W latach dziewięćdziesiątych w Strzelnie mieliśmy do czynienia z boomem rockowym, nazwanym przeze mnie „złotą erą rocka”. Czy wcześniej muzyka gitarowa była obecna w naszym mieście? Kilka lat temu wspomniałeś mi o koncercie związanym z AIDS.
Była taka impreza, poświęcona profilaktyce tej choroby – koniec lat osiemdziesiątych, ja wtedy pracowałem w Sanepidzie. To było w Kinie, były zaproszone zespoły, już nie pamiętam jakie – wiem, że był zespół Muzyka z Bydgoszczy, taki dość duży skład, i z Trzemeszna też… Przez Zbyszka Noska była specjalnie napisana pieśń na zakończenie, ale nie pamiętam czy była wykonana, bo ta impreza ciągnęła się w nieskończoność – ciągle przerywali dostawę prądu. Pamiętam też imprezę, sanepidowską czy jakąś inną, już nie wiem co to było, gdzie był konkurs na piosenkę o tematyce zdrowotnej. Wtedy stworzyłem zespół Miller Und Killer – do tekstu, który zwyciężył ułożyłem muzykę i zespół ją wykonał. W składzie było tylko trzech muzyków – ja grałem na akordeonie, a Piotrek Lewandowski na gitarze. Był ktoś jeszcze, ale nie pamiętam kto. To było tak okazyjnie – zespół został powołany specjalnie na tę jedną piosenkę.

Jesienią 1993 roku powstała grupa Do Widzenia. Z tobą w składzie. 
Od 1986 roku grałem w chałturniczym zespole Hades. I kiedyś na próbie zaczęliśmy grać troszkę inną muzykę – przerobiliśmy grany na weselach utwór Ja chcę mieć małe bobo na Ja chcę mieć małe Volvo. To nie było chyba nigdy grane na koncertach. Zrobiliśmy ją na taki metal trochę i pewno od tego utworu to się tak jakoś narodziło. Później zaczęły się eksperymenty z muzyką ludową. Kiedy już Do Widzenia powstało to mi jakoś tak obrzydły te wszystkie wesela, już nie lubiłem na nich grać, to były jakby moje ostatnie chwile w Hadesie. Chciałem to jakoś zapełnić i tak powstała idea grania w Do Widzenia.

Kto grał w Hadesie? 
Z muzyków, którzy Do Widzenia stworzyli na pewno Leszek Iwiński i Piotr Lewandowski. Nie wiem, może jeszcze Jacek Jackowski. 

A w Do Widzenia?
Jacek Łuczak grał na perkusji, Piotr Lewandowski na gitarze, Jacek Jackowski na trąbce i na organach, a Lechu Iwiński na basie. Ja na puzonie i śpiewałem.

Byłeś jedynym wokalistą?
Jacek (Jackowski – przyp. erbe) jeszcze śpiewał.

Skład zespołu był stały?
Nie, zmieniało się, chyba się perkusiści zmieniali. Wiem, że jak nagrywaliśmy kasetę, żeby uczestniczyć w konkursie „Nowa Tradycja”, to w zespole pojawił się Waldek Krystkowiak na klawiszach, Krzysztof Borowiec na saksofonie, a perkusistą był Arek Kubiak. W podstawowym składzie byłem ja, Leszek Iwiński, Jacek Jackowski i Piotr Lewandowski. Parę lat później, kiedy nie było już zespołu, a my robiliśmy próby, mające doprowadzić do reaktywacji, pojawiły się jeszcze inne osoby – klawiszowiec Szymon Wylandowski i trębacz Zbigniew Nowaczyk. Zbigniew pracował w Ośrodku Kultury w Janikowie, dlatego tam się spotykaliśmy. To się skończyło pewno na dwóch próbach, chyba dlatego, że on zakończył pracę w tym Ośrodku Kultury.

Wspomniałeś o nagraniach.
4 piosenki były wysłane na pierwszy konkurs „Nowa Tradycja” (Pierwszy Konkurs Muzyki Folkowej „Nowa Tradycja”, 1998 rok – przyp. erbe). Irek Jackowski to nagrywał. W 1997 roku o tym konkursie usłyszałem w radiu i skrzyknąłem ludzi, żeby poprzez eliminacje się na niego dostać. Nie dostaliśmy się. Bardzo miły list przyszedł od pani organizatorki – że fajnie, tylko że nie o to im chodzi w tej „Nowej Tradycji”, że to raczej nie miały być rockowe rzeczy tylko folkowe.

Pamiętasz tytuły waszych autorskich utworów?
Na przykład Leży zapruty - piosenka o alkoholiku, Bizony - ekologiczna można by powiedzieć, Ebora – też taka troszkę ekologiczna, o Murzynku, który daje nam przykład jak dobrze żyć z naturą, żeby jej nie niszczyć. Teksty były moje, ale od razu zaznaczam, że się ich wstydzę, bo to takie naiwne mi się teraz wydaje. Była jeszcze piosenka na bazie naszych przeżyć, które mieliśmy na graniach weselnych, autentyczne wydarzenie – to się nazywało Słuchaj Darek. I to by było pewno wszystko z tych takich oryginalnych, nieludowych. Aha, z nieludowych, choć z elementami ludowymi, była jeszcze Ameryka - tekst był zupełnie nasz, no mój powiedzmy, też naiwny.

Ameryka jest w klimatach reggae.
Tak jakoś wyszło, ale elementy ludowe też tam są. 

A opracowania ludowe?
Były dwie wersje Nie wygoniej owczaryszku, dość znany utwór Z góry woda cieczeCzymu druhny nie śpiwota?, był taki jakby hołd złożony naszemu wielkiemu kompozytorowi Karolowi Szymanowskiemu, fragment jego baletu Harnasie - Jo za wodą, ty za wodą. Więcej już nie pamiętam.

Tekstów się wstydzisz, a jak, po latach, oceniasz muzykę?
Do muzyki bym się przyznał, bo to były dość ciekawe pomysły. Nawet dzisiaj wydaje mi się, że można by to bez wielkich przeróbek na nowo grać, czego dowodem było to, że jako zespół Lux Vera utwór Do Widzenia zagraliśmy niedawno na dożynkach w Markowicach (w 2011 roku – przyp. erbe) – piosenka praktycznie w ogóle była nieprzerobiona. Muzyka to nie były tylko moje pomysły, na pewno zespół, choć trudno mi powiedzieć kto i co, duży wkład miał w to, że ona pozostała nadal taka, powiedzmy, oryginalna. 

Komponowanie to nie była twoja „działka”?
Moja „działka”, ale cały zespół w tym uczestniczył, bo ja im nie dostarczałem gotowego materiału. Wszystko rodziło się na próbach – jakieś przygrywki czy akordy, w zasadzie moja była linia melodyczna. A jeżeli chodzi o utwory ludowe to był taki zbiór, mam go do dziś – pieśni z Pałuk i Kujaw. Z tym że utwory ludowe były dość poprzerabiane, na przykład były dwie wersje Nie wygoniej owczaryszku. Zresztą Nie wygoniej owczaryszku nie jest z tego zbioru. Ja też brałem teksty, które mój ojciec śpiewał. On lubi śpiewać do dziś, choć rzadko to teraz robi i parę tekstów jest wziętych właśnie z tych jego jakby „śpiewanek”. 

Skąd inspiracja muzyką ludową? W ogóle skąd rock w twojej działalności, jesteś przecież kojarzony z zamiłowania do muzyki poważnej?
Ja wtedy byłem młodym człowiekiem, rockiem też się interesowałem, słuchałem płyt, szczególnie mnie interesowały polskie zespoły. A twórczość ludowa? Zawsze też mnie interesowały takie ludowe przyśpiewki. Nie wiem kiedy się narodziło to zainteresowanie muzyką ludową. Może wtedy, gdy ojciec mój śpiewał i kiedy na wieś jeździłem do brata ojca – on też takie rzeczy śpiewał. Oni nie śpiewali tego nigdzie na scenach, tylko jak w domu się spotykali, to wykonywali różne pieśni. Może to mnie tak jakoś do tego zbliżyło. 

Do Widzenia miało próby w Domu Kultury?
Tak. Wtedy Domem Kultury rządził pan Przybylski – współpraca zawsze dobrze się układała, mieliśmy miejsce na próby, nigdy nie było problemów ze zorganizowaniem sprzętu na koncerty. Zresztą teraz Lux Vera współpracuje głównie z dyrektorem Belińskim i też nie ma żadnego problemu.

Nie obyło się bez koncertów. W Strzelnie graliście tylko w Kinie?
Pamiętam, że w Amfiteatrze też, na dożynkach.

Co zapamiętałeś z tych koncertów?
Bardzo dobrze wspominam odbiór, zawsze byliśmy bardzo mile przyjmowani przez ludzi, którzy tam pogowali i nawet wskakiwali na scenę – tak ich ta muzyka elektryzowała. To nas napędzało do tego, żeby ciągle nowe piosenki robić – co koncert, no może nie co koncert, ale staraliśmy się poszerzać repertuar, żeby coraz więcej dla tej publiczności grać. Pamiętam tę atmosferę, że była fajna, że dużo zespołów przyjeżdżało, dużo publiczności przychodziło – na pewno się ludziom podobało, bo koncerty ciągnęły się dość długo, do nocy nawet. Pamiętam zachowanie Rafała Pluskoty przy Nie wygoniej owczaryszku. Utwór składał z dwóch części – wolnej i szybkiej, i jak ta szybka miała się zacząć, to krzyczał - Bolek czadu (Piotr „Bolek” Barczak – przyp. erbe), potem na scenę wskakiwał i rzucał się w pogo. Pamiętam też koncert Air Force One, był wtedy na Topie, przynajmniej w naszym województwie. Inne grupy to były raczej młodzieżowe. My też wtedy byliśmy młodzi, ale tam bardzo młodzi ludzie grali – nie za bardzo zwracałem na to uwagę, dużo było punkowych zespołów, a ja nie za bardzo lubiłem taką muzykę.

To ciekawe, ponieważ w muzyce Do Widzenia słychać punk rocka.
Być może. Nie wiem, bo się tą muzyką nie interesuję.

W październiku ’94 roku zagraliście koncert pożegnalny.
Specjalnie były zrobione wersje utworów na ten koncert. Dołączyła do nas Ewelina Boesche, która śpiewała i Andrzej Kortas na klarnecie. Może ktoś jeszcze dołączył, ale już nie pamiętam. Na tym pożegnaniu było parę zespołów, ale też już nie pamiętam kto zagrał – wiem, że był Blues Band. Na końcu wszystkie grupy weszły na scenę – my graliśmy, a oni wszyscy przyszli i po prostu nas pożegnali. To było miłe. Specjalnie na ten koncert, w tym samym dniu, przez Zbyszka Noska był robiony i nagrany na szpulowy magnetofon wywiad. Może ta taśma jeszcze się zachowała. Jakość była wiadomo jaka, ale w czasie koncertu, między wejściami zespołów, były puszczane fragmenty.

 

 
Zapowiedź koncertu pożegnalnego grupy Do Widzenia po korekcie – Szamana to były
Kretki, a nie Kredki (ze zbiorów Sławomira Sobczaka)

Z grupą Air Force One wystąpiliście w Koronowie, wzięliście też udział w „Inowrocławskich Spotkaniach Artystycznych” – w Gazecie Pomorskiej z 30 czerwca 1994 roku o Do Widzenia czytamy między innymi: Na ubiegłorocznych Inowrocławskich Spotkaniach Artystycznych zespół otrzymał wyróżnienie za oryginalność.
To było dla nas szczególnie miłe, bo nawet ludzie ze szkoły muzycznej, czyli tacy, którzy się na muzyce znają, później śpiewali jakieś refreny z naszych piosenek. ISA odbywały się na zasadzie konkursu, były chyba 3 miejsca, a my dostaliśmy wyróżnienie za oryginalne podejście do tematu. Była nagroda, ale nie pamiętam jaka, chyba zestaw kaset. A w Koronowie byliśmy jako support zespołu Air Force One. My znaliśmy się z muzykami z tego zespołu i po prostu dlatego nas wzięli. 

Zagraliście inne koncerty poza Strzelnem?
Trudno powiedzieć. Taki boom był wtedy na te koncerty, dużo ich było w samym Strzelnie.

W przywołanym przeze mnie artykule z Gazety Pomorskiej jest informacja, że w tym czasie Do Widzenia miało w planach, cytuję, nagranie płyty oraz występ na tegorocznym Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie. Staraliście się kiedyś dostać do „Jarocina”?
Ja nie pamiętam, żebyśmy chcieli jechać do „Jarocina”. Nigdy nie było takich rozmów, może ktoś inny z zespołu się starał.

Byłeś także członkiem formacji Blues Walkers.
Założycielem był Krzysiu Łuczak, on jest takim specjalistą od bluesa, a my tylko dołączyliśmy do tego, zresztą z jednym naszym przebojem - Jo za wodą, bo to był taki trochę bluesowy utwór. Wiem, że byliśmy na przeglądzie zespołów bluesowych w Skierniewicach. To była dwudniowa, ogólnopolska impreza, połączona z warsztatami bluesowymi. W nocy był jam session, można było sobie pograć bluesa. Tam nie było jakiś wielkich eliminacji, nie wiem, czy było trzeba coś wysłać – to musi Krzysiu powiedzieć.

Blues Walkers to była kontynuacja Blues Bandu?
Może i tak, chociaż tam już zupełnie inni ludzie grali. Ale może te fascynacje bluesowe Krzysia… Nie wiem. Wiem, że my jakiś czas po założeniu dołączyliśmy do zespołu z tymi „dęciakami” i byliśmy w Skierniewicach. 

W Blues Walkers grało sporo muzyków spoza Strzelna, na przykład Krzysztof Buzow.
Wybitny klarnecista z Inowrocławia. On na pewno grał z Krzychem i z Lechem w takim zespole chałturniczym, to może go ściągnęli do Blues Walkers, chociaż ja nie pamiętam. W Blues Walkers byli też Krzysiu Krąkowski, Waldek Krystkowiak i Maciej Wróblewski, no i na saksofonach Krzysiu Borowiec z Grudziądza. To byli i są naprawdę bardzo dobrzy muzycy. 

Grałeś też w jazzowym Old Dixieland Players, zespole z Mogilna.
Gram nadal.

Od kiedy jesteś związany z tą grupą?
Dziewięćdziesiąte lata.

W czasach Do Widzenia?
Nie, po Do Widzenia. Old Dixieland Players zawiesił działalność, ale przed tym zawieszeniem to ja już tam pewno 2 lata nie grałem, kolega za mnie grał. 2 lata temu, z okazji trzydziestolecia zdobycia „Złotej Tarki”, zespół wznowił działalność – skład jest na nowo powołany i ja w nim jestem, chociaż koncertów za dużo nie ma.

Minęło kilkanaście lat i powstała, wspomniana już przez ciebie Lux Vera. O tym projekcie muzycznym pisałem na blogu. Nadal działacie?
Próbowaliśmy coś robić, ale na razie działalność jest zawieszona, bo na skutek wyjazdu Arka Kubiaka nie mamy perkusisty. Czekamy, aż on wróci we wrześniu. Planujemy nagranie kolejnych pastorałek, pewno jakieś koncerty też będą – żeby się przygotować, to już pewno we wrześniu zaczniemy to robić. A z nowych rzeczy to powstał niedawno zespół, który zadebiutował na imprezie 11 maja (30. rocznica I Pieszej Pielgrzymki Strzelno-Jasna Góra – przyp. erbe). Nazywa się Poturba. Trudno powiedzieć, czy to zespół folkowy, bo na razie przygotowaliśmy pieśni maryjne – 5 pieśni specjalnie na tę imprezę. Trochę to folk, ale troszkę jakby wchodzi w muzykę współczesną, bo tam są, chociaż nie zawsze, takie współbrzmienia już jakby właściwe muzyce współczesnej. To już jest zupełnie inna sprawa niż Lux Vera, którą można jeszcze zaliczyć do takiego trochę nurtu rockowego. Poturba to już skład zupełnie nierockowy – instrumenty perkusyjne, kontrabas, klarnet, puzon i śpiew ludowy – pozyskana z Cienciska śpiewaczka, pani Janina Pika śpiewa takim „białym”, ludowym głosem. Oprócz pani Janiny i mnie 11 maja wystąpili – Michał Maciejewski na instrumentach perkusyjnych, Andrzej Kortas na klarnecie i Mirek Marczyński na kontrabasie. To są muzycy z Inowrocławia.

Lux Vera i Potruba to teraz są twoje priorytety muzyczne czy planujesz jeszcze coś innego?
Do głowy mi przyszło, żeby zrobić widowisko o Matce Bożej, ale to na październik dopiero i też się pewno tylko tym zajmę. Z Poturbą na razie nie będziemy szli w stronę folka, chociaż skład jest tak właśnie pomyślany, żeby grać muzykę folkową, ale zajmiemy się opracowaniem kolejnych pieśni maryjnych i może w październiku uda się zrobić to widowisko o Matce Bożej. Takie są plany.

(maj 2013)