Byłeś członkiem grupy chałturniczej Hades?
Nie byłem.

W takim razie jak trafiłeś do Do Widzenia, grupy utworzonej przez muzyków Hadesu?
To wyszło przez Orkiestrę (Orkiestrę Dętą OSP w Strzelnie – przyp. erbe). Pewnie w Hadesie grał Piotr Barczak, a my współpracujemy już wiele lat – ja jestem członkiem Orkiestry od piątej klasy szkoły podstawowej, a Piotr był tam jeszcze przede mną. To były czasy, kiedy już byłem na studiach – wychowanie muzyczne od ’89 roku. Jakąś tam wiedzę już zdobyłem, byłem osobą, która coś tam potrafiła zagrać – chociaż z tym graniem to średnio, ale na tym poziomie to akurat się przydało, więc pewnie dlatego.

To była pierwsza grupa rockowa, w której grałeś?
Pamiętam, że w liceum miałem epizod – przygotowywaliśmy występ studniówkowy. Z kolegami z okolic Inowrocławia zagraliśmy piosenkę, chyba cover Lady Pank.

W Do Widzenia grałeś na klawiszach…
Grałem na klawiszach i na trąbce.

I śpiewałeś, co słychać w zachowanych nagraniach. Śpiew to mniej znany wątek w twojej działalności muzycznej.
Pewnie, bo przecież lepiej, żebym nie śpiewał (śmiech). To, że czysto nie znaczy, że ładnie. Do śpiewania trzeba mieć głos. Piotr ma fajny, taki rockowy i do „ludowizny”, pasujący do wielu rodzajów muzyki.

Do Widzenia miało sporo własnych kompozycji.
Ideę Piotr przynosił i mówił – Chłopaki, mamy taki temat. Oczywiście najczęściej była to gdzieś zasłyszana, wyszukana czy przygotowana „ludowizna”. Zabieraliśmy się do tego w ten sposób, że melodia zawsze była od Piotra, a później każdy coś tam dokładał – Leszek Iwiński, wiadomo, z basem „wchodził”, Jacek Łuczak na perkusji – na początku w zespole na perkusji grał Jacek. Tak to próbowaliśmy budować, dorabiać chwyty. Czasem miało być spokojnie, a wyszło twardo, ostro – nie baliśmy się pograć ostro.

Graliście ostro. W waszej muzyce słychać folk, momentami reggae, a do tego większość znanych mi utworów ma zabarwienie punkowe. Zgodzisz się ze mną?
Parę utworów było takich stricte punkowych, to ładnie „szło” do przodu.

To wychodziło naturalnie czy graliście „pod publikę”?
To nie było „pod publikę”. Nie wiadomo skąd to się wzięło, ja na przykład punkowcem w życiu nie byłem – słuchałem różnej muzyki rockowej, ale nie takiej ostrej. W tym składzie to się jakoś udawało. Punk to prosta melodia, rytm jest dosyć prosty, bardzo chwytliwy i w ludowych piosenkach, które też są proste, to bardzo często pasowało.

Przez rok istnienia grupa zagrała trochę koncertów. Pamiętasz wasze występy w Strzelnie?
Właściwie te wszystkie nasze występy teraz zlewają mi się w jeden. Pamiętam, że w Kinie coś się działo, pamiętam nasz utwór Ameryka i to, że raz wystąpiłem w jakiejś kraciastej koszuli. Pamiętam te „młyny”, które gdzieś tam „kręciły” się u dołu, pod sceną. Jak graliśmy to ludzie przychodzili i krzyczeli Do Widzenia - to była dla nas ogromna frajda i właściwie czuliśmy się jak gwiazdy, w cudzysłowie oczywiście (śmiech). Się działo, aczkolwiek ja byłem chyba bardziej pochłonięty tym, żeby dobrze wszystko zagrać, więc nie zawsze przeżywałem tę reakcję publiczności.

Podobno chcieliście stanąć na scenie w „Jarocinie”.
Na pewno byliśmy świadomi, że „Jarocin” to jest miejsce, gdzie można by zaistnieć, ale nie pamiętam, żebyśmy mieli takie plany – być może były.

Za to na pewno zagraliście na Inowrocławskich Spotkaniach Artystycznych w 1993 roku. Zostaliście wyróżnieni za oryginalność.
ISA… Teraz mi przypomniałeś, że tam byliśmy. To się działo w teatrze w Inowrocławiu, ale co tam graliśmy, to teraz sobie nie przypomnę.

A Koronowo i koncert z Air Force One pamiętasz?
To chyba moja zasługa, ponieważ w czasie studiów mieszkałem z Robertem Jagodzińskim z Air Force One. To był chłopak z Warszawy, chyba do dzisiaj w branży muzycznej – pracował w EMI, teraz też w jakiejś wytwórni muzycznej jest dyrektorem. W Air Force One grywał z Maciejem Świtońskim – lekarz, „chirurg miękki” z Bydgoszczy, Tomek Pacanowski chyba tam był… Dzięki Robertowi spotykaliśmy się gdzieś na próbach – ja byłem parę razy u nich, Air Force One było u nas w Strzelnie, wtedy z nimi graliśmy. On usłyszał jak gramy i mówi – Fajnie, fajnie, to może byśmy kiedyś tam się spotkali?. Tak od słowa do słowa i drugi raz wspólnie zagraliśmy w Koronowie. Więcej chyba już nie graliśmy.

Oprócz występów w Inowrocławiu i Koronowie zagraliście jeszcze gdzieś poza Strzelnem?
Nie pamiętam. Chyba nie.

W Kinie występowaliście z różnymi lokalnymi zespołami, których wówczas istniało sporo – lata dziewięćdziesiąte, to przecież „złota era rocka w Strzelnie”.
Tak było, teraz cisza.

Zapamiętałeś jakieś grupy?
Płody Cywilizacji – tam chyba Kubiak (Arkadiusz Kubiak – przyp. erbe) grał, nasz późniejszy perkusista. Była też taka kruszwicka grupa, jak oni się nazywali? Masakra W Kurniku – taki zespół kiedyś się pojawiał u nas na scenie. Być może mylę coś, ale z Kruszwicy kapele też były, może nazw nie pamiętam. A z naszych strzeleńskich? Oprócz Płodów Cywilizacji kilka jeszcze było, ale nazw też nie pamiętam.

Cały ten ruch rockowy był ściśle związany z Domem Kultury – tam zespoły miały próby, tam odbywały się koncerty. Jak wspominasz współpracę z tą instytucją kultury?
Współpraca była dobra. To chyba był już czas pani Przychockiej. Ona była taką przychylną osobą, nawet miałem epizod, że później jeszcze pracowałem pod jej kierownictwem na ¼ etatu. To ona jakieś pierwsze inwestycje poczyniła – były kupione duże głośniki z basami, 800 W na stronę czy jakoś tak. Tak naprawdę to dzięki niej graliśmy – Irek właściwie zawsze na próbach był i nam pomagał to wszystko układać, żeby „zagrało”. Oprócz Blues Bandu, który nas „wykaszał” wszystko było w porządku (śmiech).

O co chodzi z tym „wykaszaniem”?
My już wtedy byliśmy w różnych miejscach – ja byłem na studiach, i nie zawsze był czas, żeby na przykład w środku tygodnia się spotkać. Jak chcieliśmy zrobić próbę, to akurat Blues Band miał stałą próbę – oni jako kapela starsza i z korzeniami w Domu Kultury mieli większą władzę niż my, więc nie udało się ich przesunąć, żeby próbę zrobić. Z kolei my też nie pozwoliliśmy, żeby oni nam wchodzili, kiedy był wyznaczony termin dla nas.

Przypuszczam, że nie było między wami jakiejś wzajemnej niechęci.
Nie, nie.

W Domu Kultury zarejestrowaliście materiał na Pierwszy Konkurs Muzyki Folkowej „Nowa Tradycja”. Odpowiedzialnym za nagranie był wspomniany już przez ciebie Irek Jackowski – „strzeleński realizator dźwięku”.
Tak (śmiech), na byle jakim sprzęcie, ale nagrywał. To już dużo później się działo – coś tam nagraliśmy na tę „Tradycję”, bo trzeba było wysłać nagranie. Piotr jako wierny słuchacz Programu Drugiego trafił na informację o konkursie – teraz też czasem słucham „Dwójki”, więc wiem, że to ciągle jest kontynuowane. Nic z tego nie wyszło, w sensie takim, że nie pojechaliśmy wykonać żadnego utworu. Piotr jakoś tam kontynuował to jeszcze chyba z jednym z oceniających…, albo coś mylę, może swoje kompozycje wysyłał do kogoś tam – nie pamiętam, jaki był tego efekt.

Przejdźmy do składu Do Widzenia. Można powiedzieć, że podstawę zespołu tworzyłeś ty, Piotrek Lewandowski, Piotrek Barczak, Jacek Łuczak i Leszek Iwiński?
Były takie odmiany, bo to nie zawsze było Do Widzenia – później zmieniło się na Blues Walkers. Piotr Barczak był zawsze, Leszek był, ja też byłem, chociaż nie wiem dlaczego (śmiech). Jacek Łuczak później zmienił się na „Wróbla” (Maciej Wróblewski – przyp. erbe), potem nawet „Kubiaczek” (Arkadiusz Kubiak – przyp. erbe) z nami grywał. Gitarzyści się zmieniali, bo z nami „Kryniu” czasem grał – Krąkowski Krzysiu. W Blues Walkers był jeszcze Krzysiu Borowiec, taki nasz chyba najznamienitszy muzyk, saksofonista – grał na klarnecie, na wielu instrumentach.

Inicjatorami założenia Blues Walkers byliście wy czy członkowie Blues Bandu?
Blues Band to już chyba wtedy nie grał. Nie, grał, pamiętam, że byliśmy na Białorusi – to był rok ’93.

Na Białorusi?
W ’93 roku nastąpiła wymiana między białoruskim miastem Pińsk a Strzelnem, organizował to Dom Kultury. Pojechała wtedy Orkiestra Dęta, Blues Band i zespół stworzony na tę okazję w składzie: Irek Jackowski – klawisze, Piotr Barczak – puzon, ja – trąbka, Zdzisław Kotecki – saksofon, Piotr Lewandowski – gitara. Wtedy to Blues Band dał 2 lub 3 koncerty, które zostały dobrze przyjęte.

Czyli koncepcja Blues Walkers zrodziła się w szeregach Do Widzenia?
To wyszło od nas. Być może to nie było jakoś w prostej linii, ale ci sami ludzie to stworzyli. To zawsze była ta idea grania i do dzisiaj jest, no i jesteśmy my – Piotr, ja, Leszek i Kubiak. Jakoś tak wyszło, może żeby coś zmienić, spróbować w tym bluesie. Kto wie, czy ten festiwal w Skierniewicach, który gdzieś tam chyba Krzysiu Łuczak „wyciągnął”, nie był takim przyczynkiem, żeby tego bluesa próbować zagrać.

Opowiedz o tym festiwalu.
Skierniewicka Noc Bluesowa – tak się nazywał. Pamiętam, pojechaliśmy strażackim żukiem, bo nie miał nas kto zawieźć. Bardzo piękne wspomnienia – Leszek Cichoński prowadził warsztaty, były występy, była silna konkurencja, były jamy. Oczywiście my nie byliśmy takimi muzykami, żeby sobie tak od razu wystąpić na jamach, ale „Wróbel” jako perkusista spokojnie sobie z tym radził, Krzysiu Borowiec również. Jak zaczęli jamować, to „Borowy” już był na scenie i grał z nimi (śmiech) – no i świetnie, bo był dobrym muzykiem.

Inne koncerty „wyjazdowe”?
Oj, chyba za dużo nie graliśmy. To pewnie były koncerty w Strzelnie, choć nie wiem czy w Mogilnie jakiegoś nie „zahaczyliśmy”, ale na 100% nie potrafię powiedzieć.

Blues Walkers zapamiętałem z występu na Rynku, to były chyba Dni Strzelna – maj, popołudniowe słońce, muzyka w klimatach Blues Brothers i chicagowskiego bluesa.
Nie pamiętam tego występu. Rzeczywiście, tam był silniejszy skład „dęciaków” i może wtedy lepiej brzmieliśmy. Może nie chicagowski, bo chicagowski nam się kojarzy z takim dixielandowym graniem, ale z Blues Brothers miejscami to mogło być porównywalne. Gitarzystą był Krzysiu Łuczak, taki stricte bluesowiec – dużo takiego rodzaju repertuaru graliśmy.

Mieliście własne utwory?
Blues Walkers, jeśli dobrze pamiętam, grał covery w większości we własnych aranżach. W Skierniewicach graliśmy własny utwór o roboczym tytule Szymanowski, więc wykonywaliśmy nie tylko czyjeś kawałki.

Potrafisz powiedzieć, w którym roku zespół powstał i jak długo istniał?
Nie. Pewnie jakoś tak chwilę przed tymi Skierniewicami. Oczywiście zawsze były plany kariery artystycznej – O, nagramy płytę, coś zrobimy. Nigdy to się nie udało i pewnie się nie uda. Zawsze chyba zabrakło determinacji.

Właśnie, nikt nie zadał sobie trudu, żeby postawić „kropkę nad i” i profesjonalnie zarejestrować swoją twórczość. To był „żywioł” i nikt nie myślał, co będzie za kilka dni?
Nikt chyba nie myślał, co będzie za kilka dni. Plany były, żeby nagrać – ciągle o tym wspominaliśmy, że trzeba coś zrobić, żeby to gdzieś tam zarejestrować, tak poważnie. Wtedy to było trudne, bo to były duże pieniądze, ale też nie było takiej motywacji, żeby ćwiczyć – może brakowało człowieka, menedżera jakiegoś, który by nad tym zapanował, powiedział – Aha, chłopaki, trzeba to zrobić. My chyba zbyt bardzo tym żyliśmy i właściwie było od koncertu do koncertu – żeby się przygotować, żeby jakoś to zabrzmiało. Nigdy nie starczyło czasu, żeby to zarejestrować – jak nie było jakiegoś takiego celu realnego, to chyba nie potrafiliśmy się spiąć.

Jak z perspektywy czasu oceniasz to, co zrobiliście z Do Widzenia i z Blues Walkers?
Utwory – fajne pomysły, to bez dwóch zdań. Te wymyślone przez Piotra rzeczy były bardzo udane, aczkolwiek tak naprawdę nigdy to nie było dobrze zagrane, zawsze tam czegoś brakowało. Wiadomo, trzeba by dokładnie poćwiczyć, a brakowało konsekwencji w działaniu. Wtedy był to chyba właśnie taki „żywioł”, nam się to bardzo podobało, więc nie patrzyliśmy na tę stronę techniczno-muzyczną. Pod tym względem trzeba by spojrzeć na to krytycznie, aczkolwiek w naszej muzyce było jakieś życie, jakaś idea fajna i nowatorstwo – teraz czasem przychodzi takie rozrzewnienie, że to odeszło, że nie było jakiegoś dobrego nagrania tych utworów.

Dobrze się czułeś grając folko-punka, a później bluesa? To twoja muzyka?
Ten nasz folko-punk był bardzo odkrywczy, bo chyba nikt tak nie grał w tamtych czasach.

Nowatorski, odkrywczy – kilka lat później na łączeniu rocka z muzyką ludową inni robili kariery.
Tak i żałujemy do dzisiaj – mogłoby tak być, że byśmy teraz rozmawiali w innym pomieszczeniu (śmiech). To było bardzo nowatorskie, bardzo mnie to „kręciło” i bardzo lubiłem to robić. Z Blues Walkers też dobrze się czułem, tam już większy profesjonalizm było widać. Podbudowywało nas, że musimy ćwiczyć, zbierać emocje i siły, żeby jak najlepiej wystąpić, więc rozwijało nas to w jakiś sposób.

Często w naszej rozmowie przewija się Piotr Barczak – wspomniałeś, że wspólnie muzykujecie od szkoły podstawowej. Jak się współpracuje z Piotrem?
Piotr to dobry człowiek. Przez tyle lat nie pokłóciliśmy się jakoś tak specjalnie, czasem zdania wymieniamy, ale współpracuje mi się z nim dobrze.

Tworzycie duet muzyczny, gdzie jesteś ty – tam jest Piotr, gdzie jest Piotr – tam jesteś ty.
Rzeczywiście chyba tak jest. Najczęściej są to jego rzeczy, bo nie oszukujmy się, wiele tych wydarzeń muzycznych, w których braliśmy udział to było z jego inicjatywy i właściwie to jego utwory wszędzie były wykonywane, jego opracowania – kto wie czy nie w osiemdziesięciu, a może więcej procentach. I dobrze, mi się to akurat podoba i jeśli mogę to z chęcią zagram. Ja Piotra nie biorę do swoich projektów, bo nie robię żadnych (śmiech), chociaż jak powstała orkiestra w Gąsawie, gdzie znowu razem gramy, to pierwszego do współpracy zaprosiłem Piotra, bo jest to człowiek, który jest nieocenionym wykładowcą, nauczycielem i kumplem, oddającym się swojej pracy. I chociaż mówi, że muzykę rockową ma na siódmym miejscu (śmiech), bo to nie jest jego ulubiony rodzaj, nie jest to żaden Strawiński – często przy różnych spotkaniach, gdy dochodzi do wymiany słów mówi – Co mnie to obchodzi? Mnie to nie interesuje (śmiech), to ciągle w tym jest i to właśnie jest fajne w tym wszystkim.

Masz nagrania, plakaty czy też inne rzeczy, związane z muzyką rockową w Strzelnie ostatniej dekady XX wieku?
Nie mam takich rzeczy. Muszę powiedzieć, że nie przywiązywałem do tego wagi. Pamiętam, że miałem gdzieś plakat z koncertu Blues Walkers, w moich szpargałach się wala, w jakimś kartonie piwnicznym. Z tym zespołem robiliśmy wizytówki – taką rzecz chyba gdzieś bym znalazł, ale musiałbym poważnie poszukać.

Wizytówki?
W takim sensie, żeby się rozpropagować, taka reklamówka – nazwa zespołu, jakiś numer telefonu. To było pewnie drukowane w domu, na jakiejś małej drukareczce, kto wie czy jeszcze nie na igłowej.

Na Dniach Norbertańskich 2011 roku widziałem cię na scenie z grupą Lux Vera. Nadal grasz w tym zespole?
W ’11 grałem, ale w nagraniu kolęd nie braliśmy udziału – to był pewnie inny zamysł, taki gitarowy.

Czyli można zaryzykować stwierdzenie, że raczej byłeś muzykiem gościnnym, a nie pełnoprawnym członkiem grupy?
Wydaje mi się, że pełnoprawnym, tylko że był taki moment – co dalej z tym, czy jest czas na to? Parę razy gdzieś tam zagraliśmy, były opcje, żeby w końcu coś zrobić z tą płytą, nagrać, ale wymagana była dyscyplina – trzeba przychodzić na próby, nie ma nieprzychodzenia. Często się nawet kłóciliśmy, Piotr dyktował trudne warunki. Ja nie zawsze mam czas. Mój syn też grywał w Lux Verze, ale wiadomo – musi się uczyć, a czasem próba była od 9 wieczorem, więc nie zawsze mógł. Potem powstał ten projekt z kolędami (Lux Vera ze Strzelna – przyp. erbe), chłopaki zagrali na samych gitarach. Ja nie czuję się w jakiś sposób odrzucony czy wyeliminowany – gdyby trzeba było coś tam zagrać, spokojnie bym zagrał.

Czy oprócz Do Widzenia, Blues Walkers i Lux Very grałeś jeszcze w innych formacjach muzycznych? Oczywiście poza orkiestrami dętymi.
W życiu miałem epizod chałturniczy – z braćmi Nowakami zagraliśmy kilka uroczystości weselnych i studniówkowych, ale to jakoś nie przyjęło się i nie bardzo mi się podobało, zbyt męczące to chyba jest.

(maj 2013)