Jakie to uczucie stanąć na scenie i zaśpiewać Anarchy in the UK Sex Pistols?
Rzeczywiście, był taki motyw (śmiech). Super. W ogóle super uczucie stać na scenie. Kiedy Rotten śpiewał No Future, brzmiało to jak „Fuck You”. I o to właśnie chodziło. To punk rock.

Byłeś członkiem grup Kretki Szamana i Forrest Gump. Pierwsze były Kretki?
Tak, pierwsze były Kretki Szamana. To było gdzieś w ’94 roku. W składzie był „Promyk”, czyli Andrzej Rosiński, Marcin Adamski – „Hans”, Robert Łapiński – „Łapa”, ja i „Wodzu” – Bartek, nazwiska nie pamiętam, bo już mi uciekło. No i to już cała załoga. Było tak, że oni sobie pogrywali, bo razem do szkoły chodzili, do Technikum w Inowrocławiu, chyba Elektronicznego. Potrzebowali perkusisty, a że „Promyk” wiedział, że Adamski właśnie na perkusji pogrywa, to mu się zapytał czy nie chce grać. Po jednej czy dwóch próbach okazało się, że jeszcze wokalisty potrzebują. No i tak to wyszło (śmiech). Tylko to śmieszne trochę było, bo my z Adamskim wtedy słuchaliśmy metalu, tak że z punkiem mieliśmy powiązania małe, tylko tyle co z koncertów. „Wodzowi” jednak spodobał się taki krzykliwy wokal, rodem z kapeli metalowej, połączony z punkowym graniem.

Kretki to była czysto punkowa kapela?
Dokładnie. Punk w czystej postaci, jak z piosenki „Patyczaka” (Brudne Dzieci Sida – przyp. erbe) – Trzy akordy, darcie mordy.

Zaaklimatyzowaliście się?
Dosyć dobrze i szybko (śmiech). Na początku pogrywaliśmy u „Wodza” w domu, w Inowrocławiu. Miał tam trochę sprzętu – oni uczyli się w tym Elektroniku, tak że różne kombinacje ze sprzętem były. Później jakoś tak wyszło, że mogliśmy się załapać przy Domu Kultury w Strzelnie – było „o niebo” lepiej niż w małym pokoju, sprzęt był trochę lepszy, można się było dobrze nagłośnić i tak dalej.

Kretki Szamana zagrały na koncercie pożegnalnym Do Widzenia w październiku 1994 roku.
I nie wiem, czy to nie był jeden z pierwszych, albo nawet pierwszy koncert. Nie jestem pewien, może to był pierwszy, a może drugi koncert. Później zagraliśmy na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Graliśmy tylko w Strzelnie. W tych czasach dosyć sporo koncertów było tu organizowanych, ale nikt, niestety, kronik nie prowadził, więc trudno teraz wyczuć ile razy zagraliśmy. To trwało może 2 lata.

Ty byłeś na wokalu…
Marcin Adamski na perkusji, „Promyk” na basie, a „Wodzu” i „Łapa” na gitarach.

Później była grupa Forrest Gump.
Ja na wokalu, Paweł „Młody Michu” Michalski na basie, Bartek „Michu” Michalski na gitarze i Łukasz „Panek” Pankowski na perkusji. To się nie nałożyło, była jakaś przerwa. Z Bartkiem Michalskim chodziłem do klasy, trzymaliśmy się razem i wymyśliliśmy, że trzeba coś założyć. Do ekipy dołączył Paweł Michalski, jego brat, i zaczęli sobie pogrywać, choć chyba Paweł wcześniej już sobie trochę pogrywał. Później Pankowski przyszedł na perkusję. Na początku śmiesznie było – na pudle tylko, na starej gitarze basowej z odzysku, jakiś tam werbelek i stopa (śmiech). Takie kombinacje były (śmiech). Później w Domu Kultury się zgodzili przyjąć nas pod swoje skrzydła, że tak powiem (śmiech). I tak sobie zaczęliśmy grać. Tylko że już wtedy, gdzieś w ’97-’99 roku wszystko zaczęło się rozpadać, koncertów było mało i w ogóle mało się działo w tym kierunku – próby były, ale już nie było gdzie się pokazać. Jednak wcześniej mnóstwo było koncertów i różnych przeglądów. W tym czasie w mediach ogólnie rozumiany rock dogorywał, zaczęto agresywnie promować inną muzykę.

Jeździłeś na różne koncerty.
Tych koncertów była masa. Jeździło się i na punkowe, i na inne. Praktycznie, jak w pobliżu był jakiś koncert, to się ekipę zbierało i po prostu się jechało w 15, 20 osób. Na przykład w Inowrocławiu był klub Diesel. Pamiętam, że tam odbywały się koncerty, można powiedzieć klubowe, bo przestrzeń była mała (śmiech). Super koncerty w Kruszwicy – Dezerter czy Alians. Na Przystanek Woodstock się jeździło, tam można było zobaczyć kapele, było też sporo załogantów „pojarocińskich”. Dobrze zapamiętałem II Woodstock w Szczecinie Dąbiu – pociągi były przeładowane ludźmi, jeden na drugim, choć pewnie do dzisiaj tak jest, w Poznaniu cały peron był obstawiony policją z psami, w samym Dąbiu na każdym rogu ulicy patrole w policyjnych mundurach z „kałaszami”, aż trudno w to dzisiaj uwierzyć.

Podobno był taki Przystanek Woodstock w Żarach, w czasie którego prawie wcale nie wychodziłeś z namiotu. To prawda?
Nieprawda (śmiech). Dementuję (śmiech). Pamiętam, że w Polsce była wtedy powódź. Jechaliśmy bardzo długo. Było za to wesoło.

Byłeś też na koncercie Pidżamy Porno w Kruszwicy, który skończył się zadymą. Grabaż w książce Auto-bio-Grabaż wspominał, że przed salą rozgorzała bitwa punkowo-skinowska.
Nie, to bzdura jest. Po prostu z Inowrocławia przyjechała ekipa karków, znane osoby, i takie młode pakerki z Kruszwicy czy z okolic  - zaczęli zadymiać, zaczepiać. Pamiętam, że Grabaż w pewnym momencie przerwał koncert i stwierdził, że jeśli się atmosfera nie uspokoi to przestaną grać, zwijają się. Czy aż taka zadyma była? Coś tam mogło się dziać na zewnątrz, ale na pewno to nie byli skini, to były dresy po prostu.

 


Nie można nie zauważyć, że twórców plakatu inspirowały
uznane grupy – Aerosmith i Brygada Kryzys (ze zbiorów
Sławomira Sobczaka ze Strzelna)

A koncerty w Strzelnie robiły na tobie wrażenie?
Jako widz i jako osoba stojąca na scenie mogę powiedzieć, że fajny był klimat koncertów w Strzelnie. Sporo ludzi, młodych i starszych, słuchało rocka czy punka, a te koncerty jakby jednoczyły. Trochę ekipy tu przyjeżdżało, załoganci z Inowrocławia, z Mogilna, klimat był bardziej pokojowy (śmiech) – wszyscy się znali, wszyscy się dobrze bawili. Jeden z pierwszych koncertów nie odbywał się w Kinie. Mogę się mylić, ale to był chyba II Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i to było w Liceum, w naszym „Ogólniaku”. Na pewno grał Rychu Nowak, pamiętam, że grali jakieś kawałki Zielonych Żabek. W sumie od tego czasu zainteresowałem się punkowym graniem. Powiem ci, że jak słuchałem metalu to miałem te 13, 14 lat. Słuchało się tak bardziej zabawowo może, a punk wnosił już coś innego, to nie był tylko strój i muzyka, różne rzeczy się działy wokół tego, wokół subkultury. Trochę ekipy, która słuchała punka, się znało, więc zawsze się coś dostało, dużo kapel gdzieś tam poprzegrywanych, przegrywki przegrywek – KSU, kapele z Grudziądza, czyli Cela Nr 3 na przykład. Do tego koncerty i jakoś tak powoli zmieniłem barwy, że tak powiem (śmiech). Tak że jak już przyszedłem do Kretek Szamana, to nie byłem taki zielony, już wiedziałem o co chodzi.

Pamiętasz koncerty innych kapel?
Pamiętam Mojrę ze Sławkiem Tarczewskim. Pamiętam jeszcze Plankton, zespół chyba z Gąsawy, to też mi jakoś utkwiło w głowie.

Mojra nie grała punka.
Nie, bardziej takie mroczne klimaty, chociaż ja w tych klimatach też trochę siedziałem. Z miejscowych zespołów były Płody Cywilizacji i jeszcze parę innych kapel, ale one często covery grały już nie w moich klimatach – niektóre zespoły nie były nastawione konkretnie na jakąś muzykę, grały trochę Dżemu, trochę Metalliki, trochę Hendrixa i takie tam…

A wy, poza wspomnianym Anarchy in the UK, mieliście w repertuarze jeszcze jakieś inne standardy punkowe?
W Kretkach na pewno była Sex Bomby Woda, Dom wschodzącego słońca w wersji Kultu i 1944 KSU. Innych coverów to raczej nie graliśmy. Z tą drugą kapelą to już więcej było takich kombinacji. To niby też, jak Kretki, miał być zespół punkowy, ale na przykład Bartek Michalski w tym czasie lubił reggae i tego reggae było więcej niż takiego czysto punkowego grania. Dosyć dużo cudzych utworów też było, na pewno Dezertera, The Exploited, Pidżamy Porno i Moskwy jakieś tam kawałki.

Komponowaliście?
Jak dołączyłem do Kretek to oni już mieli trochę swojej muzyki. Później różnie było – czasami na gorąco, na próbach coś się wymyślało, ktoś tam zapodał jakiś temat i po prostu jakoś szło (śmiech), ale głównie „Wodzu” był takim motorem. Nawet do „Jarocina” wysłaliśmy taką demówkę domowej roboty. To był chyba ostatni „Jarocin”. W folderze – to była tak gruba książka, były wymienione kapele, które się zgłosiły i my też tam jesteśmy. A w Forreście teksty to pisałem ja, a muzykę chłopaki.

Wspomniałeś, że byliście związani z Domem Kultury. Jak układała się współpraca?
Naszym opiekunem, że tak powiem, był Piotr Lewandowski. Zawsze dobrze wspominam.

Słyszałeś opowieść o tym, że na próbie jednego z miejscowych zespołów w sali kinowej pojawiła się zjawa i tak przestraszyła muzyków, że uciekali z budynku wszystkimi dostępnymi wyjściami?
Słyszałem o tym, ale nam nigdy nic takiego się nie zdarzyło (śmiech).

W domowym archiwum masz pamiątki związane z rockiem w Strzelnie?
Mam plakat zapowiadający koncert z czasów grupy Forrest Gump, ale trudno mi powiedzieć z którego roku, bo nie ma daty i 2 z koncertu pożegnalnego Do Widzenia. Jakiś wycinek prasowy też by się pewnie znalazł.

Dzisiaj wokalnie się już nie udzielasz.
Nie, bo nie ma gdzie (śmiech).

A gdyby było gdzie to byś się poudzielał?
Pewnie tak. Zależy jeszcze z kim i co, ale jeszcze byłoby można podziałać. Punk’s not dead (śmiech).

(maj 2013)