Gdybyś zebrał w jednym miejscu wszystkie swoje pamiątki po strzeleńskim boomie rockowym z lat dziewięćdziesiątych, czyli „złotej erze rocka w Strzelnie”, to co by się tam znalazło?
Mam zdjęcia. Mam plakat, który wisiał w Domu Kultury jak graliśmy z zespołem Air Force One – zdaje się, że tam jeszcze zagrał Zenon Krater i Splin. Mam nagrania, które nagrywałem na taki stary, amerykański, mały dyktafonik, który miałem pożyczony od człowieka z Młynów, Jacka Jasińskiego. Nagrywałem próby i koncerty na tej zasadzie, że kładłem ten dyktafon w różnych miejscach, bo w różnych miejscach sceny masz różne odsłuchy, różnie słychać i później ślęczałem w domu (śmiech) i wybierałem coś, co było w miarę ładne i co się nadawało do słuchania. Wiadomo, byliśmy młodsi, energia nas rozpierała i czasami ludzie po prostu grali wszystko, co umieli, nie zawsze to, co należało – też się na tym łapałem. Dyktafon był jeszcze na takie małe kasetki, a to w tamtym czasie nie było takie popularne – później z tych małych kasetek przegrywałem na normalne kasety, jak to te wszystkie „kaseciaki” były. To wszystko co mam. Video nagrań nie mam, być może ktoś inny gdzieś tam nagrywał.

Co zarejestrowałeś za pomocą wspomnianego dyktafonu?
Przede wszystkim te zespoły, w których ja brałem udział. Blues Band z początkowego okresu – później oni robili to, co robili w ramach takich klimatów bluesowych, ciągle pod tą samą nazwą, ale ja już nie grałem z nimi, bo grałem w Do Widzenia, a za mnie grał Bogdan Ornatek. Z zespołem Do Widzenia jest dosyć dużo nagrań. Czasami też się nagrywało koncerty, jak grali z nami inni, na przykład mam nagrania jakiegoś zespołu z Kruszwicy, No Name z Janikowa i One Way z Trzemeszna. Później zrobiliśmy taki zespół bluesowy, który się nazywał Blues Walkers – to też mam nagrania. Mam też gdzieś nagrania Air Force One z Bydgoszczy, który występował z nami na takim dużym koncercie w Domu Kultury. Później był taki epizod, że pojechaliśmy z nimi do Koronowa – też mam gdzieś zdjęcia i nagrania z tego czasu. O, to takie mam nagrania.

Czyli sporo interesujących rzeczy.
Najciekawsze jest to, że w domu obecnie posiadam chyba tylko jedną kasetę, bo wszystkie te moje nagrania przejął Sławek Tarczewski – poprosiłem go swego czasu, bo on ma taką możliwość, żeby nagrał to na płytę. Do Widzenia już mi przegrał, ale pozostałych rzeczy jeszcze nie.

Koncertu Do Widzenia miałem przyjemność posłuchać.
Koncerty dałem chyba ze 4 różne, bo Do Widzenia to była grupa ludzi, która to tworzyła, ale my też zapraszaliśmy różnych znajomych i w związku z tym, jak na przykład Do Widzenia grało z „Kryniem” – Krzysztofem Krąkowskim, to ten charakter się czasami zmieniał w bardziej bluesowy, bo było więcej gitary, a jak graliśmy z saksofonistą Krzysiem Borowcem, który teraz mieszka w Grudziądzu, to bardziej znowu szło w kierunku jazzu (śmiech).

Co nagranie to inny klimat.
Trochę tak było.

Wspomniałeś Blues Band – byłeś współzałożycielem tego zespołu.
Wydaje mi się, że tak. To był pomysł, nie wiem dokładnie, wydaje mi się, że Piotrka Lewandowskiego, ale może się tu mylę…, raczej taki wspólny. Na początku to był Piotrek, Krzysztof Łuczak, Jacek Łuczak i ja.

Po około roku odszedłeś z zespołu. Dlaczego?
Tak naprawdę nie pamiętam dlaczego. Wydaje mi się, że dlatego, że wtedy Piotr Barczak wpadł na pomysł Do Widzenia, ale nie wiem czy to tak dokładnie było.

Blues Band powstał w ’91, a Do Widzenia w ’93 roku.
Wydaje mi się, że tak było. Wydaje mi się jeszcze, że to też było tak, że ja zdałem maturę i poszedłem na studia zwane pedagogiką, ale niestety się nie dostałem i później przez pół roku pracowałem jako sprzedawca w sklepie Spółdzielni Rolniczej i wtedy miałem trochę więcej czasu, więc grałem w składzie Blues Bandu – to był czas założenia. Później dostałem się na studia teologiczne, jeździłem tam również w soboty i w związku z tym, to już jakby trochę kolidowało, dlatego też z tego składu zrezygnowałem. Tak mi się wydaje, chociaż nie jestem pewien.

Minęły 2 lata i znalazłeś się w składzie Do Widzenia.
Do Widzenia to był taki oddolny projekt, jak to zwykle bywa – okazyjnie coś zrobić. Początek Do Widzenia to był też początek grania w Strzelnie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie wiem, czy dobrze myślę, ale mi się wydaje, że jedno z drugim było połączone, dlatego że Piotrek Barczak wtedy słuchał audycji, którą tworzył Jurek Owsiak – to było Stowarzyszenie Przyjaciół Chińskich Ręczników czy czegoś takiego, i on chyba wpadł na taki pomysł. Pamiętam też, że on kiedyś wieczorem do mnie przyszedł, długo siedzieliśmy i rozmawialiśmy, mówił, żeby coś zrobić w Strzelnie. Jednak żeby zrobić coś takiego, to potrzebny był zespół, który by zagrał. I nie wiem czy to nie była ta idea.

Grałeś w zespole chałturniczym Hades?
To było chyba wcześniej.

Tak. Członkowie tej grupy stworzyli Do Widzenia. Pamiętasz taki utwór Ja chcę mieć małe bobo zmieniony przez was na Ja chcę mieć małe Volvo? Podobno zrobiliście z tego metalowy utwór. Od tego mogło się zacząć Do Widzenia?
Bardzo możliwe, chociaż ja bardziej nacisk kładłbym na to, że to powstało pod tę Orkiestrę. Ja szybko wszedłem w granie na imprezach rodzinnych, dlatego że pierwszy raz na imprezę weselną pojechałem będąc w siódmej klasie szkoły podstawowej, czyli mając te 13 lat – był taki zespół, nie mieli basu, a ja się uczyłem grać na basie i raczej dobrze sobie z tym radziłem, więc pojechałem. To mi się jakoś tam spodobało i summa summarum zaczęło się „kręcić” – nawet moim dzieciom wspominam, że bardzo szybko wszedłem w etap takiego grania zarobkowego. I to był czas Hadesu. A jeszcze wcześniej mieliśmy taki zespół, nawet nie wiem jak się nazywał, to jeszcze z Darkiem Marczakiem graliśmy – saksofonista, znany w starszej części naszego miasta jako muzyk chałturniczy. Różni ludzie często go zapraszali na wesela, bo dobrze grał na saksofonie jak na tamten czas i ludzi dobrze bawił. On miał zespół, ale nie miał składu, bo z ludźmi różnie żył (śmiech) – ktoś tam z nim pograł, potem od niego odchodził, bo się pokłócili i tak dalej. Ja byłem takim młodym muzykiem i nie byłem konfliktowy, szybko i chętnie się uczyłem różnych rzeczy na gitarze basowej, więc jak do mnie dzwonił, żebym z nim jechał, to często jeździłem. To był ten czas, kiedy zaczął ze mną jeździć Piotr Barczak. A jeszcze wcześniej (śmiech), chyba z 2 lata, właśnie jak byłem w tej siódmej klasie, grałem też w składzie z Darkiem Marczakiem – Krzysztof Łuczak grał na gitarze, ja grałem na gitarze basowej. Był jeszcze taki człowiek, nie pamiętam jak się nazwał, który chodził do Szkoły Zawodowej w Strzelnie – Krzysztof Łuczak był wtedy wychowawcą w Internacie, „wychwycił” tego chłopaka i on grał na perkusji. Próby robiliśmy w szkole, ja nawet miałem nagrania z tych prób – to by był „kąsek”, ale nigdzie nie mogę się tego doszukać.

Co graliście?
Krzysztof przynosił utwory, które chyba jego bardziej „brały”, na przykład Lionel Richie Hello czy takie bardziej po bluesie jak Sultans of swing Dire Straits. On to przynosił, my to robiliśmy. Pamiętam, że na próby przychodził chłopak, który też mieszkał w Internacie, jak jeszcze w Szkole Zawodowej był Internat – tam były organy, takie stare „elki” i on grał na tych organach. Zastanawiam się czy to nie był mój pierwszy skład, taki trochę inny niż zarobkowy.

Grupa miała jakąś nazwę?
Nie pamiętam. Pamiętam, że wtedy miałem magnetofonik, Kasprzak, i na tym nagrywaliśmy – właśnie Hello i coś jeszcze, chyba Dire Straits, ale nie jestem pewien. Wiem, że nagraliśmy 2 utwory.

W którym to było roku?
To musiał być rok ’87-’88, bo wtedy graliśmy jeszcze bez Piotrka Barczaka i próby nie były robione w Domu Kultury, tylko w Szkole Zawodowej – z jednej z sal wchodziło się do takiej kanciapy, Krzysztof miał klucze.

Koncerty graliście?
Nie, to się skończyło właściwie niczym. Koncerty graliśmy, ale to już później, z Piotrem Barczakiem. To było już w Liceum, czyli zespół z Krzysztofem Łuczakiem musiał być już w roku ’86-’87, bo pamiętam, że chyba rok czy 2 lata przed maturą, a ja maturę w ’90 roku zdawałem, Piotrek zrobił koncert na pierwszy dzień wiosny – dawniej były takie zwyczaje, że na pierwszy dzień wiosny w szkole młodzież się przebierała, lekcje się nie odbywały tylko były jakieś koncerty. Była jeszcze tak zwana aula, obecnie są tam dwie klasy, ale dawniej na piętrze była taka aula i tam był taki koncert (śmiech) – grał jakiś zespół z Liceum, nieżyjący już Paweł Reinholz, Piotr Barczak i jeszcze dwóch kolegów, a później Piotrek zagrał z nami zamiast tego perkusisty, który z nami grał w Szkole Zawodowej. Już nie pamiętam, chyba wykonaliśmy wtedy 2 czy 3 utwory – wątpię, żeby z tego były jakieś zdjęcia. Żadnych innych koncertów nie pamiętam, nawet w Szkole Zawodowej nigdy nie graliśmy – to było takie granie bardziej dla siebie. A wracając do Do Widzenia – tak jak mówiłem wcześniej, moim zdaniem zespół powstał właśnie pod pierwszy koncert Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wydaje mi się, że ten pierwszy koncert i tę pierwszą akcję to my właśnie robiliśmy. Pamiętam, że Piotr napisał chyba do Jurka Owsiaka czy do „Trójki” i oni odpisali, nie wiem, z pozwoleniem czy z czymś podobnym i my robiliśmy zbiórkę – pierwszy raz był robiony koncert i właśnie pod to chyba powstał zespół Do Widzenia.

 


Jacek Jackowski – „Pamiętam, że w Kinie coś się działo, pamiętam nasz utwór ‚Ameryka’ i to, że
raz wystąpiłem w jakiejś kraciastej koszuli”. Występ Do Widzenia w Kinie. Od lewej -
Jacek Łuczak, Piotr Barczak, Piotr Lewandowski, Jacek Jackowski. Leszek Iwiński też wystąpił, ale
na zdjęciu się nie zmieścił (fot. ze zbiorów Leszka Iwińskiego)

Pierwszy strzeleński koncert Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy był w Liceum czy w Kinie?
Wydaje mi się, że w Kinie. 

W Do Widzenia byłeś ty, Jacek Jackowski, Piotr Barczak, Piotr Lewandowski i Jacek Łuczak – to był stały skład?
To był stały skład – my w takim składzie graliśmy.

A gościnnie ktoś z wami występował?
Gościnnie zapraszaliśmy, na przykład był „Kryniu”. Pamiętam, że w Do Widzenia to chyba skład się nie zmieniał, my bardziej eksperymentowaliśmy ze składem jak założyliśmy Blues Walkers.

Do Blues Walkers jeszcze wrócimy. Z Do Widzenia mieliście dużo swoich kompozycji.
Wszystkie, coverów nie graliśmy.

Jak przebiegał proces komponowania?
W większości pomysły przynosił Piotr Barczak, on był właściwie kompozytorem tych utworów i on pisał teksty, zresztą to się nie zmieniło do dzisiejszego czasu (śmiech). I jak była próba, to jak to na próbie – każdy coś tam od siebie dodał. Oczywiście każdy w innym kierunku pchał (śmiech), bo Piotrek był za takim graniem bardziej ludowym, my bardziej za takim rockowym, a Piotrek Lewandowski z kolei w kierunku bluesa. Stąd koncepcje tych utworów takie różne – i po bluesie było, i reggae się trafiło. Czasami było tak, że Piotr Barczak do mnie przychodził wieczorem, siedzieliśmy w domu do późnej nocy – wtedy powstawały jakieś pomysły. Nie wiem, może tak mi się wydaje, ale było wtedy więcej czasu i potrafiliśmy do drugiej, do trzeciej w nocy siedzieć, gadać o czymś i słuchać różnej muzyki – Piotr miał różne pomysły, mówił – A może byśmy tak zagrali?. I tak to powstawało.

Pamiętasz koncerty Do Widzenia?
Prawda jest taka, że Do Widzenia tak daleko nie wyszło poza obręb naszego miasta. To niestety źle (śmiech). Większość tych koncertów to były koncerty konkretnie związane z jakimiś tam okazjami w Strzelnie, w Kinie się dziejącymi. Czasami były jakieś wyjazdy, na przykład do Mogilna, do Trzemeszna – jak oni coś robili to nas zapraszali, Piotrek Lewandowski już wtedy chyba pracował w Domu Kultury i jak organizował jakiś koncert dla młodzieży to też zapraszał. To były czasy, kiedy w Strzelnie organizowało się wiele koncertów, czego się już teraz nie robi – zupełnie nie wiem dlaczego.

Wtedy też był inny klimat.
Na pewno był inny, ale ja ciągle jestem w szoku i mnie to zastanawia – wtedy, wiadomo jakie to były czasy, nie było takiego sprzętu jak jest teraz, ludzie prywatnie nie mieli sprzętu, bo był drogi i słabo dostępny, a pamiętam lata, że w Domu Kultury działało po 5-7 zespołów, co jest ewenementem jak na dzisiejsze czasy. Kiedy niedawno rozmawiałem z pracownikiem Domu Kultury to powiedział mi, że nie ma żadnego zespołu. Ja uważam, że to jest karygodne. Nie wierzę, że nie ma zespołów, bo słyszę, że ludzie muzykują gdzieś po domach.

Jak sądzisz, dlaczego w latach dziewięćdziesiątych muzyka rockowa była tak popularna?
Nie wiem, trudno mi powiedzieć. Czy to było związane z sytuacją polityczną? To były czasy, kiedy ludzie zaczynali się inaczej ubierać – wszystko co było dawniej takie spowszedniałe i szare, zaczynało się w tych latach robić trochę bardziej kolorowe. To był też taki czas, że ludzie zaczęli się otwierać i z różnymi inicjatywami wychodzić na zewnątrz i myślę, że młodzież też jakoś, no nie wiem, chciała się pokazać – ludzie komponowali, robili jakieś składy. Wydaje mi się, że też było zapotrzebowanie na muzykę. Dzisiaj dostępność do muzyki jest kolosalna, na „wyciągnięcie ręki” – wpisujesz w Google to czy tamto i wszystko masz „na dłoni”. Abstrahuję, czy to jest złe czy dobre, ale po prostu tak to działa, a były takie czasy, kiedy z Piotrkiem Barczakiem jeździłem do Inowrocławia do jakiegoś jego znajomego, który grał w cyrkach i skądś tam przywoził kasety z muzyką rockową czy jazzową – płyty nagrane na kasety. Za przegranie brał pieniądze – on to sprzedawał. Pamiętam, że zamawialiśmy coś u niego i czekaliśmy miesiąc, aż nam to przegrał. Dzisiaj to jest nie do pomyślenia – jak coś ci się podoba, to wpisujesz w wyszukiwarkę internetową czy idziesz do sklepu i kupujesz płytę.

Nie było też trochę tak, że w latach dziewięćdziesiątych to właśnie rock był muzyką młodzieży, tak jak teraz hip hop?
Zgadzam się, boom rockowy był w Polsce w tamtym czasie.

W ogóle na świecie. Ja pamiętam mój rocznik – wszyscy, no może nie wszyscy, ale co drugi miał długie włosy i nie do pomyślenia było, że ktoś nie słuchał rocka.
Zgadzam się, tak mogło być. Myślisz, że dzisiaj jest taki boom hip hopu?

Tak mi się wydaję, chociaż nie wiem, czy on się już nie skończył.
Może tak, przyznam się szczerze – nie słucham takiej muzyki.

Ja też nie słucham, ale też nie krytykuję muzyki młodych, bo sam w wieku „nastu” lat byłem krytykowany za słuchanie wówczas współczesnego rocka – Eeee, Nirvana – za kilka lat nikt nie będzie o nich pamiętał.
Moim dzieciom tak samo nie narzucam – słuchają różnej muzyki, nie ingeruję w to, bo zdaję sobie sprawę z tego, że każdy z nas słucha tego, czego słucha. Denerwuje mnie natomiast w muzyce niektórych, działających dzisiaj zespołów przerost formy nad treścią. Podam przykład. W tamtym roku z moimi synami byłem w Kruszwicy na koncercie zespołu Raggafaya – słuchają reggae dosyć dużo i mnie namówili. I denerwuje mnie to, że wychodzą chłopcy w wieku mojego starszego syna, czyli tam osiemnasto-dwudziestoparoletni i śpiewają – czasami ładnie, czasami gorzej, ale przede wszystkim krzyczą hasła na temat tego, żeby pier….ć obecną  władzę, że nie mają szans, żeby się rozwijać, że ktoś ich zniewala i tym podobne. W jakim oni żyją świecie? Tak naprawdę to oni żyją w bardzo dobrym świecie, jeśli chodzi o tworzenie muzyki i dostęp do niej. Widzę, że w tych nagraniach, które do mnie docierają, w tym właśnie rapie i tak dalej jest dużo prawdy, wiele problemów jest poruszonych i bardzo dobrze, ale też czasami jest to tak tylko zrobione „na siłę”, nie wiem, może dla szpanu czy dla pieniędzy. Takie jest moje zdanie.

Zgadzam się z tobą, ale wróćmy do czasów, kiedy ty czy ja byliśmy nastolatkami – starsze pokolenia nie zgadzały się lub wręcz wyśmiewały twoją czy moją muzykę.
Może to też jest na takiej zasadzie.

Były też kapele rockowe, które śpiewały o…
„D…e Maryni”.

Dokładnie. Były też takie, które krótko działały, bo ludzie wyczuli, że to nie jest autentyczne.
Zgadza się.

Wróćmy do Do Widzenia – wspomniałeś już Kronowo i koncert z Air Force One.
Jechać z nimi, grać, to było takim wyróżnieniem dla nas, bo Air Force One był już wtedy takim w miarę topowym zespołem. Znaczy, może nie topowym, ale oni jeździli i tą muzyką zarabiali. To był zespół, który nagrał płytę, przez który przewinęło się kilka dobrych nazwisk, które nawet dzisiaj funkcjonują, jak na przykład Tomek Pacanowski, bardzo dobry gitarzysta. Z tym, że im się chyba nie bardzo podobało to, co my gramy, w sensie grania naszego, bo nasze granie było tak naprawdę ubogie – trzeba sobie powiedzieć jasno, że nikt z nas wtedy jakimś wielkim warsztatem ani sprzętem nie dysponował. Natomiast im się podobały pomysły, w sensie koncepcji utworów, że były zupełnie inne, że nikt tak nie grał na tamten czas.

A czy jak minęło 5-10 lat i usłyszałeś w telewizji czy w radio rocka łączonego z folkiem to nie pomyślałeś sobie – My to już wcześniej robiliśmy?
Tak, pomyślałem sobie. Jak po raz pierwszy usłyszałem zespół Brathanki, nie wiem co to była za piosenka, to pamiętam, że dzwoniłem do „Bolka” – Piotra Barczaka i spytałem go, czy słyszał? On też tego w tamtym czasie słuchał, bo dosyć intensywnie ich puszczali w radio. My to robiliśmy już dawniej, a teraz takich zespołów, które łączą elementy góralskie, jakieś etniczne z rockiem jest coraz więcej – niektóre pomysły są naprawdę bardzo fajne. Ja zawsze miałem taki niedosyt, bo ciągle namawiałem chłopaków, żeby zająć się tym poważnie, usiąść, bo niestety, to tego wymaga – żeby coś zrobić dobrze, to trzeba nad tym usiąść, poświęcić ileś tam godzin, dobrze opracować, dobrze nagrać, ale każdy z nas miał tysiące innych rzeczy w sensie nie tylko zawodowym, każdy czymś innym się zajmował i nigdy tak się nie stało. Tak właściwie próby robiliśmy intensywnie tylko wtedy jak było trzeba gdzieś zagrać. Zawsze mnie to denerwowało i do „Bolka” czy do chłopaków mówiłem, żeby iść za ciosem i coś nagrać. Jakieś nagranie robił nam Andrzej Beliński w Domu Kultury – takie niby ładniejsze, bo pamiętam, że Piotrek Barczak wynalazł gdzieś w radio jakiś tam konkurs czy coś.

„Nowa Tradycja”, ’98 rok. Nie robił wam tych nagrań Irek Jackowski?
Chyba Beliński robił nam te nagrania. A może Irek? Masz rację. Wiem, że Beliński też nas nagrywał, ale nie wiem czy czasami nie z Blues Walkers.

Do Widzenia już nie istniało – to była próba reaktywacji na „Nową Tradycję”?
Tak. Z tym, że wtedy zagrał z nami Krzysiu Borowiec na saksofonie, bardzo dobry saksofonista i klarnecista, i „Wróbel” – Maciej Wróblewski.

Maciej Wróblewski – perkusista grający dzisiaj w zespole Quidam?
 Tak, w Quidam.

Jak doszło do tego, że nawiązaliście z nim współpracę?
My go znaliśmy ze szkoły muzycznej – Piotrek Barczak chodził do Szkoły Muzycznej w Inowrocławiu, ja miałem też tam taki epizod, że przez rok chodziłem na kontrabas w klasie pana Darka Zygmunta. To był taki czas, że my, słuchając różnych rzeczy, stwierdziliśmy, że potrzebny jest dobry perkusista. Jest taka koncepcja, może tylko moja, a może nie tylko moja, że dobry perkusista to jest podstawa zespołu – dobra sekcja w ogóle to jest coś co napędza. My mieliśmy kilka pomysłów, gdzie trzeba było szybko, w miarę równo grać i stąd się narodziło to, żeby poprosić Macieja Wróblewskiego, który na tamten czas i chyba nawet do dzisiejszego dnia jest jednym z lepszych perkusistów w naszym regionie. On miał już doświadczenia, i studyjne, i koncertowe – grał z Mariuszem Lubomskim, człowiekiem, który śpiewa Spacerologię, więc go poprosiliśmy i on wtedy nie odmówił. Pamiętam, że to też wiązało się z tym, że my wówczas w jakimś sensie organizowaliśmy życie muzyczne w tym mieście. Na przykład dawniej zapraszaliśmy do Strzelna ludzi ze Szkoły Muzycznej w Inowrocławiu czy z Akademii Muzycznej w Katowicach – przyjeżdżało kilku muzyków i coś tam prezentowali. Mieliśmy dobry kontakt ze Zbyszkiem Gondkiem, bardzo dobrym saksofonistą z Inowrocławia – swego czasu grał z Marylą Rodowicz, a teraz prowadzi profesjonalną firmę nagłośnieniową Gondek, która nagłaśnia koncerty w całej Polsce. On przywoził swoich znajomych, muzyków jazzowych, robił takie składy trzy-cztero osobowe i jeździł po szkołach. Ja, Piotr Barczak i Jacek Jackowski – to były 3 różne miejscowości, robiliśmy taki objazd, dzieci w szkołach płaciły jakąś skromną złotówkę czy 2 złote i wszystkie klasy na to szły. Muzycy przedstawiali różnorodny program. Mam nagrany na video, jeszcze na kasecie VHS – muszę to kiedyś przegrać, taki koncert jak Gondek zaprosił Janusza Szroma, tego, który później na Festiwalu Piosenki Angielskiej w Ciechrzu był jurorem – właściwie to pewnie od wtedy zaczęła się też znajomość Szroma z Krzysztofem Łuczakiem. Janusz Szrom grał na organach i śpiewał, Jacek Pelc na perkusji – dzisiaj pierwsza liga perkusistów jazzowych w Polsce, wtedy też był bardzo znany i bardzo dobry, na kontrabasie Tomek Kupiec, bardzo dobry kontrabasista, obecnie współpracuje z Andrzejem Sikorowskim, z wieloma muzykami – często go nawet widać w telewizji. Na gitarze grał Piotr Olszewski, znany zawodowy muzyk jazzowy. On się wywodzi z Bydgoszczy, grał w różnych składach – teraz z Tomkiem Kamińskim i ja się zastanawiam czy on czasami nie przyjedzie do Strzelna, bo Tomek Kamiński ma na Dni Norbertańskie przyjechać (rozmawialiśmy 23 maja 2013 roku – przyp. erbe).

Kiedy to było?
To był ’91-’94 rok. Kilka razy ich zapraszaliśmy i to naprawdę wypalało – oni to przystępnie prowadzili, opowiadali o instrumentach, na których grają, organizowali konkursy. Dzieciaki słuchały. Pamiętam jak w Szkole Podstawowej, dawniejszej „Dwójce”, był Janusz Szrom, nie pamiętam z kim, to na sali były nie tylko dzieciaki, ale przyszli też wszyscy nauczyciele. To się w głowie nie mieści, bo nauczyciele są tak różnie zainteresowani – nie ukrywajmy, prawda jest taka, że jak dzieciaki są na sali, ktoś się tam nimi zajmuje to nauczyciele się cieszą, bo mogą w tym czasie odpocząć i wypić kawę. A właśnie wtedy wszyscy przyszli posłuchać i zobaczyć. Naprawdę to było na dobrym poziomie, w takiej małej miejscowości. I naprawdę przyjeżdżali tu ludzie, którzy dzisiaj się liczą w muzycznym świecie – żeby dzisiaj zaprosić do Strzelna Jacka Pelca to by trzeba zapłacić dużo pieniędzy. Tak samo Janusz Szrom, który jest uznanym muzykiem – teraz w Bydgoszczy był Festiwal Załuchy (Festiwal Pamięci Andrzeja Załuchy pn. „Serca Bicie” – przyp. erbe) i on tam „główne skrzypce” grał, w związku z tym zaprosić go dzisiaj na koncert, to pewno też by się wiązało z jakimiś konkretnymi pieniędzmi. To naprawdę było fajne, ale później umarło jakąś taką śmiercią, nie wiem czy naturalną, jakoś zaprzestaliśmy na pewnym etapie i chyba tego nikt nie kontynuuje.

Maciej Wróblewski grał z wami w Blues Walkers?
Tak. Wiesz, później taka idea się narodziła, żeby…

Właśnie, chciałbym się dowiedzieć czy Blues Walkers wywodził się ze składu grupy Blues Band czy Do Widzenia?
 Blues Walkers wywodził się bardziej ze składu Do Widzenia, chociaż, tak szczerze mówiąc, to był też czas eksperymentalny. Na pewnym etapie Piotrek Lewandowski grał w Do Widzenia i grał w Blues Bandzie – Blues Band tam swoją drogą ciągnął, my ciągnęliśmy Do Widzenia. Ten epizod z Do Widzenia wcale nie był długi.

Trwał rok.
Nawet pewno nie. Później była przerwa i chcieliśmy coś zrobić, oczywiście niezarobkowo, bo ludzie grali w różnych składach weselno-rozrywkowych, że tak powiem. Był pomysł, żeby pograć w takim projekcie blues rockowym, ale tak sobie teraz myślę i nie wiem, gdzie zahaczyć ten pierwszy punkt – nie wiem, kto wyszedł z tą ideą.

Kto grał w Blues Walkers?
Stały skład był taki, że na samym początku na perkusji grał Jacek Łuczak, ja grałem na basie, Krzychu Łuczak grał na gitarze, a Jacek Jackowski na instrumentach klawiszowych. Przez chwilę, na samym początku, grał też Piotrek Lewandowski, ale on z tego jakoś wyemigrował, nie wiem czemu. Jak bywały kompozycje, które wymagały większego składu, jeśli chodzi o instrumenty dęte, to zapraszaliśmy kogoś i dlatego na przykład przez Blues Walkers przewinął się Waldek Krystkowiak, bo potrzeba było saksofonu i on na początku grał na saksofonie. Wiem, że Piotrek Barczak sprowadzał swoich kolegów, z którymi współpracował na niwie Orkiestry Dętej (OSP w Strzelnie – przyp. erbe), na przykład był Krzysiu Buzow, był chyba Jaskrowski i taki trębacz, nie wiem skąd. To zaczęło coraz lepiej wychodzić, a jak zaczęło coraz lepiej wychodzić to pojawiła się Skierniewicka Noc Bluesowa – ktoś przyniósł informację, że można by na to jechać. Skład trochę się przemienił, w sensie takim, że w Skierniewicach Waldek Krystkowiak nie grał już na saksofonie tylko na instrumencie chyba sobie najbardziej właściwym, czyli na organach, Krzychu Łuczak grał na gitarze, ja na gitarze basowej, „Wróbel” na perkusji, Piotr Barczak na puzonie i śpiewał, Jacek Jackowski na trąbce, a Krzysiu Borowiec na saksofonie.

W którym to było roku?
Nie wiem (śmiech). Podejrzewam, że mógłbym to ustalić, bo mam gdzieś plakietkę, którą dostaliśmy. W albumie mam zdjęcia pochodzące z tej właśnie Nocy. To była impreza dwudniowa, w porze wieczorno-nocnej był jam session, można było pograć. Ten wyjazd to była taka dość szybka inicjatywa, szybkie pozbieranie pieniędzy – jechaliśmy Nysą strażacką, Wziętek (Marek Wziętek z OSP w Strzelnie – przyp. erbe) nas wiózł i jeszcze jeden chłopak. Powiem ci jeszcze, że ja między graniem w Do Widzenia, a później z Blues Walkers miałem epizod z inną grupą. Jak wcześniej mówiłem, kiedy robiliśmy koncerty w Strzelnie to też zapraszaliśmy zespoły. U nas występował zespół No Name z Janikowa i jak nasze Do Widzenia się rozpadło, to oni mi zaproponowali, żebym z nimi zagrał na gitarze basowej, dlatego że z jakichś powodów rozstali się ze swym basistą. Zgodziłem się i rok jeździłem na próby do Janikowa. 2 razy w tygodniu robili te próby, bo oni bardzo poważnie do tego podchodzili, mieli fundusze – Ośrodek Kultury w Janikowie wtedy chyba stał najlepiej z tych wszystkich ośrodków kultury, tam było najwięcej pieniędzy. Dosyć dużo pieniędzy pompowali w ten zespół – kupowali sprzęt i tak dalej. Oni ten projekt robili też po to, żeby bardziej profesjonalnie coś nagrać. Jak ja na twoim blogu wyczytałem o nagraniach Ewy Siekacz (Strzelno – dwie muzyczne dekady, cz. 2 – przyp. erbe), że to były pierwsze, profesjonalnie zrobione nagrania muzyczne przez muzyka z naszego miasta, to tak sobie pomyślałem, że chyba niezupełnie tak było. Pierwsze profesjonalne, studyjnie zrobione nagrania to były z No Name – nagrania Ewy Siekacz były zrobione przez Krzycha Łuczaka, właściwie w domu Holaka (Stanisław Holak – przyp. erbe), na jego sprzęcie, który takim stricte studyjnym, w sensie studia, to raczej nie był – nie wiem jak jest teraz. Wiadomo, dzisiaj dużo ludzi tak nagrywa i puszcza to w „Necie” – to jest już dzisiaj bardziej przyjęte, a wtedy jak chciało się coś naprawdę dobrze, profesjonalnie nagrać, to trzeba było wynająć studio. Ja, jak jeszcze było Do Widzenia, zawsze mówiłem, żeby usiąść, coś dobrze zrobić i normalnie to nagrać, ale zawsze była ta bariera pieniędzy – dzisiaj wynajęcie studia nagraniowego nie jest drogie, bo jest tego więcej, ale wtedy była ta bariera. W Janikowie mieli pieniądze, więc wynajęli – pojechaliśmy do studia nagraniowego Radia „Pomorze”. Nie wiem czy to jest dzisiejsze radio bydgoskie.

To mogło być Radio Pomorza i Kujaw, czyli dzisiejsze PiK.
To może PiK dzisiejszy, wtedy to się chyba jeszcze nazywało Radio „Pomorze”. Rozgłośnia wynajmowała studio nagraniowe u Karola Szymanowskiego. Karol Szymanowski to jest chyba najbardziej znany wibrafonista w Polsce, do dzisiejszego dnia bardzo uznany muzyk, chyba jako jedyny grający ośmioma pałeczkami – chociaż nie wiem, teraz pewno Bernard Maseli też gra ośmioma. On ze swoją żoną prowadzili takie studio nagraniowe, w którym nagrywały zespoły, nawet duże składy orkiestrowe, dlatego że tam mieli konkretne warunki. My, jako zespół No Name, w tym studio bardzo profesjonalnie nagraliśmy 4 utwory – bardzo profesjonalnie w takim sensie, że nagrywaliśmy ścieżkami, dogrywaliśmy poszczególne rzeczy. Pamiętam, że tych nagrań dokonywał Wojtek Chudziński, jak na tamte czasy bardzo znany realizator – nawet pomagał w nagraniach w Izabelin Studio. W czasie tych nagrań No Name to już właściwie nie był No Name, bo z pierwszego składu został tylko wokalista Hubert Radzikowski, dzisiaj pracujący w telewizji TVN i prowadzący tam kilka programów – rozpoczynał od prognozy pogody, ale teraz to nawet prowadzi taki program, w którym jeździ samochodem, zaprasza różnych znanych polityków i oni mu się w czasie tej jego jazdy zwierzają z różnych rzeczy. Był też Rysiu Ochocki – bardzo dobry gitarzysta, moim zdaniem jeden z lepszych w Polsce w tamtym czasie. To oni poprosili mnie jako basistę i poprosili też Jacka „Białego” z Inowrocławia, który grał na perkusji – znaczy „Biały” my na niego mówiliśmy, nazywał się Jacek Czerwiński.

Hubert Radzikowski i Ryszard Ochocki byli z Janikowa?
Tak, z Janikowa.

Co się stało z tymi nagraniami?
Jedno z tych nagrań, nie pamiętam tytułu, to była ballada, chyba Stawcie czoła niepowodzeniem, zaczęło puszczać Radio „Pomorze” – na liście przebojów tego radia najwyżej doszło ono do czwartego miejsca. Później jednak nic nie poszło dalej za tym. Był taki pomysł, żeby robić próby, iść dalej, Ośrodek Kultury w Janikowie próbował te nagrania nawet komuś sprzedać, żeby jakoś to promować, ale summa summarum zagrałem z nimi kilka, może kilkanaście koncertów i zespół się rozpadł.

Który to był rok?
Jeżeli przyjąć, że Do Widzenia się rozpadło w ’91 roku…

W ’94.
’94? A, w ’94. To był gdzieś ’95-’96 rok, bo wiem, że istniał Blues Band.

Blues Band istniał do ’95 roku.
Kiedyś była taka sytuacja, że występowaliśmy razem – już nie pamiętam gdzie, zdaje się, że w Kruszwicy. To był taki koncert, na którym No Name było niby tą gwiazdą, a występowało tam też kilka zespołów, wśród których był Blues Band. To mogły być lata ’95-’96, może nawet ’97, bo pamiętam, że do Janikowa jeździłem dosyć długo, z tym że to było uciążliwe i tak naprawdę oprócz tego, że nagraliśmy te utwory i zagraliśmy różne koncerty – najdalej w Toruniu zagraliśmy 2 razy, w Bydgoszczy raz, we Włocławku 2 razy, to nic się nie wydarzyło. Oni próbowali znaleźć jakiegoś inwestora strategicznego, jak to się dzisiaj mówi (śmiech), żeby promować ten zespół, jednak obeszło się to niczym. Zespół umarł śmiercią naturalną także z powodu tego, że to była jednak „zbieranina”, co by nie powiedzieć – ja byłem ze Strzelna, Jacek był z Inowrocławia, oni byli z Janikowa. Spotykaliśmy się, ale każdy miał też swoje różne sprawy – łatwiej jest robić coś w jednym mieście, choć i tak jest trudno, co widać po historii zespołów ze Strzelna. Był też taki epizod, że Jacek złamał obojczyk – jako perkusista był przez jakiś czas wyłączony z grania.

Wróćmy do Strzelna. Byłeś również członkiem miejscowej grupy Synaj.
To była moja inicjatywa, mój zespół „z krwi i kości”. W latach ’84-’85, jeszcze jak byliśmy dzieciakami, to jeździliśmy na festiwal piosenki religijnej Maria Carmen, który się odbywał w Górce Klasztornej. Na tamte czasy, nie wiem jak jest teraz, bo już jakby mniej w tym siedzę, oprócz festiwalu Cantate Deo w Gliwicach to był największy festiwal religijny w Polsce – ogólnopolski, też trwał 3 dni, rozpoczynał się w piątek. My najpierw jeździliśmy tylko jako słuchacze. Któregoś roku wygrał to wszystko zespół Rozarium. To był naprawdę zawodowy zespół, patrząc nie tylko na tę niszę grup religijnych, ale w ogóle – warsztat i tak dalej, dzisiaj mógłby spokojnie konkurować z dobrymi, rockowymi bandami. Rozarium tak mnie jakby zainspirowało, tak mi się to spodobało, że postanowiłem coś zrobić i powstał zespół Synaj. A po latach miałem pomysł, żeby założyć band i z utworów Rozarium zrobić jeden koncert. Nawet nawiązałem kontakt internetowy z gitarzystą tego zespołu, który osiadł w Stanach Zjednoczonych. On był autorem tych piosenek i w większości tekstów, wyraził na to zgodę – miał tylko prośbę, że jak nam się cokolwiek kiedykolwiek uda zrobić, to żeby to nagrać i mu wysłać.

Który to był rok i kto grał w zespole?
’92. Ja grałem na gitarze basowej, Krzychu Łuczak na gitarze rytmicznej, Piotr Lewandowski na gitarze solowej i Jacek Łuczak na perkusji. Zmieniali się wokaliści, najdłużej śpiewała z nami Iwona Hulisz. Nawet nieźle graliśmy. Mam nagrany na video koncert zespołu na wyjście Pieszej Pielgrzymki ze Strzelna na Jasną Górę w 1993 roku.

To na potrzeby festiwalu w Górce Klasztornej skomponowałeś utwór dla grupy Synaj?
Napisałem Przydrożną Madonnę – taką piosenkę. I w Gliwicach i tu był taki sam wymóg – można było wykonać 2 utwory już znane, ale jeden koniecznie musiał być własnego autorstwa. My wykonaliśmy dwie piosenki pielgrzymkowe, a trzecią była właśnie ta Przydrożna Madonna. Poprosiłem Ewę, moją szwagierkę, żeby dopomogła mi i napisała tekst, bo ja coś tam pisałem, ale miałem obawy (śmiech) czy jest to coś warte, a ona po prostu była w tym dobra i mi pomogła. Były 2 dni przesłuchań – piątek i sobota, a w niedzielę był koncert galowy. Po zakończeniu przesłuchań zespoły spotykały się z jury – oni mówili co im się podobało, co się nie podobało, co w utworach by trzeba było dorobić, a co w ogóle uważali za bezsensowne. My też poszliśmy na to omówienie, że tak powiem. Nie ma się czym chwalić, na festiwalu nic nie zdobyliśmy, ale pamiętam, że jeden z członków jury, to była pani, chyba z jakieś opery czy z radia, powiedziała, że bardzo fajna piosenka i bardzo jej się podobało, tylko że my ją słabo zagraliśmy, w sensie technicznym, że nie było równo.

Komponujesz?
Tak dla siebie. Mam trochę utworów, które chciałem wykorzystać w ramach Do Widzenia, ale Do Widzenia nie może się wskrzesić i nie możemy nic zrobić (śmiech). Zrobiłem też kilka utworów takich religijnych. Ciągle mam plan, żeby zrobić utwory zespołu Rozarium i przy tym jeszcze przemycić kilka swoich rzeczy – może do tego kiedyś jeszcze dojdzie. Teraz spotkałem na swojej drodze życiowej Witka, gitarzystę z Inowrocławia, który zagrał z nami na naszym ostatnim koncercie Lux Very. On jest taki dosyć ochoczy, dałem mu do posłuchania kilka swoich pomysłów. Może coś zrobimy z tych moich rzeczy, ale to musiałaby być inna koncepcja, bo Piotr Barczak w ogóle nie siedzi w takiej muzyce, on jest zawsze bardzo przeciwny takim innym rzeczom (śmiech), a z kolei nie wszystko da się zrobić na ludowo jak on by chciał.

Obecnie grasz w zespole Lux Vera.
Tak. Mam też taki pomysł na skład, znaczy pomysł – on już zaowocował kilkoma próbami, właśnie z Witkiem i jeszcze z dwoma muzykami z Inowrocławia. Może coś z tego wyjdzie (śmiech), ale nie tak nerwowo, nie ma takiego parcia, że wiesz – trzeba szybko coś zrobić. Powiem ci, że jeszcze w okresie, kiedy przez Blues Walkers przewijały się różne osoby to mieliśmy zespół zarobkowy, który nazywał się Bach – w składzie z Krzychem Łuczakiem i nieżyjącym już Pawłem Reinholzem. Zapraszaliśmy różne osoby – w zespole byli Iwona Hulisz i Krzysiu Buzow. Czasami na naszych graniach powstały takie rzeczy, że mogłoby coś z tego być, ale jak to na weselu  – coś tam się zagra, jest koncepcja – A, zrobimy próbę, może coś z tego wyjdzie, a później wszystko poupadało.

W czasie rozmowy oglądamy zdjęcia zespołów, migawki z koncertów. Wśród nich jest jedno, na którym jesteś ty, Piotr Barczak, Piotr Lewandowski i jeszcze dwóch innych muzyków w tle. To wy chyba jeszcze sprzed „złotej ery rocka w Strzelnie”.
A, to (śmiech), to były moje połowinki z czasów jak chodziłem do Liceum. Nie wiem czy dzisiaj jest jeszcze taka tradycja, ale na połowę liceum też się robiło zabawę, taką mniejszą gatunkowo niż studniówka. I to były moje połowinki, a ponieważ nikt wtedy nie chciał, taka była moda, żeby grała muzyka mechaniczna tylko na żywo, więc szybko zrobiliśmy taki skład – Piotrek Barczak na puzonie, ja na basie, Piotrek Lewandowski na gitarze, Irek Jackowski na klawiszach i Wiesiu Nowak na perkusji. Zamiast się bawić to grałem i śpiewałem na własnych połowinkach (śmiech). 

 


Liceum, połowinki. Na pierwszym planie (od lewej) – Piotr Barczak, Leszek Iwiński,
Piotr Lewandowski (fot. ze zbiorów Leszka Iwińskiego)  

Na koniec chciałbym cię zapytać o koncerty w Strzelnie. Jak je wspominasz po piętnastu-dwudziestu latach?
To było zawodowstwo. Ludzie byli złaknieni tego wszystkiego i się dobrze bawili. Nie pamiętam, żeby były jakieś zadymy, rozróby czy żeby ktoś przychodził w jakimś innym celu – klimat tych występów był taki muzyczny, pokojowy. Ja byłem w szoku ilu ludzi przychodziło – tak naprawdę grały tam zespoły nieznane, a pamiętam koncerty, w czasie których całe Kino było wypełnione ludźmi, co dzisiaj już jest zupełnie niespotykane. Może tak się działo dlatego, że różni ludzie grali w różnych składach i inni przychodzili ich zobaczyć – jak pojawiła się informacja, że na Słonecznym (Osiedle Słoneczne w Strzelnie – przyp. erbe) jest jakiś zespół, to ludzie przychodzili na koncert, czasami się okazywało, że nawet ktoś nie wiedział, że znajomy na gitarze grał (śmiech). To były piękne dni…

(maj 2013)