwiec 2013)